Z twórczością Mariusza Kaszyńskiego zetknąłem się przy okazji jego debiutu w wydanej przez Runę „Księdze strachu” i efekt był taki, że po jego debiutancką powieść nie sięgnąłem, ba, nawet omijałem ją łukiem. Jego trzecia powieść „Martwe światło” sprawiła, że zacząłem nadrabiać zaległości i tym samym trafiłem na „Rytuał” – drugie dzieło pisarza. Lektura nie zmieniła może mojego postrzegania autora, ale na pewno nie odrzuciła tak jak debiutanckie opowiadanie.
Zawiązująca się stopniowo fabuła, podobnie jak tytuł, nie należy do wyszukanych, choć trzeba przyznać, że jest konkretna i sugestywna. Widać, że autor odrobił lekcje i przywiązuje wagę do klasyków gatunku, jednak tych bardziej współczesnych, pokroju Kinga i Mastertona, niż dawniejszych. Wszystko zaczyna się od tragicznej śmierci szefowej niewielkiego oddziału GOLD banku. Stopniowo poznajemy pracujący tam zespół, a przede wszystkim głównego bohatera, Grzegorza Natanowskiego. Prowadzi on w sumie spokojne, by nie rzec nudne i monotonne życie, które zmienia się wkrótce w prawdziwy koszmar, gdy kolejni pracownicy banku giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Z czasem jednak wszystko staje się na tyle oczywiste i nienaturalne, że znika wszelkie napięcie i oczekiwanie, pozostaje jedynie wypatrywanie momentu, w którym zginie kolejny z bohaterów. Bo że zginie, to pewne, podobnie jak sam finał, który choć spektakularny, do zaskakujących nie należy.
I to są właśnie podstawowe wady tej powieści, która choć całkiem udana, bije po oczach schematyzmem (na szczęście nie wtórnością). Schematycznie przedstawiono bohaterów, z których każdy reprezentuje stosowną grupę charakterów, niemal typową dla slasherowego wzorca, co sprawia, że również i ich zgony można z dużą dozą prawdopodobieństwa poukładać w chronologiczną całość. Dużo traci też unienaturalnienie głównego antagonisty, szczególnie, że Kaszyński potrafi budować nastrój grozy, potrafi autentycznie poruszyć. Szkoda tylko, że częściej skłania się ku efekciarstwu, zamiast efektywności.
Nie chciałbym jednak zniechęcić nikogo do utworu, który naprawdę mi się podobał i problem największy to ten, że przeczytałem ową powieść po o wiele lepszym „Martwym świetle”. „Rytuał” przynosi grupę solidnie i konkretnie skonstruowanych postaci. Nie brak tu zapadających w pamięć momentów, z czego większość to zgony bohaterów. Świetnie prezentuje się też pierwsza część powieści, w której poznajemy ekipę GOLD banku, ich codzienne, zwykłe życie, a jednocześnie wyczuwamy coraz bliższe niebezpieczeństwo. Widać wyraźnie, że autor pewien jest swoich możliwości i warsztatu, szkoda tylko, że tak kurczowo trzyma się schematu i boi choćby na moment go porzucić. Tym samym „Rytuał” okazuje się świetnym czytadłem i niezłą powieścią grozy, która zachwyci niewymagających czytelników horrorów, a innym pozwoli się odprężyć po bardziej ambitnej lekturze.
Osobną sprawą jest wydanie, które jak zwykle w przypadku Runy prezentuje się bardzo ładnie i estetycznie, choć w przypadku tak krwawej okładki jest to raczej metafora. Niemniej, oddaje ona treść utworu i jest równie efekciarska. A przy tym skuteczna, bo potrafi przyciągnąć oko czytelnika. Szkoda tylko kilku dość dziwnych literówek pojawiających się w tekście. Poza tym bez zastrzeżeń.