Głód

Cthulhu and R'lyeh

– Postępowy i cywilizowany, jasne – mruknęła Jessica. Najwyraźniej przeczytała ulotkę, kiedy Salomon przesypiał pokonywane kilometry. – Z niedźwiedziami na ulicach.

– Sądziłem, że cieszysz się z tego wyjazdu – rzekł mężczyzna.

– Cieszę się, bo to szansa na dobry artykuł. Co nie znaczy, że zamierzam się bratać z autochtonami. – odpowiedziała.

Rozmowa umarła. Zanim Salomon zdecydował się ją reanimować, we wszechobecnej palecie bieli i szarości mignęła czerwień dachówek.

Moment później, pociąg wtoczył się do New Gido.

Wiatr przeszywał do szpiku kości i smagał twarz chłodem oraz ostrymi jak rozbite szkło bryłkami zmrożonego śniegu. Salomon pomógł Jessice zejść po schodkach i natychmiast objął ją, próbując osłonić przed lodowatymi powiewami. Przez moment stali na peronie, nieco oszołomieni otaczającą ich pustką i zimnem. Wzdrygnęli się, gdy trzask zamykanych drzwi rozległ się za ich plecami i pociąg z głośnym sapnięciem podjął przerwaną wędrówkę na północ.

– Idziemy? – zaproponowała Jessica, wskazując nieduży budynek dworca. Salomon skinął głową i chwycił walizkę. Trafili na zamknięte drzwi. Zapukali w nie, a później uderzyli parę razy. Bez efektu.

Salomon przeszedł kawałek wzdłuż ściany dworca, dotarł do jej końca i znalazł schody prowadzące w dół nasypu. Kilkanaście metrów dalej widniały ulice, budynki – słowem miasteczko. Chciał krzyknąć do Jessiki, że znalazł przejście, ale wiatr wcisnął mu słowa z powrotem do gardła. Od zimna zabolały go zęby.

Drogę na dół pokonali w nieco ponad minutę, bo okazało się, że stopnie były oblodzone. Ruszyli w kierunku czegoś, co przypominało centrum miasteczka; szli dygocąc z zimna i ostrożnie stawiając stopy na chodniku pokrytym łatami lodu. Nie dostrzegli jednak innych przechodniów, przejeżdżających dorożek lub samochodów. Miasteczko wyglądało na wymarłe.

Nie, poprawił się w myślach Salomon, uparcie starając się nie szczękać zębami. Gdyby było wymarłe, widać by było ślady życia i śmierci. Śmieci na ulicach niesione przez wiatr. Otwarte drzwi i okiennice stukające o framugi. A tutaj jest czysto. Tak idealnie czysto.

Faktycznie, było wręcz sterylnie czysto – w sposób, jaki kojarzył się mężczyźnie z prosektorium. Wszystkie domy były świeżo pomalowane, na ścianach nie łuszczyła się farba i nie odpadał tynk. Pojedyncze szyby pozbawione osłony okiennic sprawiały wrażenie jakby ktoś umył je tuż przed zawieją. Przed paroma budynkami śnieg osiadał na równo przystrzyżonych, bezlistnych żywopłotach.

Gunn przyzwyczaił się już do natrętnego chłodu i pogrążył w rozmyślaniach, kiedy Jessica szarpnęła go za ramię i wskazała okazały dwupiętrowy budynek opatrzony szyldem z napisem Roseborough Inn.

– Brzmi dobrze – rzekł mężczyzna. Gdy zadzwonili do drzwi, modlił się w duchu, żeby sytuacja z dworca się nie powtórzyła i ktoś zdecydował się otworzyć. Jessica cała się trzęsła z zimna i wyglądała, jakby poważnie rozważała pierwsze w życiu włamanie.

Otworzyła im pyzata kobieta o myszowatych włosach i mało zapadającej w pamięć twarzy. Wpuściła ich do środka i zatrzasnęła za nimi drzwi. Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Salomon mógłby przysiąc, że słyszy trzask ognia płonącego w kominku.

– Dobry Boże! – wykrzyknęła gospodyni – Cóż to za pomysł, żeby wychodzić na zewnątrz w taką pogodę. Chodźcie do jadalni, zaraz podam wam coś do picia na rozgrzewkę.

Czymś do picia na rozgrzewkę była herbata z rumem. W jadalni faktycznie trzeszczał ogień; pomarańczowe światło rozlewało się po ciemnej boazerii, którą wyłożone było całe pomieszczenie. Salomon powiesił ich płaszcze przy palenisku, po czym usiadł obok dziewczyny i zajął się swoją herbatą.

Gospodyni nazywała się Cynthia Cross i z radością wynajęła im jeden z pokoi na piętrze.

– Zazwyczaj pod koniec marca mamy komplet – oznajmiła. – Mnóstwo ludzi przyjeżdża polować i łowić ryby. Niektórzy nawet szukają złota, ale to ci głupsi i zazwyczaj szybko się zniechęcają. Ale w tym roku pogoda chyba wszystkich odstraszyła. Może ten wiatr przyniesie jakąś zmianę.

– Zmianę, akurat – prychnęła Jessica, kiedy kobieta poszła po klucz do ich pokoju. – Raczej drugie zlodowacenie. Wciąż nie czuję stóp.

Pokój, który dostali był niewielki – skromny, ale przytulny. Szafa, stolik, krzesło – wszystko, włącznie ze ścianami, było w podobnym odcieniu drewna. Łóżko zaskrzypiało głośno, gdy Jessica położyła na nim walizkę.

Salomon stanął za nią, jedną dłoń położył jej na brzuchu, drugą na ramieniu. Pocałował ją czule w kark, ale dziewczyna uwolniła się z jego objęć.

– Myślałem, że ci chłodno – stwierdził z uśmiechem.

– Mamy robotę, pamiętasz? Ty jesteś umówiony z Gickhamem, a ja mam artykuł do napisania.

– To może zaczekać. I tak pogoda jest parszywa.

– Nie marudź – burknęła, choć nie wyglądała wcale na złą. Wcisnęła na głowę wełnianą czapkę, szyję obwiązała szalikiem, pocałowała go w policzek i wyleciała z pokoju.

Salomon przez chwilę siedział bezczynnie, po czym wrzucił ich rzeczy do szafy i uzbroiwszy się w czapkę, szalik oraz rękawiczki, wyszedł z pokoju.

Na korytarzu trafił na panią Cross i jej męża, olbrzymiego brodatego mężczyznę o ponurym spojrzeniu.

– . . . najpierw dzieciak Gickhama. Później stary Perkins. I jeszcze to. Wszyscy mówią o jakimś potworze z lasu. Zaczynam sądzić . . . – mówił Cross przytłumionym głosem. Zamilkł, gdy zauważył Salomona. Powitał go skinieniem głowy i skierował się do jadalni, by zostawić przy ogniu pokryty śniegiem płaszcz. Gunn wyszedł na zewnątrz coraz bardziej przekonany, że w miasteczku dzieje się coś złego.

Może dlatego, że słyszał jak pani Cross pociąga nosem, słuchając słów męża.

Może dlatego, że na dłoniach mężczyzny dostrzegł plamy zaschniętej krwi.

Dom Gickhamów sprawiał wrażenie bogatego, choć nieco zaniedbanego. Salomonowi kazano zaczekać w bibliotece i mężczyzna oniemiał na widok wysokich regałów pełnych elegancko oprawionych tomów. Zaczął przechadzać się pomiędzy półkami, wyszukując wzrokiem znajome pozycje.

Przez moment przyglądał się wiszącemu na ścianie obrazowi olejnemu przedstawiającemu – jak Salomon oceniał po ubiorze – starego Dereka Gickhama, założyciela New Gido, wraz z synem. Siwy mężczyzna wyglądał na poważnego człowieka, który w sam raz nadawałby się na burmistrza – silnego, zdecydowanego, konsekwentnego. Obraz był przeciętny poza jednym szczegółem – oczyma. Jakimś cudem rzemieślnikowi, któremu zlecono jego wykonanie, udało się oddać w nich coś… Salomon sam nie wiedział, jak to nazwać. Brzemię? Może i brzemię. Spojrzenie człowieka, który wie, że zbliża się do kresu życia i z nikim nie może podzielić się świadomością, że…

Zaskrzypiały drzwi i do pomieszczenia wszedł elegancki mężczyzna o obliczu żywcem wziętym z obrazu; jedynie włosy miał nie siwe, a wciąż kruczo czarne, zupełnie jak Salomon. Był równie wysoki jak Gunn, ale szerszy w barkach i z wydatniejszym brzuchem. Wzrok miał dziwie pusty, bez wyrazu, a cerę chorobliwie białą.

Tak wygląda chodzący trup, pomyślał Salomon. Przypomina człowieka, ale w tym ciele już nie bije serce. Nie tak naprawdę.

– Cieszę się, że pan przyjechał, panie Gunn – uścisnęli sobie dłonie na powitanie. – Chociaż przyznaję, że spodziewałem się kogoś… starszego. Nazywam się Richard Gickham. Mam nadzieję, że podróż upłynęła spokojnie?

– Owszem – odparł Salomon. Zajął miejsce na wskazanym przez mężczyznę krześle i przyjął podaną brandy. Pierwszy łyk rozlał się ciepłem po gardle i pozostawił po sobie przyjemny posmak winogron i karmelu.

– Przykro mi z powodu pana syna.

Gickham drgnął się na wzmiankę o chłopcu. Spojrzał Salomonowi w oczy, po czym podziękował skinieniem głowy. Nie wyglądał na kogoś, komu słowa łatwo przechodzą przez gardło.

Gospodarz wyciągnął z kieszeni marynarki srebrną papierośnicę, poczęstował Salomona i zapalił. Zaciągnął się głęboko i po chwili wypuścił dym, uśmiechając się słabo. Dopiero wtedy przemówił.

– Jak pan podejrzewa, chodzi o mojego syna. O Benny’ego – oświadczył. – Był całą moją rodziną od czasu śmierci jego matki, cztery lata temu. Wie pan jaki majątek zostawił Derek Gickham swojemu synowi? – zapytał wskazując na obraz. – Dziewięćset tysięcy dolarów. Wtedy to był nie lada majątek. Dalej jest. Mój ojciec zostawił mi ziemię i posiadłości o wartości siedmiu milionów. Teraz są warte cztery razy tyle. Poświęciłem wszystkie te lata, żeby mój chłopak miał wspaniałe życie. Wykształcenie, opiekę, możliwość podróży… Mógł osiągnąć wszystko… – Gickham zamilkł i przez chwilę siedział z papierosem w dłoni. Gunn patrzył bez słowa na tlący się żar i pozostający po nim popiół.

– Miał dziesięć lat – rzekł w końcu i pokręcił wolno głową.

– Jak zginął? – zapytał Salomon. Jeśli miał się tu na coś przydać, musiał przestać dbać o konwenanse i zacząć węszyć.

– Znaleziono go na dworcu – odparł Gickham, siląc się na suchy, rzeczowy ton. – Często spacerował po miasteczku. New Gido to spokojne miejsce, nic tu ludziom nie grozi – zamarł na moment, po czym odchrząknął i kontynuował. – Ubranie było całe w strzępach. Jego kości były ogryzione, skóra została tylko na połowie twarzy. Dzięki temu go poznali. Zakrwawione kości i pół twarzy; oto wszystko, co zostało z mojego Benny’ego.

Salomon milczał i palił papierosa. Nie popędzał Gickhama. Wiedział, że słowa przyjdą same, gdy nadejdzie właściwy czas.

– On był pierwszy. Później w podobny sposób zginęły jeszcze dwie osoby: stary Will Perkins i dzieciak Saundersów.

– Kiedy to miało miejsce? – zapytał Gunn.

– Benny’ego znaleźli tydzień temu. Perkinsa w niedzielę, Jimmiego Saundersa we wtorek.

Milczeli przez dłuższą chwilę. Dopalili papierosy i sięgnęli po następne.

– Ma pan jakieś podejrzenia? – spytał Salomon.

– Niektórzy twierdzą, że to zwierzęta… niedźwiedź, wilki… cokolwiek.

– A co pan sądzi? – zapytał.

– Ja myślę, że to działka ludzi – zawyrokował Gickham beznamiętnym głosem, wpatrzony w popielniczkę. – Myślę, że w miasteczku grasuje morderca, który zabija ludzi i korzysta z obecności dzikich zwierząt w okolicy, żeby pozbyć się śladów. Ale to bez znaczenia. Nie ważne, co ja myślę – już nie raz się myliłem. Chcę, żeby pan się tym zajął. Chcę, żeby znalazł pan tego, kto za to odpowiada. Zapłacę panu podwójną standardową stawkę dzienną i pokryję wszystkie koszty. Jeśli znajdzie pan mordercę, dobrze. Jeśli odkryje pan, że to faktycznie dzieło niedźwiedzia, wynajmie pan myśliwego albo najlepiej kilku i dopilnuje, żeby ten zwierz więcej nie ujrzał światła dziennego.

Głód
Przewiń do góry