Skoruń

Maciej Płaza

Oczywiście powodem, dla którego na Carpe Noctem pojawił się prozatorski debiut Macieja Płazy, jest H.P. Lovecraft. Wydane przez Vesper przekłady z Zgrozy w Dunwich były nie tylko odświeżeniem znakomitych tekstów klasyka grozy, ale również wybitnym i uhonorowanym popisem translatorskim. Skoruń nie ma jednak z nimi nic wspólnego, z horrorem również niemal nic. W jego kontekście przywołuje się nazwiska raczej Wiesława Myśliwskiego czy Miłosza z Doliny Issy. Znajdziemy jednak na naszym ramach uzasadnienie do zachęcenia was do tej lektury.

A nie ulega najmniejszej wątpliwości, że po Skorunia sięgnąć warto. Płaza nie sięga w swoich historiach po rzeczy wielkie, ale z tych najmniejszych zdołał utkać doskonałą literaturę. Każde z opowiadań, na które składa się książka, to prawdziwa perełka. Śledzimy epizody z dojrzewania tytułowego „skorunia”, a więc łobuza żyjącego na sandomierskiej wsi w latach osiemdziesiątych. Obserwujemy kolejne inicjacje w dorosłość i problemy związane z dojrzewaniem. Formującą się seksualność, trudne związki z rodzicami, konflikt wiejskości z miejskością, pierwsze miłości i niezwykłe przyjaźnie. Poznajemy historię rodziny, regionu i dorastania pośród jabłkowych sadów, w dolinie Wisły.

Bohaterem niemal równoważnym do narratora jest jego ojciec: postać posępna, permanentnie wściekła na rzeczywistość i ów gniew wylewająca z siebie w każdej możliwej chwili. Wreszcie: ojciec shulzowski zmieniający się w ojca z Dostojewskiego. W pierwszych tekstach jest postacią magiczną: znika z domu na długi czas w okolicznościach dla dziecka niezrozumiałych, konstruuje w samotności maszyny, które mają mu usprawnić pracę, ale nad którymi praca przeciąga się w nieskończoność. Ojciec nie zamienia się w ptaka i nie unosi nad sufitem, ale mimo wszystko jego obcość jest niemal nadnaturalna. Kipiący zeń gniew nie ma uzasadnienia, a działania są dla dziecka zupełnie niejasne. Dojrzewając, Skoruń zaczyna dostrzegać w ojcu człowieka, a w człowieku historie. Ojciec bywał na strajkach, za co później spotykały go represje; ojciec był w wojsku, co było dla niego ważnym doświadczeniem; ojciec wie, gdzie zakopana została przez dziadka poniemiecka broń, i wreszcie: nienawidzi swojego brata, który wytyka mu jego słabości i błędy, szantażuje tajemnicami z młodości. Skoruń zaczyna dostrzegać w ojcu burzę, która nie potrafi się wyładować i czepia się tego kurczowo, bo inicjacji w zbliżającą się dorosłość nie może odbyć bez ojca. Bez jego pomocy jest to tylko szamotania niedojrzałego umysłu, który szuka podniet i emocji wszędzie tam, gdzie nie powinna.

Płaza dzieli powieść na siedem pomniejszych epizodów. W jednym ojciec znika, w innym narrator poznaje szaloną staruszkę, w jeszcze innym do wsi przyjeżdża cyrk wraz z młodocianym uciekinierem. Skoruń idzie do szkoły w mieście, Skoruń poznaje historię powodzi, która nawiedziła region przed laty, wreszcie: szuka niedojrzałej miłości cielesnej. Pachną jabłkowe sady, pełne pracy i robotników, zatrudnianych na sezon zbiorów. W lecie Wisła jest gorąca i można w niej pływać nago, atmosfera jest jeszcze sielankowa, choć dzieciństwo powoli się kończy.

Może domyślacie się, do czego dążę? Rzuciłem okiem na kilka recenzji Skorunia, w których stosuje się porównania do we wstępie wymienionych pisarzy. Chciałbym dodać jedno od siebie, które narzuca mi się może zbyt wyraźnie. Czytając debiut Płazy przypominały mi się teksty takie jak Ciało Stephena Kinga albo Jakiś potwór tu nadchodzi Raya Bradbury’ego. Pozornie bardzo odległe od polsko-wiejskiej prozy, ale bliskie tej książce samej w sobie. Płaza jest autentyczny, pisze o rzeczach bliskich i używa języka, który nic nie musi imitować, bo jest prawdziwy.

I uważam, że zestawienie Płazy z Kingiem jest o wiele trafniejsze niż w niemal wszystkich przypadkach, kiedy próbowano jego nazwiskiem promować pisarzy z naszego podwórka. Sięga ono głębiej, niż tylko w cienki płaszczyk sztafażu, poza pobieżną znajomość tematyki jego utworów, jaką popisują się zazwyczaj marketingowcy wydawnictw. Przy czym w przypadku Płazy taka ocena nie powinna ani być odbierana jako trywializacja ani sztuczne promowanie jego debiutu, który jest prozą tak dojrzałą i świadomą, że zwyczajnie tego nie potrzebuje. Mogłoby to za to nieco poszerzyć mu krąg potencjalnych odbiorców. Czego autorowi życzę z całego serca. Ten debiut zasługuje na wyjątkowo wysoką ocenę i rzesze czytelników, także tych, którzy na co dzień raczej unikają tak zwanego głównego nurtu literatury.

  • Autor: Maciej Płaza
  • Wydawca: W.A.B.
  • Data publikacji: 2015-09-23
  • Cena: 31,99
  • Format: s. 368, twarda okładka
  • Opis z okładki: Siedem opowieści o ziemi, rzece i robocie, o tęsknocie za nieznanym, o radosnym i lękliwym żegnaniu się z dzieciństwem,  i o olśnieniach, jakie przynosi inicjacja. Ma niewiele lat i opinię lenia, łobuza, nicponia. Jak to mówią w jego wiosce: skorunia. Mieszka na uboczu, gdzieś na Sandomierszczyźnie, nad Wisłą, która czasem niebezpiecznie podchodzi pod wały, z ojcem sadownikiem, konstruktorem, ateuszem, buntownikiem nie wiadomo przeciw komu, i matką, żywą świętą. Są lata osiemdziesiąte XX wieku; parę lat wcześniej ojciec brał udział w tajemniczej konspiracji, dwadzieścia lat temu sąsiednią wieś spustoszyła nie do końca wyjaśniona powódź, czterdzieści minęło od nie do końca zapomnianej wojny. Skoruniem nikt się nie przejmuje, bo to jeszcze niby dziecko, ale on swoje wie, patrzy i słucha uważnie, wtyka nos w dorosłe sprawy i czuje, że zaczyna się życie: dopiero chłopięce, ale już groźne, niepojęte, czarowne.
  • maszynistaGrot

    Ładna laurka Paweł, zachęciłeś mnie do lektury, jednak mam na razie inne pozycje w planie. Teraz wiemy dlaczego druga część Zgrozy tak się opóźnia :)

    • Sugerowałbym może czytanie tego latem albo wczesną jesienią, serio. Wtedy odbiór byłby chyba najlepszy. A to jest naprawdę świetna literatura, choć z opisu może średnio zachęcać fana grozy. Ale warto – nazwisko Płazy robi się uniwersalną marką ;)

      • maszynistaGrot

        Rzeczywiście Płaza to solidna marka. Sam coraz bardziej się do niego przekonuje. Właśnie odświeżam sobie „Przypadek Charlesa Dextera Warda” w jego tłumaczenia i jest wyśmienicie. Z tym że taki skok z recenzenta/tłumacza do pisarza to zawsze niewiadoma, na pewno będę chciał choćby z ciekawości tego „Skorunia” przeczytać ale jeszcze nie wiem kiedy.