Niezniszczalni

Urbaniuk nie wierzył, że ten film istnieje. A jednak. Początek nie mógłby chyba być gorszy, niemrawa, dziwna strzelanina na początku, potem zupełnie bezsensowna, nakręcona tylko dla eventu scena z Bruce Willisem i chudym jak krzesło Arniem, niepotrzebny wątek damski, a potem wszystko ładnie rusza i strzelają się niemal do końca. W odróżnieniu od innych twardzieli starej daty, martwolicy Stallone radzi sobie nad wyraz dobrze, ostatni „Rambo” był pyszny, udał się nawet tak paradoksalny pomysł jak stareńki Rocky powracający na ring. Tutaj dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem. Wiadomo, przy natłoku postaci niektóre zginą w sensie widoczności na ekranie, niekoniecznie od kuli. Dziury w scenariuszu jak po strzale z pancerfausta. W porządku. Kłopot z „Niezniszczalnymi” polega na tym, że ten rodzaj wskrzeszania marzeń zawsze rodzi rozczarowanie. Nawalanki z lat osiemdziesiątych są częścią dzieciństwa, które, jak to dzieciństwo, zmienia się u dorosłych w szereg ikon, ulega mitologizacji. W konsekwencji, nie odczuję pełnego zadowolenia, ponieważ uwspółcześnienie tej formuły, wyciągnięcie jej za uszy z trumny daje wrażenie obcowania z czymś nie w pełni udanym. Marzenia, wspomnienia są zawsze ładniejsze. Najpiękniejsze dziewczyny były w ogólniaku. Trawa po drugiej stronie. Młodzi z kolei wskażą i to słusznie, że przygody Bourne’a z Damonem mają o wiele więcej energii i sensu. Z tego klinczu Sly już się nie wyrwie. Jednak, przywołał zapomnianych herosów, te ludzkie klocki tułały się w większości przypadków na marginesie kina. Był nawet Eric Roberts. Bawiłem się pysznie przez większość senasu, zapomniałem jakie to głupie – inni, stękający na ten film wyraźnie musieli sobie przypomnieć, co jest o tyle dziwne, że ci sami ludzie z reguły godzą się na mdły komentarz do tego samego okresu w historii kina, który serwuje Quentin Tarantino.

O Jacku Ketchumie w nowym nr Fantasy&Science Fiction edycja polska.

Ponad pięć lat temu pojechałem do Ameryki pracować na budowie. Miałem za sobą pierwsze opowiadania, które potem złożyły się w dużej mierze na półdziki tom Wigilijne psy, ale „bycie pisarzem” ani mi było wtedy w głowie. Nie pisałem, raczej popisywałem się, za to z wielką radością machałem młotem, także pneumatycznym, a w weekendy sunąłem na Harvard, chłonąć popkulturę. Były sklepy pełne figurek, komiksów cienkich i albumowych, grubszych od Biblii, za to barwnych jak Morze Czerwone. Do tego niemal niekończące się półki z fantastyką, horrorem. W ten sposób odkryłem Jacka Ketchuma, koronowanego zgodnie na króla brutalności.
Ketchum wyzierał zewsząd: plakaty, reklamy w czasopismach branżowych, recenzje filmów nakręconych na podstawie jego prozy oraz sama proza, zapełniająca całą długość półki, złożyły się na wrażenie, że ten facet jest naprawdę kimś. W opinii recenzentów Ketchum przekroczył wszelkie granice, oferując przemoc pozbawioną wszelkiej umowności, za lekturę zabrałem się więc umotywowany i ostrzeżony. Nie pomogło. Pierwszy raz, powodowany najwznioślejszym rodzajem wstrętu, zmuszony byłem odłożyć powieść. Zaraz sięgałem po nią z powrotem, a potem – możecie się śmiać – długo nie mogłem zasnąć.
Czasem jeśli ktoś mówi „to naprawdę przerażająca książka”, warto posłuchać.
W posłowiu do Poza sezonem Ketchum wspomina kłopoty związane z pierwszym wydaniem tej powieści. Jako debiutant nie miał za wiele do gadania, a wydawcy opadła szczęka kiedy pojął, co nowa nadzieja horroru powypisywała. Zaczęło się od małej wojenki, skończyło na dialogach kanibali: „Ucięta głowa wylatuje”, „No dobra, ale zostawiam wyprute flaki”. Sam doświadczyłem podobnych trudności. Zauroczony, czy raczej powalony nowymi obszarami brutalności, poniosłem Ketchuma ku polskim wydawcom. Kierowała mną nieczysta chęć zostania odkrywcą Ketchuma i pierwszym ketchumologiem nad Wisłą, byłem też pewny, że się uda: wartość literacka jego powieści nie podlega kwestii. Niestety, wydawcy którym rzuciłem te majstersztyki, poodpadali, nie dokończywszy lektury. Za ostre, za mocne, będzie skandal i straszliwie wtopimy. Ketchum powinien mieć charakterystyczne dla amerykańskiego przemysłu muzycznego ostrzeżenie o wulgarnych treściach naklejone nawet na czoło.
Na szczęście, wydawnictwo Papierowy Księżyc przygotowało polską edycję Poza sezonem i to w pierwotnej, niepociętej wersji. Zasługi mojej w tym nie ma, ale radość z lektury – ogromna. Choć radość to może niezbyt właściwe słowo.

reszta w numerze drugim.

Warszawiacy, r. 24

Obserwowała jego nagie ciało. Piotrek był pijany, nieruchomy i piękny.
Leżał na wznak, jak filmowy kochanek z odsłonięta tarczą klatki piersiowej. Lewą rękę ułożył na brzuchu, mała, żylasta kulka bicepsa przebijała spod skóry. Płaski, pocięty mięśniami brzuch unosił się przy każdym oddechu.

Twarz chłopca ledwo oderwanego od kabli w zawodówce. Oddychał przez nos. Kamila nagle poczuła się strasznie. Jakby siedziała nad trupem. Cienie na szyi Piotrka przypominały szubieniczny sznur.
Zasnęła tylko na chwilę, zaraz, kiedy przyszli z dyskoteki. Zaraz runęli na łóżko. Piotrek próbował zdjąć z niej koszulę nocną, całował w ramiona i szyję, wkładał mokre palce w pępek i nie umiał wychwycić biernych protestów jej spiętego ciała. Wreszcie westchnął, mruknął, odpuścił, osuwając się w sen. Zasnęła zaraz po nim. Śniła o murach wysokich na horyzont i wysokich basztach, na których, niczym chorągwie odebrane pokonanemu wojsku, łopotały ludzkie skóry.
Obudziła się przed świtem, pełna złej, sztucznej energii. Przekręcała się, na wpół odkryta, poszła po wodę i już siedziała na brzegu łóżka, nie wiedząc co myśleć. Zakryła Piotrka po brodę, zaraz wysupłał się z kołdry. Próbował chwycić ją przez sen, nie udało się, mruknął niezadowolony. Kamili przypominały się pierwsze miłości, jeszcze z ogólniaka. Nieporadni koledzy z klasy, którym wydawało się, że w wieku lat szesnastu są nie tylko facetami, co się zowie, ale też wiedzą wszystko o życiu. Szybki seks na huśtawce w parku. Pamiętała, że ten akurat dzieciak – Marcin? Marek? – zupełnie nie potrafił wyłuskać piersi ze stanika. Doszedł, a rąbek bluzki uciskał jej sutek. Albo inaczej, grube skręty wypalane na mazurach, wśród świńskich żartów. Pierwsze, odrzucone oświadczyny, pierwsze przyjęte i tamta suka cichociemna. Poszło się jebać w kwadrans. Nie wiedziała, czemu o tym wszystkim myśli.
Co teraz? Już wie kim są Kosma i Świętek, co zrobili. Zapewne z innymi. Mogłaby porozmawiać o tym z Piotrkiem, ale co, jeśli on też jest w to wmieszany? Dotąd brała pod uwagę taką możliwość. Miły chłopak, faktycznie, tacy są pierwsi do każdego draństwa. Piotrek wydawał się inny. Zbyt szczery. Nie kochała go. Tylko żałowała wszystkiego, co nadchodziło. A nadchodzi co? zapytała siebie samą. Do tego momentu plan był klarowny: złapać kontakt, znaleźć haka. Nie wiedziała co dalej. Piotrek stał się marudnym kompanem, który spowalnia marsz.
Poryczała się więc z żalu nad sobą i nad tym że świat jest taki okropny. Powinna być z Wernerem, a jak Werner by sobie poszedł – nie umarł, ale właśnie poszedł, tak jak narzeczony do tamtej suki – może zostałaby z tym miłym gówniarzem. Piotrek dbałby o nią, chodził do roboty i na osiem etatów, jeśli zaszłaby potrzeba, potem niańczył wrzeszczące bachory. Kobiety marzą o takich gościach. Ryczała coraz bardziej, brzuch jej falował, jakby zaraz miał pęknąć. Splotła na nim dłonie. Nie chciała takiego życia i nie umiała stwierdzić, kiedy ono takie się stało. Piotrek przebudził się gwałtownie. Już siedział przy niej, obejmował. Spróbowała nie sztywnieć.
– Co jest słonko? – szepnął jej w ucho, słodko, że aż mrozi. Durny gówniarz.

dalej

Metal na dziś (31)


Ciężkie czasy dla heavy metalowców. Raz, że wstyd tego słuchać, a odpuścić trudno. Znam i takich, co zamykają się w swoich czterech ścianach i na słuchawkach, w ciemności katują Rhapsody of Fire, drżąc ze strachu przed nakryciem. Konspiracyjne to przeżycie kojarzy mi się z sekretnym onanizmem w małżeństwie, albo słuchaniem Wolnej Europy za komuny. Teraz nastała dodatkowa bieda: Iron Maiden nagrało to co nagrało, dzięki czemu można zapomnieć o nowym arcydziele osłów z Blind Guardian. Ci przynajmniej mają najmniej charyzmatycznego frontmana na świecie. Kostka masła na słońcu ma już więcej pary. Ciężki, paskudny metal ma się wyjątkowo tłusto, żeby wspomnieć fantastyczne płyty Diabolic, Watain, Burzom, Trypticon, za to klasyczna formuła ledwo zipie. Wyjątkiem jest znakomita płyta weteranów z Accept. Metalowcy przykro się starzeją, ale przed zdziadzieniem, z reguły, ujawniają zaskakujący przypływ energii. Tak było z Ironami i Halfordem, tak teraz tłuką się dziarskie Szkopy. Wiedzą jak i co, jeszcze im się chce – cieszmy się więc dobrodziejstwem kryzysu wieku średniego. Szalenie to teutońskie, widać zaraz skąd wyrastają nogi takiego Rammstein i Tokio Hotel. Cieszy też zachowanie tradycji. Poprzedni wokalista, Udo, był mały, szkaradny i zabiedzony, ten z kolei jest jakiś wyciągnięty, wyliniały i szkaradny po trzykroć. Graba tylko mu brak, drze się jednak, jakby o niego prosił. Cytując niezapomnianego Szubrychta, „czas kupić sobie skórzane spodnie”.

Tydzień z głowy (98)

Mam przekonanie, że pewien fragment mojego życia, powiedzmy, obszar nieodwołalnie się kończy. Nie powiem jaki, oraz nie żałuję – ani tego, że się kończy, ani, że nie powiem. Odczucie przypomina trochę wstrętną błogość po wyciśnięciu naprężonego pryszcza. Skóra jeszcze została czerwona, jeszcze skrywa cząstki czegoś niezdrowego. Ale niedługo mordka będzie gładka. Czasem lubię takie odłączanie, uczę się lubić, co wcale nie jest łatwe. Kolekcjonujemy przecież zdarzenia, zabiegamy o powtarzalność sytuacji towarzyskich, które wcale nie są potrzebne ani nam, ani reszcie zaangażowanych. Niemniej trwają. Przypominają mi się rzędy słojów i pudeł po biovitalu, które będąc dzieckiem widywałem w domach starych ludzi. wszystko jest potrzebne, wszystko się przyda. Czemu niektórzy tak trwają w przebrzmiałych okolicznościach? Czemu tak trudno czerpać przyjemność z rozejścia się bez krzywdy, z poluzowania więzi, ze zmiany hotelu na inny? Jest z tym kłopot wynikły z nawyku gromadzenia: wszystko wydaje się potrzebne, przynajmniej ze względu na sentyment, wydaje się nam nawet, że coś utracimy. I odbieramy telefon od starego kumpla. Chodzimy na spotkania klasowe i tak dalej, mało kto się zająknie, że może już dosyć. Ktoś zeskoczy z fury, albo koła zaryją się w drodze. To co piszę jest dosyć mętne, nie chciałbym, żeby te słowa odnoszono do konkretnych przykładów, niekonkretność jest tutaj jak najbardziej celowa.
Nie robię konspektów do swoich książek, choć powinienem. Koledzy mają, podobno, zapiski i na setki stron. Za to czasem zdarza mi się machnąć notatkę. Mam dwa zeszyty, raczej małe, jeden zapełniony w połowie, w drugim zapełniłem tylko kilka kartek podczas podróży w Ameryce. Jest jeszcze telefon komórkowy z funkcja notatek. Nie wszystkie odnoszą się do literatury, wszystkie odnoszą się do czegoś nagłego. Jechałem tramwajem, pomyślałem, zobaczyłem. Nie pamiętam większości rzeczy, które napisałem i włożyłem w okładki, wiec trudno żebym rozjaśnić parę słów wstukane na przykład pół roku temu. Otwieram teraz te notatki i staje przed tajemnicami, które sam za sobą porozrzucałem. I tak:
„Antyheros w sensie kombinator”
„B44er stronger fas8er”
„Ojciec dyktator, lolitka, blake zakazani, wszechruskie imperium. Lustra v7net. Relikwie wspierają milicjantów. Inkwizycja torturuje strzykawka kwasu w jaja i oko.”
„Gliny porywają r do jaru”
„House. Odpuszcza ze stacy po rozmowie z Markiem Wilson: nie lubisz siebie ale podziwiasz. Antyhouse 4.13” (Przynajmniej wiadomo o czym to jest)
„Kapitalna pierwsza sekwencja. Wolf najpierw zabija przywódcę ochroniarza. Na ciałach nie został slad metalu. Włosy przy wszystkich. Wygląd normalnego wilka”
„Gymcata”
„Prozopopeja”
„Dryndziarz, mit z komuny. Kontrola!”
„Koszta. Wino 25pln”.
Ostatnia z wybranych notatek jest niewątpliwie moja ulubioną, żadnej, poza tą dotyczącą House’a nie rozumiem, nie kapuję, nie umiem wychwycić do czego się przysłużyła. Zarazem, jeśli już zadaję sobie trud zapisania czegoś, to muszę mieć istotny powód ku temu, tak samo, jak ani głód, ani papierosy, ani ochota na piwo nie wygnają mnie z domu, każde z osobna. Mogą uczynić to jedynie we troje.
Siedzę przy biurku, przy którym, jak w każdy poniedziałek spędzę pół dnia pracując. Mam na nim kubik z karteluszkami i długopisami, lampę, książki, złożonego laptopa podpietego do monitora. Ten stoi tez na książkach. Jedną z nich jest tom „Kryminalnej historii chrześcijaństwa” Dreschnera. Z głośników leci zespół „We came as Romans”, nazwa urzeka, ale nie wiem jeszcze, czy muzyka mi się podoba. Za to na głośniku leży żółta kaczka wypełniona kawałkami styropianu. Ma na imię Jarek. Powinienem zmienić. Może. Ale imion nie wolno dobierać nawet kaczkom. Przede mną są jeszcze dwie szafki z literaturą bieżącą: materiały do „Widm”, książki do recenzji i felietonów, słowniki. Wyżej, najwyżej jak się da, teczka z umowami. Parę płyt winylowych i kompaktowych których nie mam na czym odtwarzać. Po lewej, z tablicy korkowej spogląda ładna czaszka narysowana przez fana, obok niej parę kartek ze starymi terminami (korzystanie z tablicy wychodzi mi równie niedobrze, co robienie notatek). Po prawej wisi obraz a na obrazie wisi facet. Jeszcze jedna półka z książkami. Łóżko dla gości. Jeszcze jeden obraz i właściwie tyle. Wstaję i spoglądam za okno. Na pierwszym planie drzewa, które niedługo wyłysieją, odsłonią potworne bloki gierkowskie. Czarna garść zaciska się wokół latartnii. Dalej gałęzie i panorama miasta z gustownie oświetlonym Pałacem Kultury. Wieżowce jak kanciaste łożyska dla martwego światła. Zawieszone nisko krępe sznury chmur. Obok migocze sobie stadion narodowy w budowie, podobny trochę do wielkiego mechanicznego pająka, którego ktoś jeszcze większy wywrócił na plecy. Ulicami wędrują zagłodzone cienie. Diabły kotłują się u szczytów wież z zaschniętej krwi.


Strona 1 z 88123153045...Last »