Głód

Cthulhu and R'lyeh

Dziewczyna zatrzepotała powiekami, po czym uniosła głowę z posłania. Spojrzała na mężczyznę, po czym przyłożyła dłoń do policzka i odsunęła ją czując pod palcami lepką ciecz.

– Co się… Co to jest? – zapytała. Swoim głosem. Salomon odetchnął z ulgą.

– Zaczęłaś krwawić z nosa przez sen i nie chciałaś się obudzić – wytłumaczył Gunn. – Pójdę po wodę i jakiś ręcznik.

Moment później obmył jej twarz i pomógł zmienić nocną koszulę.

– Na przyszłość, Sal – pocałowała go w policzek, gdy wybierał się do łazienki, przeprać zabrudzone prześcieradło – w torebce mam sole trzeźwiące. Mój ty kochany brutalu.

Kiedy wrócił, Jessica zapadała już ponownie w sen. Położył się obok, objął ją i czekał. Myślał o wydarzeniach poprzedniego dnia i o powtarzanej przez Jessicę rymowance, tak naprawdę jednak bał się przymknąć oczy. Bał się, że koszmar powróci.

Zasnął wreszcie, na parę minut przed świtem.

Obudził się z przykrym uczuciem bezradności. Przez szpary w okiennicach wpadało blade światło kolejnego pochmurnego dnia. Łóżko po stronie Jessiki było puste i zimne, a poduszka pachniała perfumami zmieszanymi z krwią.

Na stoliku znalazł kartkę z informacją:

Poszłam poszperać. Do zobaczenia później.

Jess

Panią Cross spotkał w jadalni. Powitała go słabym uśmiechem i zaprosiła do stołu; chwilę później przyniosła mu śniadanie złożone z jajecznicy, chrupiącego rogalika, dżemu i kawy. Jedzenie było pyszne, ale jadł bez entuzjazmu. Wydawało mu się, że mięśnie ma zesztywniałe, a ruchy powolne, flegmatyczne. Weź się w garść i bierz do roboty, mięczaku, skarcił samego siebie.

Pierwszy szturm przepuścił właśnie na panią Cross, wciąż mając w pamięci zakrwawione dłonie jej męża i prowadzoną szeptem rozmowę.

– Pani mąż chyba niewiele czasu spędza w domu – rzucił niby bez powodu.

– Co ma pan na myśli?

– Nic takiego – zapewnił Gunn. – Po prostu rzadko się go widuje. Sprawia wrażenie miłego człowieka.

Pani Cross wyraźnie się uspokoiła. Przysiadła na jednym z krzeseł i wygładziła dłonią fałdkę na obrusie.

– To bardzo dobry człowiek, choć ostatnio jest mu ciężko.

Westchnienie jakim zwieńczyła tę uwagę zabrzmiało dla Salomona jakby ktoś krzyknął: bingo! Milczał, ale spojrzał jej w oczy, dając do zrozumienia, że temat nie jest mu obojętny. Po krótkim wahaniu kobieta podjęła przerwany wątek.

– Wie pan o tym, co się ostatnio u nas dzieje, prawda? O tych biednych ludziach, znalezionych… – zagryzła wargi i na moment umilkła. – Sam widok jest przerażający, a co dopiero… – wykonała dłonią gest, jakby chciała coś chwycić i wzdrygnęła się z odrazą. Salomon pochylił się w jej stronę i zapytał, starając się zabrzmieć możliwie łagodnie:

– Pani Cross, czym się zajmuje pani mąż?

– Jest grabarzem. Sam jeden musi zbierać te… szczątki… i – nie dokończyła. Salomon, poklepał ją po dłoni, jednocześnie przeklinając w duchu własną głupotę. A kim niby miał być Cross? Mordercą paradującym przed gośćmi pensjonatu z rękoma uwalanymi krwią? Staczasz się, Sal. Na kompletne, intelektualne dno. Zacznij myśleć!

Chciał coś dodać, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

– Otworzę – zaoferował się i z ulgą wyszedł na korytarz. Nie miał ochoty kontynuować rozmowy z panią Cross, przynajmniej nie w tej chwili.

W drzwiach stał mężczyzna koło pięćdziesiątki, szczelnie okutany w beżowy płaszcz. Zdziwił się na widok Salomona, po czym rzekł:

– Nazywam się Blake. Zastałem Joachima?

– Pana Crossa? – odparł Gunn. – Wyszedł z samego rana. O co chodzi?

– Kolejna ofiara.

Salomon poczuł, że robi mu się gorąco i duszno.

– Zostawię wiadomość u pani Cross – zdecydował. – Proszę poczekać, zaraz sam z panem pójdę.

– Pan jest z policji? – zainteresował się mężczyzna w płaszczu.

– Nie. Z Ameryki.

Blake pokiwał wolno głową i nie zadawał więcej pytań.

Salomon wierzył, że po widoku pierwszej ofiary już nic go nie poruszy. Z tego, że się mylił, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zgięło go w pół i zaczął uparcie walczyć ze skurczami żołądka. Nie zwymiotował, ale dalej czuł się paskudnie.

Powoli unosił wzrok i oswajał się z makabryczną sceną. Na ziemi leżał ogryziony do kości szkielet, skóra pozostała tylko na dłoniach, stopach i części twarzy. Lewa ręka ofiary leżała o krok od reszty ciała, a ślady krwi sięgały na dobre cztery metry wokół. Wnętrzności, najczęściej poszarpane i ponadgryzane, walały się na całej powierzchni ogrodzonego poletka.

Salomon zbliżył się do Blake’a i oparł ciężko na płocie.

– Paskudny widok – stwierdził mężczyzna w beżowym płaszczu.

– Nie widok jest najgorszy – odparł Salomon. Wciąż było mu niedobrze i duszno. Bynajmniej nie z powodu samej ofiary. – Czy ogrodzenie było zamknięte, kiedy go pan znalazł?

– Tak.

– Mieszkał tutaj? – Gunn wskazał na stojący przy ogrodzeniu dom.

– Tak. Z żoną. Nie ma jej w domu. Nie wiem, gdzie jest.

– Kto mógł go zamordować?

– Zamordować? – Blake odsunął się od Salomona, jakby ten właśnie oznajmił, że od lat choruje na trąd. – Pan chyba żartuje. Tak nie wyglądają zamordowani ludzie! – warknął wskazując na zmasakrowane zwłoki. – To musi być dzieło wilków. Tutejsze bestyjki z łatwością pokonałyby taki płot.

– Ale nie z pełnymi brzuchami – pokręcił głową Gunn.

– Nie chce pan chyba powiedzieć, że to Wendi…

– Nie wierzę w Wielką Stopę – uciął Salomon. – A tym bardziej w Wielką Stopę mordującą człowieka siekierą. Ta ręka – przymierzył palcem w leżącą osobno kończynę – została odrąbana.

– Ale co za człowiek byłby zdolny do… – jęknął Blake. Oparł dłoń na płocie i pochylił głowę w dół. Z bladego zrobił się zielony.

Głodny człowiek, nasunęło się na myśl Salomonowi. Szaleńczo głodny.

Ktoś krzyknął coś po francusku i Blake uniósł na chwilę głowę, odmachał do nieznajomego ręką i usiadł ciężko na śniegu. Gunn widział wzbierające w jego oczach łzy.

– Co się stało? – zapytał.

– Kolejna ofiara. – jęknął mężczyzna. – Na Boga wszechmogącego, co tu się dzieje? Czy wszyscy postradali zmysły? Czy staliśmy się zwierzętami?

Salomon chciał powiedzieć Blake’owi coś kojącego, ale jak na złość do głowy przychodziły mu same paskudne myśli. Wyobraźnia podsuwała mu obraz człowieka przeistaczającego się w olbrzymią włochatą bestię, żerującą na innych ludziach; przeistaczającego się w Wendigo.

Czy staliśmy się zwierzętami, powiedział Blake i Salomon z przerażeniem odkrył, że mężczyzna mógł być niebezpiecznie blisko prawdy. Przez moment myślał intensywnie, próbując przypomnieć sobie coś, o czym słyszał w przeszłości, gdy jeszcze studiował psychologię na Uniwersytecie Bostońskim.

Nagle jęknął ze zgrozą i, przesadziwszy ogrodzenie, pomknął w stronę Roseborough Inn, ślizgając się na pokrytych śniegiem uliczkach New Gido.

Wpadł do pensjonatu, drżąc po części ze strachu, po części z podniecenia. Nie mógł doczekać się chwili, gdy podzieli się swoimi domysłami z Jessicą. Zajrzał do jadalni i skinął głową pani Cross zajętej pochłanianiem solidnego steku, ale kobieta chyba nawet go nie zauważyła. Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy dostrzegł tłuszcz obficie spływający po dłoniach kobiety i plamiący mankiety jej kremowej bluzki. Miał coraz mniej czasu. Popędził po schodach i z ulgą odkrył, że drzwi są otwarte. Jessica już wróciła.

Stała przy oknie, zapatrzona w szary krajobraz, z kocem narzuconym na ramiona. Zamiast witać się z nią, dopadł do szafy i zaczął przerzucać ubrania z półek z powrotem do walizki.

– Musimy się stąd wynosić, Jess. Ofiar jest coraz więcej i chyba wiem, co się dzieje. Powinienem sobie to wcześniej skojarzyć. Sprawy Swift Runnera i Jacka Fiddlera! Gazety o dziwo niemal trafiły!

Głód
Przewiń do góry