Dziki Zachód w „Pamięci Umarłych” to brudny, wysuszony przez bezlitosne słońce świat, w którym przetrwają najsilniejsi, a szeryf boi się stracić odwagę. Tutaj prawi stają się rzezimieszkami, ale najbardziej bezczelny zabójca nie traci człowieczeństwa. „Pamięć Umarłych” to historia amerykańskiego miasteczka, w którym nagle zaczyna się dziać niewyjaśnione. Z upiorem trudno wygrać pojedynek w samo południe.
Największą zaletą tej książki jest jej odmienność. Gdy porównamy ją do tego, co Maja Lidia Kossakowska pokazała w „Czerni”, zdamy sobie sprawę, jak bardzo odmiennie są napisane, jednocześnie doskonale się uzupełniając. Pełna emocji i plastycznej ekspresji narracja z pierwszej części teraz zostaje zastąpiona inspirowanymi stylem Faulknera rozbudowanymi zdaniami z charakterystycznymi dla niego poetyckim językiem oraz mową pozornie zależną. Brakujące uczucia z „Czerni” w „Pamięci Umarłych” zastępuje większa liczba postaci, dialogów i bardziej przejrzysta, poukładana fabuła. Do tego połączenie, które bardzo przypadło mi do gustu – klasycznego westernu z jego typowymi rekwizytami oraz na pierwszy rzut oka zupełnie nieprzystającego do niego wątku nadprzyrodzonego. Ta początkowa dysharmonia szybko znika, a powieść staje się jednolita i przekonująco straszna.
Przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, zanim przekonamy się, czy Maja Lidia Kossakowska w pełni zrealizuje swój ambitny plan, jednak drugą częścią autorka pokazuje, że nie brakuje jej talentu, pomysłów i odwagi. Trochę się boję, że zbyt wiele oczekując zepsuję sobie lekturę i „Burzowe Kocię” niczym mnie już nie zaskoczy… mimo to czekam z niecierpliwością. I życzę sobie i wam więcej takiej nieszablonowej fantastyki w Polsce, niezależnie od ostatecznego wyniku. „Upiór Południa” już wniósł powiew gorącej świeżości na polską scenę horroru i za samo to jestem jej wdzięczna. Jak widać, można w naszym kraju dotrzeć do porządnej grozy nie idąc ścieżką Łukasza Orbitowskiego.