Głód

Cthulhu and R'lyeh

Znalazł się w ciemności – do muzeum wdzierała się tylko odrobina światła, która wyszukała sobie drogę między wypaczonymi deskami ciężkich okiennic. Czuć było chłód nie ogrzewanego pomieszczenia, a także woń wypchanych zwierząt, starej skóry i nafty. Jakaś maszyna buczała cicho, gdzieś w głębi budynku.

Miał nadzieję, że po chwili wzrok przyzwyczai mu się do mroku, ale niezależnie od tego jak długo czekał, widział bardzo niewiele – jedynie kontury przedmiotów oraz plamy mniej lub bardziej gęstej czerni. Przypomniał sobie, że gdy otworzył drzwi, we wpadającym do środka świetle przy wejściu dostrzegł kant stołu. Podszedł do niego, mocno ściskając w dłoni rewolwer.

Trafił dłonią na blat i przeszukał go po omacku. Znalazł jednak nie to, czego oczekiwał – lampa była rozbita, a resztka nafty rozlana na stole. Ściągnął opatrunek z dłoni, umaczał go w paliwie i owinął wokół oderwanej od stołu nogi. Zapałkę odpalił od draski trzymanej w ustach; nikt nie zmusiłby go w tej chwili, żeby wypuścił broń z dłoni choćby na mrugnięcie okiem.

Zapłonął ogień i Salomon mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. Pochodnia nie mogła przydać się na dłużej, ale pozwoliła mu rozeznać się w otoczeniu.

Znajdował się w obszernej kwadratowej sali z żelazną, krętą klatką schodową pośrodku, pełnej stanowisk z wypchanymi zwierzętami, tabliczek informacyjnych i gablot z pomniejszymi eksponatami. Wilk leżał przewrócony, podobnie olbrzymich rozmiarów łoś. Wszędzie walało się pierze bażanta i trociny z rozerwanego podbrzusza niedźwiedzia. Szyby w gablotach były popękane i w wielu miejscach zalegały kupki lśniących odłamków. Zabytkowy regał leżał na podłodze z połamanymi drzwiczkami. Wielkie mapy Kanady i najbliższych okolic New Gido zwisały w strzępach ze ściany. Światło odbijało się w rozbitym szkle i pustych, czarnych ślepiach martwych zwierząt. Całe pomieszczenie przypominało krajobraz po przejściu tornada. Wszystko wydawało się tutaj zniszczone… wszystko, poza buczącym urządzeniem.

Maszyna chłodząca, przypomniał sobie Salomon. To dzięki temu Nszo-czuna ponoć wciąż wygląda jak żywy.

Przez moment zastanawiał się, po co tak naprawdę tu przyszedł. Czy wierzył w to, że szaleństwo mające miejsce w New Gido jest dziełem niespokojnego ducha, jak sugerował stary Palonquin? Mimo wszystko wciąż był bardziej skłonny dać wiarę zbiorowym halucynacjom, histeriom, psychozie Wendigo opanowującej całe miasteczko, a wynikającej zapewne z przedłużającej się zimy, klimatu, z…

Z drugiej strony wciąż dźwięczał mu w uszach głos Jessiki mruczący tę okropną rymowankę i to jak przemówiła do niego wtedy w nocy, a przed oczyma ciągle miał widok noża w jej dłoni.

Coś szczęknęło: w pomieszczeniu albo pod nim. Salomon zbliżył się powoli do schodów wiodących w górę – na poddasze – oraz na dół, do krypty Nszo-czuny. Szum stał się wyraźniejszy, podobnie jak niesamowite zimno objawiające się igiełkami mrozu, kłującymi Gunna w twarz.

Stanął na pierwszym stopniu i nieoczekiwanie poczuł, że ma pusty żołądek. Nie jadł nic od śniadania, a od tamtej pory minęło już sporo czasu i wiele zdążyło się wydarzyć. Przeszedł kolejne trzy stopnie, a przysiągłby, że minął cały dzień, w czasie którego nie wziął nic do ust. Kolejne dwa stopnie i głód stał się po prostu bolesny – każdy ruch przypominał o dotkliwym braku pożywienia, a żołądek sprawiał wrażenie, jakby skurczył się do rozmiarów piąstki niemowlęcia. Przeszedł jeszcze trzy stopnie i musiał chwycić się mocno poręczy, żeby nie zemdleć. Był bardzo słaby, zupełnie jakby nie jadł od wielu dni. Lodowate zimno oraz głód stały się jedynymi wyraźnymi odczuciami – Salomon ledwie zauważył, że rana na lewej dłoni otworzyła się na nowo w chwili, gdy chwycił za barierkę. Zdobył się na wysiłek i przeszedł kolejne trzy stopnie. Od końca schodów dzieliły go cztery kroki, ale wcale nie był pewien czy dotrze na dół. Nie mógł się skoncentrować; cały czas rozglądał się wokół błędnym wzrokiem w poszukiwaniu czegoś, co mógłby zjeść, czegoś ciepłego i soczystego…

Wyciągnął ukryty pod swetrem amulet. Przyjemne ciepło rozlało się po jego skostniałej dłoni i przeraźliwy głód zelżał, pozwalając skupić rozbiegane myśli.

Kolejny stopień i jeszcze jeden. Widział już zarys pomieszczenia w którym się znajdował –mającej imitować jaskinię podłużnej komnaty o szerokości czterech kroków i dwa razy dłuższej. Widział pokryte sztucznymi draperiami ściany i klepisko służące za podłoże; czuł w nozdrzach zapach wyprawionych skór, futra i sosny. Maszyna chłodząca buczała zawzięcie, zagłuszając wszystkie odgłosy cichsze od ludzkiej mowy.

Dostrzegł jego zarys i z wrażenia poślizgnął się na ostatnim schodku. Wypuścił z ręki pochodnię, padł na kolana, ale szybko podniósł się, mierząc przed siebie z pistoletu. Oddychał przez usta, płuca wypełniał mu lód, a z każdym wydechem przed oczyma pojawiał się kłąb pary. Przez moment Gunn stał i wpatrywał się w kontur postaci Indianina, mając wrażenie, że jest obserwowany.

Nszo-czuna siedział na kamiennym piedestale oparty plecami o ścianę. Salomon nie zamierzał odrywać od niego oczu, żeby schylić się po pochodnię. Widział tylko czarne mokasyny i rąbek skórzanych spodni, ale to mu wystarczyło. Podszedł bliżej, drżąc ze strachu.

On zaraz otworzy oczy, pomyślał. Otworzy okropne białe ślepia i podniesie łapska, które będą zakończone pazurami. Nie zdążę nawet wystrzelić, kiedy rozerwie mnie na strzępy.

Podszedł do Indianina na wyciągnięcie ręki, a ten się nie poruszył.

A może nie ma żadnego ducha? Może wariuję ze strachu, mając przed sobą zwyczajnego, zamarzniętego na kość Indianina? I co ja mam teraz zrobić, do cholery?

Przystawił nieruchomej postaci pistolet do skroni i dopiero wtedy po plecach przeszedł go dreszcz przerażenia. Głowa Nszo-czuny przekrzywiła się i spadła z karku Indianina. Salomon jęknął ze zgrozą, po czym dotknął lewą dłonią korpusu postaci i znalazł skórzaną kurtkę opiętą na metalowym stelażu.

Kukła! Kukła w ubraniu Nszo-czuny! Gdzie więc…

Z trudem usłyszał tupnięcie stopy na klepisku i jaśniejący za jego plecami płomień pochodni natychmiast zgasł. Salomon nie widział absolutnie nic; obrócił się na pięcie i strzelił dwa razy w stronę schodów i upuszczonej pochodni. Nastała cisza.

Tkwił w bezruchu przez blisko pół minuty, bojąc się choćby odetchnąć. Zaciskał szczęki z całej siły, żeby nie dzwoniły mu zęby. Czuł na sobie czyjś wzrok. Rewolwer w skostniałej dłoni ciążył mu coraz bardziej, poza tym Salomon powoli zaczynał wierzyć, że ołów na niewiele się tu przyda. Czuł jak panika wdziera mu się do umysłu, każe rzucić się na oślep w kierunku schodów, w górę, na powierzchnię, a później jak najdalej od tego miejsca, biec i biec i nie przestawać, póki nie będzie bezpieczny albo martwy z wycieńczenia. Po tym, co widział tego dnia, taka śmierć wcale nie wydawała się zła.

Wygrał rozsądek i Salomon postanowił ruszyć w stronę schodów przy ścianie – powoli i cicho. Zrobił dwa kroki i potknął się o coś leżącego na ziemi. Oparł się dłonią o ścianę i odzyskał równowagę, ale było już za późno. Wyczuł czyjąś obecność szybciej niż usłyszał i ułamek sekundy później zgiął się w pół od potężnego uderzenia w brzuch. Nie mógł złapać tchu, ale nim zdał sobie z tego sprawę, został trafiony w głowę tak mocno, że grzmotnął twarzą w ścianę. Miał uczucie, jakby jego kość policzkowa rozpadła się na milion malutkich kawałeczków. Kopnięcie w biodro rzuciło go na ziemię, wijącego się z bólu, ogłuszonego i pewnego rychłej śmierci. Ciosy nadchodziły tak szybko, że nie miał szans podnieść rewolweru i oddać strzału, który i tak najpewniej by spudłował. Wiedział, że zaledwie kilka ciosów dzieli go od utraty przytomności, której już by nie odzyskał. Musiał walczyć o życie. Za wszelką cenę.

Chwycił dłonią za amulet, który zgodnie ze słowami Palonquina miał go chronić przed duchem, po czym mocnym szarpnięciem zerwał go z szyi i odrzucił na bok. Ciosy ustały na niecałą sekundę, po czym rozległ się paskudny rechot przypominający bardziej śmiech hieny niż człowieka. Później Salomon wrzasnął z bólu, gdy Nszo-czuna wbił mu zębiska w lewe przedramię.

– Nażryj się – warknął przez łzy Gunn, a następnie przyciągnął ramię do siebie. Czuł jak pod naciskiem zębów traci fragmenty skóry i mięsa, ale zaraz poczuł na sobie ciężar Indianina i smith&wesson w jego dłoni splunął ogniem.

Nszo-czuna spiął się, jakby zamierzał zatrzymać kulę napinając brzuch, a następnie osunął się z powrotem na Salomona i wszystkie mięśnie w jego lodowatym ciele zwiotczały.

Wydostanie się spod jego zwłok zajęło Gunnowi ponad minutę. Każdy ruch lewą ręką sprawiał mu nieopisany ból. Mimo to, wymacał leżący na ziemi amulet i zawiesił go na szyi Nszo-czuny.

Usłyszał kroki na metalowych stopniach i dostrzegł blask niesionego światła. Nie zdziwił się, widząc zgarbioną postać starego jednorękiego Indianina. Podejrzewał, że niewiele jest już w stanie go zaskoczyć.

Głód
Przewiń do góry