Bar dla potępionych

Kealan Patrick Burke

Nudziarze z baru „U Eddiego”

Wyobraź sobie małe amerykańskie miasteczko. Takie, gdzie obcy zaglądają tak samo rzadko, jak rzadko ktoś je opuszcza; gdzie życie toczy się własnym rytmem, miejscowi mają swoje nawyki, a topografia nie zmienia się od pokoleń, tylko lasy wokół się starzeją. W środku wszystko jest stałe i pozornie zamarłe. Miasteczko to kryje też tajemnice – jego mieszkańcy pokutują za dawne grzechy, spotykając się co sobota w barze, gdzie młoda barmanka zna wszystkich, jakby nie wychodzili stamtąd nawet na moment. Jest tu też ksiądz, ponury i nieprzyjemny człowiek, który – nie wiedzieć czemu – ma władzę nad bywalcami baru i raz za razem zmusza ich do czynienia rzeczy niegodnych tak kapłana, jak i jego parafian. I nagle jednego dnia wszystko trafia szlag. Pozorna nuda i rutyna rozwiewają się jak dym z pistoletu, którego wystrzał rozwala głowę duchownego w drobny mak. Wszelkie z dawna skrywane tajemnice i intrygi zostają odkryte – pośród krwi, ognia, łez i zgonów.

Brzmi to jak powieść, której znakomicie dodałaby smaku wagabundzka muzyka, na przykład Marka Lanegana albo z późniejszych albumów Toma Waitsa. Mroczna i liryczna, pachnąca dymem papierosowym i whiskey.

Jeśli powyższy opis wygląda intrygująco, śpieszę uzupełnić go o informację, że powieść początkowo również tak się prezentuje. Pierwsze strony zapowiadają powolną i misternie snutą opowieść – nietypową i tajemniczą. Im jednak dalej, tym bardziej wrażenie to okazuje się być mylne. Wiązałem z „Barem dla potępionych” wielkie nadzieje, bowiem ogromnie lubię czytać takie amerykańskie historie, plasujące się gdzieś między Kingiem a Faulknerem, ale rozczarowałem się sromotnie. W powieści niby dzieje się wiele i teoretycznie powinna mnie absorbować, ale wszystkie te wydarzenia są podawane tak chaotycznie, że trudno się w nich spamiętać. Tajemniczość autora, który ujawnia zawsze tylko tyle, by czytelnik czuł się lekko zagubiony, zupełnie nie dodaje powieści klasy, a mnogość bohaterów, którzy z początku są intrygujący, ale ostatecznie raczej płascy i marionetkowi dodatkowo przytłacza. Mam wrażenie, że autor zaczął od pewnej koncepcji fabuły i sukcesywnie rozwijał ją i poznawał w trakcie pisania, ale ostatecznie po prostu nie trzyma się to kupy. Cormac McCarthy powiedział kiedyś, że gdyby znał zakończenia swoich powieści już na wstępie, nigdy nie zasiadłby nawet do pisania. O ile jednak jednemu to służy, innym już niekoniecznie.

Jest w tej powieści kilka naprawdę dobrych momentów, w których aż chce się przewracać stronę za stroną, ale toną one w odmętach nijakości i chaosu. Przyćmiewają je takie cuda, jak umieszczenie w historii drewnianego Indianina, złowrogich i tajemniczych jeleni, azjatyckiej wiedźmy, motyli czasu (czym by one nie były), starego i melancholijnego ekshibicjonisty, i jeszcze wszelkich dusz i złych duchów. W znakomitym serialu „Twin Peaks” Davida Lyncha również można było znaleźć wiele cudacznych elementów – czasem dowcipnych, czasem groteskowych. Elementy te pozornie zupełnie nie korespondowały z mroczną historią (która, nota bene, również nie była zaplanowana przez scenarzystów w całości przed rozpoczęciem zdjęć), ale en effet dawały efekt unikatowy, znakomity i niezapomniany. Burke wymieszał masę wątków i pomysłów, z których nie wszystkie doczekały się uzasadnienia – niektóre pojawiają się niespodziewanie w środku powieści (do końca nie wiadomo, w jakim celu), inne zaś na samym końcu, budząc moje ogromne zdumienie. Pistolet pokazany w pierwszej scenie niekoniecznie musi wystrzelać w ostatniej, ale czytanie „Baru dla potępionych” jest jak obserwowanie pisarza, który co chwila znajduje jakąś nową sztukę broni i celuje nią gdzie popadnie.

Być może nie zrozumiałem konceptu autora, może czytałem nieuważnie albo w złych warunkach, ale przysięgam, że nawet w akompaniamencie piosenek Marka Lanegana powieść tą czytało się co najwyżej znośnie i zamiast polecać komukolwiek jej lekturę, proponuję raczej posłuchać samej muzyki. A lepsze powieści grozy wydane były w ostatnim czasie nie raz i nie dwa. Tak więc powieść Burke’a można sobie spokojnie darować.

  • Autor: Kealan Patrick Burke
  • Tytuł oryginalny: Currency of souls
  • Przekład: Grzegorz Komerski
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Data publikacji: 2011-11-03
  • Format: s. 320
  • Seria: Strefa Mroku
  • Opis z okładki:

    Witajcie w barze "U Eddiego"!
    Dzisiejszej nocy możecie tu spotkać: Toma, nękanego przez demony przeszłości stróża prawa, za którym śmierć człapie krok w krok; barmankę Gracie, niedoszłą aktorkę, skazaną przez ojca na życie w czyśccu zakazanej spelunki; Flo, miejscową uwodzicielkę, która podobno (choć kto wie na pewno?) zamordowała swojego męża; Cobba, nudystę od dawna oczekującego na przeprosiny kolonii, z której go wygnano; Wintry'ego, niemego olbrzyma, który opowiada o sobie jedynie za pomocą niezrozumiałych wiadomości wypisywanych pod nagłówkami gazet; Kyle'a, dzieciaka ukrywającego pod stołem naładowany pistolet i Kadawra, który wygląda jak trup, lecz świetnie pachnie. Jest też wielebny Hill, który pojawia się o jedenastej, z punktualnością automatu, by powiedzieć im, kto ma dziś umrzeć i kto ma wsiąść do samochodu...
    Witajcie w barze "U Eddiego", gdzie dzisiejszej nocy, po raz pierwszy od trzech lat nic nie pójdzie zgodnie z planem.