Głód

Cthulhu and R'lyeh

– Poczekaj – poprosił starzec. Sięgnął za kołnierz płaszcza wystający znad pledu i ściągnął z szyi nieduży amulet: miedzianą blaszkę w kształcie słońca zawieszoną na czarnym rzemieniu. – Proszę – powiedział, podając amulet Salomonowi. – Weź go. Ochroni cię przed duchem.

– A ty?

– Mnie duch nie skrzywdzi. Jestem Indianinem, tak jak on.

Salomon namyślał się przez chwilę, po czym wziął podany mu wisiorek. Blaszka była ciepła.

– Załóż go – polecił Indianin. – Załóż i nie zdejmuj, póki nie minie głód. Najgorsze dopiero przed nami.

– Skąd wiesz? – zapytał Gunn, zakładając amulet na szyję. Czuł się głupio.

– Jestem Palonquin, Ten Który Wie – oznajmił Indianin wyjątkowo silnym głosem. – Słyszę jak duch miota się w cierpieniu i stara się ugasić pragnienie. To walka, której nie można wygrać, mając serce z lodu. On chce jeść i będzie jadł. Będzie jadł – starzec przymknął oczy, jakby zamierzał ułożyć się do snu. Umilkł na blisko minutę i Salomon chciał zostawić go tam i ruszyć z powrotem do Roseborough Inn, kiedy Indianin skrzywił się i wyszeptał dwa słowa:

– Och, nie…

Jakieś dwieście metrów na północ rozległ się wrzask kobiety, który przeciął jak strzała ryk szalejącego wiatru. Salomon zaczął biec, jeszcze przez parę dobrych sekund słysząc za plecami nerwowe mamrotanie starego Indianina.

Kiedy dotarł na miejsce, zebrało się tam już kilka innych osób. Był to mały placyk na tyłach starego budynku szkoły. Zamykało go koryto zamarzniętego strumienia, przecięte drewnianą kładką. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczynał się las.

Pierwsze, co dostrzegł, to jak jedna z kobiet zgina się w pół, pada na klęczki i wymiotuje; z pokrytej śniegiem ziemi buchnęła para. Pozostali wpatrywali się w coś leżącego na placyku. Ktoś bełkotał, ktoś inny cichym, łkającym głosem prosił Boga o łaskę. Salomon zwolnił. Zbliżając się do zebranych, próbował dojrzeć coś pomiędzy ich sylwetkami. Widział zalegający na placyku świeży śnieg. Później dostrzegł krew. Mnóstwo krwi. W miarę jak podchodził bliżej, czuł ucisk na żołądku i zdawało mu się, że się dusi. Niewiele brakowało, a potknąłby się o własne nogi.

Na środku skwerku leżały zwłoki mężczyzny. Można było rozpoznać je po twarzy, wykrzywionej w grymasie bólu i przerażenia, z rdzawymi plamami krwi na policzkach, pod pustymi oczodołami. Mięso na rękach, nogach i korpusie ogryzione było prawie wszędzie do kości – jedynie wokół stawów wciąż można było dostrzec chrząstkę i poszarpane resztki ścięgien. Obok, niczym zdechły wąż, leżało jelito; kawałek dalej rozerwane i zakrwawione ubranie ofiary. Wśród kupy flaków, Salomon dostrzegł pół nerki i porwaną na strzępy wątrobę. Zaczął gwałtownie łapać powietrze, mając nadzieję, że nie zacznie wymiotować. W nosie kręcił go zapach krwi, trawionego pokarmu i soków żołądkowych.

Pojawili się kolejni ludzie, za plecami Gunna narastał gwar przerażonych głosów. Salomon przezwyciężył mdłości i zdecydował, że musi działać. Miał robotę do wykonania.

Podszedł do ciała i obrócił się ku zebranym. Zaczerpnął głęboko powietrza, mając nadzieję, że jego głos zabrzmi pewnie i zdecydowanie.

– Proszę się odsunąć – nakazał gapiom. – Niech ktoś wezwie policję, a pozostali niech się odsuną! Tu zginął człowiek, trzeba zabezpieczyć teren, żeby nikt nie zniszczył śladów.

Nikt się nie poruszył. Salomonowi wydawało się, że zupełnie go nie dostrzegają – wzrok wszystkich utkwiony był w makabrycznej scenie za jego plecami. Tylko około trzynastoletni wyrostek zerkał z zainteresowaniem to na trupa, to znów na Salomona.

– Hej, ty! – zwrócił się do niego Gunn. – Pomóż mi. Stań tutaj – dzieciak zbliżył się do niego bez przekonania. – Stój tutaj i nie pozwól, żeby ktokolwiek zbliżał się do ciała. Jasne?

Chłopak pokiwał głową i stanął bokiem, tak żeby mieć w zasięgu wzroku tak zebranych ludzi, jak i zwłoki. Salomon mu się nie dziwił. Też nie chciałby stać tyłem do tego zmasakrowanego ciała.

Kiedy minął pierwszy wstrząs i początkowe obrzydzenie, Gunn zaczął trzeźwo myśleć. Przyjrzał się przede wszystkim ubraniu – wciąż było mokre od krwi, co oznaczało, że ofiara zginęła niedawno – przy takim chłodzie najwyżej w przeciągu półtorej godziny. Było porozrywane w wielu miejscach i wyglądało bardziej na zdarte z ofiary niż zupełnie rozszarpane. Potwierdziło to podejrzenia Salomona. Słyszał już wcześniej to i owo o ofiarach dzikich zwierząt i to, co widział, pasowało do opisu. Mówiono co prawda, że wilki polują nocą, ale przy takiej pogodzie niczego nie można było być pewnym.

Szukanie śladów nie miało sensu. Wiatr zdążył przez ostatnie parę chwil praktycznie zatrzeć odciski butów Gunna, więc o znalezieniu tropów sprzed godziny nie było w ogóle mowy.

Zebrana grupka urosła do blisko trzydziestu osób. Salomon dostrzegł jak do tłumu dołącza Jessica, obejmuje wzrokiem całą scenę i natychmiast blednie. Mężczyzna ruszył do niej biegiem i dopadł akurat w momencie, gdy miała zemdleć.

– Już dobrze – powiedział kojącym głosem, ciągnąc dziewczynę pod ścianę najbliższego budynku. Podtrzymał ją, kiedy kucała i był przy niej, gdy z trudem łapała oddech. – Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.

– O Boże – powiedziała. – O Boże, Boże, Boże.

– Zaraz cię stąd zabiorę – obiecał. – Nie patrz w tamtą stronę. Zaraz wracam.

Upewniwszy się, że Jessica nie zemdleje, ruszył z powrotem na placyk.

– Proszę pana – odezwał się dzieciak trzymający wartę przed zgromadzonym tłumem. Nie musiał się specjalnie starać. Wyglądało na to, że nikt nie ma ochoty zbliżać się do zwłok.

– Tak?

– Jak on umarł? – zapytał chłopak.

Przez moment Salomon myślał, że dzieciak jest upośledzony. Jak to: jak on umarł? Później jednak zrozumiał pytanie i sam zwymyślał się od głupców.

No właśnie. Jak on umarł?

Wilki rozczłonkowałyby zwłoki i fragmenty ogryzionego szkieletu walałyby się po całym placyku. Niedźwiedź skręciłby kark, zgruchotał kości lub zmiażdżył żebra.

Zwłoki mężczyzny, poza ogryzionym mięsem i wyprutymi flakami były nienaruszone. Salomon poczuł, że zaczyna się w tym wszystkim gubić. Panika kryła się gdzieś za rogiem jego psychiki i powoli wychylała paskudny łeb, gotując się do ataku.

– Czemu nikt nie pójdzie po policję?! – warknął na chłopaka, tak jakby to była jego wina.

– To jest nasza policja – dzieciak wskazał trupa. – Szeryf George Ferrel. Odkąd Bob Finnes zmarł na zapalenie płuc rok temu, nie mamy nikogo innego.

Przez całą drogę do Roseborough Inn nie odezwali się do siebie ani słowem. Zostawili płaszcze przy kominku w jadalni i zamknęli się w swoim pokoju. Nie jedli kolacji. Żadne nie miało apetytu. Jessica położyła się na łóżku i zwinęła w kłębek. Salomon objął ją i poczuł jak pod jego ciepłym dotykiem jej mięśnie przestają się spinać, jak wyrównuje się jej oddech, jak przechodzą dreszcze. Zasnął słysząc świst powietrza uciekającego przez jej usta i czując pod dłonią uspokajająco rytmiczne bicie jej serca.

Głód przypominał wrzask poprzedzający ciszę, ostatni ryk rozpaczy przed pełnym rezygnacji milczeniem. Życie ulatywało z niego z każdą mijającą chwilą – życie, którego nigdy nie sądził, że tak kurczowo będzie się trzymał.

Zapaliło się światło i pojawił się cudny aromat smażonego mięsa. Ślina wypełniła mu usta i spływała po brodzie, a w oczach pojawiły się łzy ulgi. Nareszcie jedzenie!

Szczęki miał zdrętwiałe, język przypominał kloc drewna. Gardło ściśnięte od łkania i jęków, z trudem przepuszczało parzące kawałki jedzenia. Kiedy zabrakło mięsa, zlizał tłuszcz z dłoni i przedramion.

Później, gdy po raz pierwszy od tygodni nie był głodny, Gickham i Collins wprowadzili chłopca do pokoju.

Wtedy przyszła świadomość, przyszło zrozumienie i Nszo-czuna zaczął wrzeszczeć.

Salomon usiadł na łóżku oddychając szybko, koszulę miał mokrą od potu. Ciemność okazała się kojąca, w porównaniu do tego oświetlonego pokoju ze snu, w którym… nawet nie pamiętał już, co tam się wydarzyło. Miał świadomość, że zrobił coś okropnego, ale nie był w stanie przypomnieć sobie co takiego.

– Nszo-czuna – wyszeptał sam do siebie. – Wydawało mi się, że jestem Nszo-czuną.

Głód
Przewiń do góry