Zimne wybrzeża

Szczepan Twardoch

Szczepan Twardoch jest jednym z najbardziej utalentowanych młodych polskich pisarzy, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jego powieści napisane są doskonałym językiem, a każda pokazuje, jak istotną rolę w pisarstwie Twardocha odgrywają jego własne pasje. Katolicyzm znalazł odzwierciedlenie w „Epifanii wikarego Trzaski”, służby bezpieczeństwa wplecione zostały w „Przemienienie”, „Sternberg” to miłość do historii, zaś w „Zimnych wybrzeżach” mamy fascynację Twardocha Spitzbergenem.

Podczas lektury łatwo zaufać autorowi – wszystko jest tu realne, możliwe, tło i postaci prawdziwe. W tym tkwi wielkość książki, że czytając mamy wrażenie, iż to wcale nie powieść; to się przecież dzieje naprawdę; nie sposób byłoby wszystko z takimi szczegółami wymyślić. Można to docenić, jeśli spojrzy się na inne książki Twardocha – każda traktuje o czymś innym i każda wydaje się prawdziwa. Przypomina mi się Michael Crichton – u niego taki „Jurassic Park” różnił się diametralnie od „Konga” czy „Kuli”, „Wielki skok na pociąg” wydawał się napisany przez kogoś innego niż „Człowiek terminal”, a wszystko to tak szalenie różne od „Trzynastego wojownika” czy „Śmierci binarnej”. Podobnie u Twardocha – każda powieść jest jakby inną potrawą, pochodzi z innej kuchni.

Żałuję, że powieść nie jest dłuższa – na 240 stronach fabuła została ledwie nakreślona, więcej tu budowania samego klimatu niż właściwego literackiego mięsa, co może nie do końca jest wadą, ale zaletą też nie, przynajmniej dla mnie. Mimo to, książkę czyta się bardzo dobrze – moim zdaniem, pod względem języka, stylistyki, prezentuje ona poziom o wiele wyższy od innych współczesnych polskich powieści. Ciekawe jest przedstawienie wątku fantastycznego wplecionego w książkę – nie jest on podany w głównej osi akcji, a znajduje się w opowieści jednego z bohaterów. Dzięki temu ta odrobina fantastyki w zasadzie fantastyką nie jest, a samą powieść zaliczyłbym do literatury przygodowo-podróżniczo-szpiegowskiej.

W literaturze jednak bywa czasami tak, że zamiłowanie autora do opisywanych postaci, miejsc, zdarzeń jest tak duże, że przysłania mu widok na całości konstruowanej książki. To jakby kochać lody truskawkowe i zamawiać kolejne kulki – inne smaki w waflu szybko zostaną przez nie przykryte, a i cały lód w końcu zacznie się rozwalać, zmiażdżony kolejnymi gałkami ukochanego smaku. Tak to jest właśnie z powieścią Twardocha – zbyt wiele tu mamy jednego smaku – a jest nim tym razem przedstawianie historii życia poszczególnych bohaterów. Nie tyle właśnie sam Spitzbergen, co pokazywanie kolejnych postaci, ich młodości, miłości, przyjaźni, życiowego zaplątania i związków z zimnymi wybrzeżami, przysłoniło mi to, czego szukałem w powieści.

Należy oddać Twardochowi, że właśnie to przedstawianie kolejnych bohaterów, kreślenie niby od niechcenia ich charakterów i tego, co te charaktery przez lata budowało, stanowi niewątpliwą wartość „Zimnych wybrzeży”. Problem polega jednak na wyważeniu, a raczej jego braku – cała powieść ma 240 stron – tak silne przedstawienie postaci miałoby uzasadnienie w przypadku książki przynajmniej dwukrotnie dłuższej. Jak dla mnie, to jednak zdecydowanie zbyt dużo truskawek w zbyt małym waflu.

  • Autor: Szczepan Twardoch
  • Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
  • Data publikacji: kwiecień 2009
  • Cena: 24,90
  • Format: 240 s.
  • Opis z okładki:

    Spitsbergen, rok 1957. Na fiordzie Advent w pobliżu górniczej osady Longyearbyen woduje latająca łódź catalina z sześcioma pasażerami na pokładzie. Jest wśród nich niespełna trzydziestoletni John Smith legitymujący się brytyjskim paszportem. Zarówno dla gubernatora archipelagu, jak i dla spotykanych na wyspie ludzi Smith jest naukowcem, który zbiera materiały do swojej nowej pracy. W rzeczywistości ma zupełnie inne zadanie… Przejmujący, wielopłaszczyznowy obraz Dalekiej Północy z intrygą szpiegowską w tle. Śledzimy dramaty, rozgrywające się w zamkniętej społeczności polskich polarników, sowieckich i norweskich górników, wśród ludzi skazanych na siebie na zimnych wybrzeżach oddalonych zaledwie o tysiąc kilometrów od bieguna północnego.