tydzień z głowy (69)

Oto kolejny wpis, który zaczynam od czegoś takiego – to był cholernie ważny tydzień. Ale ten tydzień naprawdę wydarzał się w sposób dziwny, piękny i groźny, tak jak dzieją się rzeczy, których sensu nie odkrywamy. To chyba jakieś kuku z myśleniem, jednak, co robić, nie potrafię odklejać się od obsesji, z tego też względu obsesje są obsesjami właśnie. A nie pryk pryk w fotelik. Mam na myśli rzeczywisty sens naszych czynów, co znów łączy się z rozumieniem wolności. Spróbuję jaśniej, rządzi mną słowo, a nie myśli (z tego powodu jestem pisarzem a nie filozofem, swoją drogą, jak radzi sobie z tym Wit Szostak?). No dobra. Ja coś robię. Kupuję piwo. Piję z kimś piwo. Piszę felieton. Zrywam znajomość. Wydaje mi się, że wiem co robię a tak nie jest. Nie umiem przewidzieć konsekwencji własnych działań, nikt chyba nie potrafi. To dramat człowieczy i wcale się nie nabijam. Jednorazowe noce kończą się miłością na życie albo niechcianą ciążą (lub tym i tym, rety, fajnie), niewinne słowo rzucone przypadkiem w okładki może coś rozświetlić komuś w głowie, głowa uruchomi ręce, karambol czy tam radość – gotowe. Jedno spotkanie zmienia człowieka w alkoholika, katolika, mordercę, co tam chcecie. Przecież to co robię dzisiaj może mieć sequel za dekadę. Wiem, że właściwie lamentuję bez sensu, choćby dlatego, że narzekam na fakt rozgrzeszenia. Nie umiem przewidzieć konsekwencji własnego działania, jestem z tychże konsekwencji rozgrzeszony. Poza tym bajka o motylku i huraganie. Otóż gówno, chciałbym wiedzieć, móc przewidzieć, móc działać w zgodzie z przewidzeniem i przywidzeniem. Pocieszam się tym, że może tego rodzaju nieszczęście ma jednak szczęśliwą mordkę, bo co by było, gdyby świat, choćby w tym wymiarze, uległ wyjaśnieniu, jeśli wiem co robię, to mógłbym użyć tej wiedzy do rzeczy strasznych, zmieniłbym się w maszynę planującą działania na lata. Niszczenie innych. A jak ładnie kariera by mi wyszła? No to chyba lepiej, że jest jak jest.
Przedwczoraj dostałem w łapki swoją książkę. Miało jeszcze nie być, a już jest. Niestety, w księgarniach za tydzień. To bardzo szczególne doświadczenie. Trzymać w rękach własną książkę. Własną książkę. Mi taki dzień zdarza się gdzieś raz do roku. Nie umiem opisać emocji z tym zderzonych, przez to wywołanych, nie podejmuję się. Dwa istotne wrażenia: takie doświadczenie jest dostępne nielicznym. Ludzie doświadczają przecież tego samego, jemy, pijemy, śpimy, trzeba robić, zdarzają się numerki. A z książką inaczej. Mało kto pisze książki. Mało kto je drukuje, więc schwycenie takiej papierowej cegiełki, schwycenie po raz pierwszy i poniesienie do bliskich jest wydarzeniem naprawdę wyjątkowym. Wyjątkowa wydaje się też sytuacja. Trzymam przed sobą coś, co do mnie należy i nie należy. Bo ja napisałem te historie, przywołałem ludzi i wydarzenia, które ich toczą, stworzyłem język właściwy, jak sądzę, do opowiedzenia akurat takich a nie innych losów. Zamroziłem emocje, zamroziłem czas. Jakbym był czarodziejem. Ale, kiedy książka jest wydrukowana już przecież nie jest moja. Miałem moc wcześniej, mogłem zabijać i wskrzeszać oraz zawracać Wisłę drągiem. A teraz nie. Po sprawie. Tak, mogę sobie przeczytać „Łukasz Orbitowski” na okładce. Ale teraz już książka należy do was. Właściwie do wszystkich ludzi, bo każdy może ją przeczytać, opowiedzieć na nowo, przerysować w głowie, splagiatować i tak dalej, coś co należało do mnie, było chyba najbliższym skóry rodzajem własności nagle moim być przestaje, lepiej nawet, należy i nie należy. Kotek, no.
Niewiele piszę tutaj o życiu osobistym, wcale nie dlatego, że się go wstydzę. Już to tłumaczyłem. Mógłbym radośnie machać pindolem tu, na tym blogu, ale moja sytuacja wiąże się z sytuacją innych. Im, niezależnie od tego kim są, nie mam prawa zrobić krzywdy. Są gigantyczne fragmenty mojego życia nie ujęte tutaj, ani w żadnych innych próbach mojej twórczości literackiej, są to też, nie wątpię, fragmenty najistotniejsze. Tym razem spróbuję. Więc, parę dni temu miałem sprawę rozwodową, rzekłbym poszło jak z bicza. Elegancka sprawa, pełna zgodność, jakby jedno drugiemu rozmieniało kasę. Skojarzenie nie do końca chybione. Pamiętam jeszcze jak ludzie rozwodzili się dekadę, dwie dekady temu i teraz, ujęta w godzinę sekwencja „żarcik” – „sprawa” – „papierosek” wydaje się dowodem na to że ludzie robią się mądrzejsi, bardziej kulturalni dla siebie i po prostu ludzcy. Choć zwymiotowałem się, nie przeczę. Oczywiście, ciśnienia przewaliły się wcześniej. A ja myślami wracam do tego od czego zacząłem dzisiejsze biadolenie, czyli niemożności rozpoznania. Nie umiemy przewidywać konsekwencji naszych działań. Nasze działania nie dotyczą tylko nas, takie szczególnie – jest pewien mały człowiek. I nie wiem co się podzieje. Wiem, że znam siebie i swoje zamierzenia, ale wykonałem pewien ruch. Nie mam żadnych wątpliwości odnośnie jego sensowności. Nie wiem też, co uruchomiło się w ten sposób. Jakie zapadnie poszły w górę, przez jakie śluzy zaraz popędzi rozwścieczona woda. A może zapaliłem kolejne słoneczko? Kto wie.
Więc dwa ważne wydarzenia zrzuciłem sobie z serducha. O wadze tygodnia przesądzają ludzie. W Krakowie wróciłem pod zlew, tam śpię na materacu. Cieszę się, bo materac ten, kołderka i reszta dany z najgorętszych serc. I serca właśnie. Piwko na koncercie UDO, spacer z synem, pogaduchy przy kawie, całkiem zacna impreza z wczoraj, poranna kawka w dobrym towarzystwie, cały ten drobiazg ukrwił moje dni. To jeszcze ważniejsze, takie drobiazgi, bez nich rzeczy ważne byłyby tylko martwym ciałem. A przed chwilą, w pociągu do Warszawy spotkałem dziarskiego emeryta walczącego o swoje prawa. Dokładnie wie ile go tną na prądzie za przesył, ile za licznik, jak wygrać z koleją i dostać kasę za spóźnienie, ma też komplet informacji na temat rozwiązań w zakresie funkcjonowania administracji na terenie Unii. Rewelacja, świetny człowiek, poczułem się jak w filmie „Odlot”

agnieszka wolny-hamkało o “nadchodzi”

lubię, jak ta dziewczyna pisze, bo pisze ładnie, czyli tak:

Mówi, że pisze, bo nie wie. Jak. Pisać. Żeby się rozliczyć z widmami. Dosyć to u niego dosłowne. W jego powieściach widma żyją na tych samych prawach, co ludzie. Mówi, że pisze o śmierci, bo nie wie. Czym jest. Śmierć. Anioł u niego ginie w pierwszej scenie opowiadania z nowej książki „Nadchodzi”. Duży brodacz o twarzy mnicha (skąd skojarzenie z Wojtkiem Bonowiczem? Wojtku, przepraszam). Ciało nie dematerializuje się cudownie, nie idzie od anioła żaden nieziemski zapach („Mnie też psują się zęby” – skąd skojarzenie z „Niebieskim” Kieślowskiego? Panie Krzysztofie, przepraszam!). Trzeba je taszczyć, krwawi, psuje się. Trzeba się go „pozbyć”. Skrzydło trudno upakować do auta, taki anioł – jako ciało – dość jest nieporęczny. Oczywiście w lesie gubią drogę, jest strach, dzikie psy skupiają się wokół nich jak owocówki nad malinowym chruśniakiem. Robi się dość niesamowicie.

reszta

o “nadchodzi” na katedrze

W ciągu ostatnich kilku lat Łukasz Orbitowski wyrobił sobie markę; powszechnie uważany jest za czołowego twórcę horroru w Polsce, choć – przynajmniej w mojej opinii – powoli coraz bardziej odchodzi od typowej stylistyki dla grozy na rzecz zagłębiania się w psychologię postaci i skręcania w kierunku prozy obyczajowej. Sprawia to, iż trudniejsze jest intuicyjne zaszufladkowanie jego twórczości.
Orbitowski jest również jednym z nielicznych rodzimych autorów, którzy mimo sukcesów, nadal nie stronią od krótkiej formy i regularnie publikuje opowiadania w pismach i antologiach. Jego najnowsza książka – „Nadchodzi” – zbiera właśnie kilka wyróżniających się utworów Orbitowskiego z ostatnich lat1), a na dokładkę zawiera tytułową, premierową mikropowieść, stanowiącą blisko połowę objętości książki. Sprawia to, że zbiór powinien być atrakcyjny zarówno dla osób będących z prozą krakowskiego pisarza na bieżąco, jak i dla pozostałych czytelników.
Najciekawszym koncepcyjnie utworem zbioru jest „Popiel Armeńczyk”, ale pozostałe teksty za zbioru niewiele mu ustępują, a nawet go przewyższają pod niektórymi względami. Bardzo do gustu przypadło mi tytułowe „Nadchodzi”, które czyta się z zapartym tchem, na falach przelewających się refleksji. „Strzeż się gwiazd, w dymie się skryj” oraz (w trochę mniejszym stopniu) „Cichy dom” mają znacznie większą dozę surrealizmu, oderwania od rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Najsłabiej moim zdaniem prezentuje się „Zatoka Tęczy”; być może za sprawą zupełnie nietypowej dla Orbitowskiego scenerii, jak i tematyki dość powszechnie wykorzystywanej w rodzimej fantastyce.

reszta

rozmowa o “nadchodzi”.

Chyba każdy, kto sięga po horror w postaci książki zastanawia się, czy książka może wystraszyć, czy może wzbudzić autentyczny lęk. Wierzysz w taką moc literatury?

- Mam nadzieję, że to jest możliwe, aczkolwiek moje dotychczasowe doświadczenia wskazują, iż jest to bardzo trudne. Nie myślę o tym, jakie emocje chciałbym wywołać w czytelniku. Chciałbym natomiast, żeby on tę książkę po prostu wziął do siebie i jakoś przeżył. Nie siadam do pisania z intencją “O rany boskie, ale Was teraz przestraszę!”. Mam co prawda pomysł na horror totalny, ale użyję go w przyszłości, jeszcze nie teraz. Kiedyś książka rzeczywiście mogła przerażać, ale żyjemy w trochę innych czasach. Mamy te wszystkie filmy grozy zmontowane w konwencji prawie że teledysku i skaczemy w fotelu oglądając takie rzeczy. Są gry takie jak “Dead Space”. Ja sobie w to pograłem siedząc w ciemnym mieszkaniu i rzeczywiście serce miałem gdzieś tak w rejonach karku, tłukło mi się przy kręgach. Konkludując: przy grach skaczemy w fotelu, przy filmach to samo, przy książkach nie bardzo. Próbowałem swego czasu wprowadzać do tekstów literackie ekwiwalenty gościa wyskakującego zza węgła z siekierą, co bardzo ładnie grało u Kubricka, ale nie sądzę, żeby u mnie to miało aż taką siłę. Natomiast my pisarze zajmujący się ludzkim paskudztwem możemy w czytelniku zasiać głębokie poczucie dezorientacji i jeszcze głębsze poczucie niepokoju. To jest ten kierunek, który wydaje mi się w trudnych wizualnych czasach właściwy.

- Nadchodzi to zbiór pięciu opowiadań. W polskiej fantastyce już tak jest, że opowiadania piszą przede wszystkim młodzi, debiutujący pisarze. Opowiadanie to po prostu najlepsza droga do zaistnienia. Fantastyczne czasopisma organizują konkursy na opowiadanie, młodzi ludzie je piszą, wysyłają i wchodzą w ten sposób w literacki obieg. Ty już debiutantem nie jesteś, masz swoją pozycję, kilka cenionych powieści na koncie, a mimo to nadal tworzysz opowiadania. Dlaczego? Co Tobą kieruje? Opowiadanie to wyzwanie, czy może jeszcze coś innego?

- Jedno i drugie. To coś innego ze względu na odmienność formy. Opowiadanie ma swoje dosyć sztywne rameczki i trzeba opowieść między te ramy wepchnąć. Z reguły jest po prostu tak, że niektóre tematy, niektóre historyjki nadają się na opowiadanie, a niektóre na powieść. Czasem jest to kwestia umiejętności i chęci autora. W tym zbiorze znajduje się opowieść zatytułowana “Zatoka Tęczy”. Jest to historia o tym, jak to Ruskie poleciały na Księżyc, jeszcze przed Amerykanami i co tam znaleźli. Zacząłem do tego zbierać materiały i to było straszne, dlatego, że nie potrafię wytłumaczyć, jak działa śrubka, a tu musiałem opanować choćby w skrótowej formie, jak działały te wszystkie kosmiczne pojazdy. Zacząłem w to wsiąkać, temat zaczął mi się podobać. Rosjanie robili tym swoim kosmonautom straszne rzeczy – podczas jednego startu rakiety zginęło stu ludzi! Z jednej strony zacząłem nabierać ochoty na zrobienie z tego powieści, a z drugiej, jak sobie zdałem sprawę ile pracy musiałbym włożyć w przygotowanie takiej książki, to pomyślałem sobie, że może ten temat nie jest do końca wart tego, bo jest tematem na opowiadanie. A może zwyczajnie mi się nie chciało i się wystraszyłem? To dziwnie brzmi, ale są zagadnienia w sam raz na opowiadanie i są tematy powieściowe. Z reguły ciekawe powieściowo są te historie, które można przedstawiać z różnych stron. W Twoim pytaniu ukryte jest również zapytanie o pisarskie umiejętności. Jakiś czas temu połapałem się, że nie potrafię pisać opowiadań. Powrócę na moment do Rosjan. Była taka historia o facecie, który dzwonił do Radia Erewań. Facet pracował w fabryce rowerów, a w radiu powiedział, że marzy o rowerze. Prowadzący zapytał go wprost, dlaczego sobie tego roweru nie wyniesie w częściach z fabryki? Słuchacz odpowiedział, że próbował, ale zawsze mu czołg wychodził. Ze mną było podobnie. Zasiadałem do opowiadania wymyślonego na czterdzieści stron, a wychodziła nowela. Zresztą jedna z tych nowel znalazła się w tym zbiorze. Musiałem się straszliwie napocić, żeby na nowo nauczyć się pisania opowiadań. Mam nadzieję, że jakoś mi to wyszło.

- W opowiadaniach w tomie Nadchodzi da się zauważyć pewne wątki i tematy, które zdają się być tutaj najważniejsze. Takim tematem jest polska historia – II wojna światowa, działalność partyzancka, czasy komunizmu… opowiadasz o tym opowiadaniu tytułowym i w tekście Popiel Armeńczyk. Dotychczas nie poruszałeś tych tematów. Z czego to wynika? Doszedłeś do wniosku, że metoda fantastyczna to najlepszy sposób, aby z najnowszą historią Polski w końcu się rozprawić? Fantaści czasem podejmują próbę poszukiwania sensu naszych dziejów, twórczość Jacka Dukaja może być tutaj przykładem.

- Na każde pytanie można odpowiedzieć na dwa sposoby. Odpowiedź numer jeden brzmi w ten sposób, że nasza historia, powiedzmy od lat dwudziestych XX wieku, jest czymś żywym i dyskutowanym. Pojawia się naturalne pytanie, jak temat wykańczania leśnych dziadków po wojnie przez służbę bezpieczeństwa zaszczepić na polu popkultury. Bez żadnych kłopotów mógłbym napisać opowiadanie, jak partyzanci siedzą sobie w lesie, a UB ich goni. Mnie natomiast chodziło o to, żeby pokazać, jak te rzeczy żyją dzisiaj, może nie ogólnie, ale w świadomości dwóch, trzech osób jakoś z tym związanych. W opowiadaniu tytułowym interesowało mnie, jak człowiek, który likwidował partyzantów, myśli o tym po latach, jak to w nim kamienieje, bo w moim opowiadaniu jego stanowisko się utwardza, jak jego syn się z tym męczy. Z drugiej strony mamy mit polskiego września i tych naszych, jakby na to nie patrzeć, dzielnych żołnierzy. Z mitem tym łączy się mit Hubala – pierwszego partyzanta. Zderzyłem to z gnozą wywiedzioną ze Słowackiego, czyli myślą, że człowieka, kraj, świat zbawia się poprzez krew. I to jest odpowiedź numer jeden. Odpowiedź numer dwa jest następująca – na strychu u ojca znalazłem wspomnienia niejakiego Stanisława Wałacha. Straszliwy pułkownik Wałach był szefem UB w Krakowie i przepięknym językiem prozy raportowej spisał, jak tych leśnych dziadków, między innymi “Ognia” wykańczał. Jak ja to przeczytałem, to byłem pod wrażeniem, nie tylko ze względu na opisywane wydarzenia, ale i ze względu na osobistą perspektywę autora. Pomyślałem sobie “Wow, jakoś muszę to ruszyć”. W przypadku “Popiela Armeńczyka” siedziałem sobie z przyjaciółmi w miłej, nieco zadymionej atmosferze, brzęczały kieliszki i oglądaliśmy “Labirynt Fauna”. Pomyślałem sobie “A gdyby coś takie stało się w Polsce?!”. I tak to się dzieje. Pomysły, które wydają mi się fajne, wychodzą ze strasznie prostych sytuacji. Potem dopiero człowiek myśli, jak to osadzić, jak to wkręcić, jak to umiejscowić w kontekście, ale to wszystko zaczyna się od pierwszego spojrzenia.

- Nie wiem, czy się zgodzisz, ale te dwa opowiadania są chyba najlepsze w Twoim dorobku, w pewnym sensie przełomowe?

- W tym, co do tej pory naknociłem, to chyba tak. Mógłbym jeszcze wymienić kilka tekstów, które darzę niezwykłą sympatią, ale nie pasowały one do zamysłu książki. Były one o czymś tak odmiennym, napisane innym językiem, dzielił je też nastrój kilku lat, bo powstawały wcześniej, tak więc w tym tomie ich nie ma.

- Mówiłeś już o opowiadaniu Zatoka Tęczy. To rzecz niezwykła, bo napisana w stylu science-fiction..

- Trochę tak…

- Nigdy wcześniej nie poruszałeś tej tematyki, nie kreowałeś takiej scenerii. Jak podchodzisz do science-fiction? Chciałeś tym tekstem udowodnić, że Ty też potrafisz? To takie modne ostatnio w fantastyce, żeby skakać z gatunku do gatunku, żeby bawić się konwencją…

- Nie myślę w ten sposób. Pomysły po prostu przychodzą do głowy i niektóre zostają na dłużej. Ten wątek biednego Rosjanina na Księżycu strasznie się we mnie wrył. Może to zabrzmi buńczucznie, ale mam taką zasadę, że piszę teksty, których w momencie startu nie jestem w stanie napisać. To tak jak z biegiem na setkę, albo wyciskaniem sztangi. Najpierw wyciskasz setkę, potem sto dziesięć, przy stu dwudziestu najpierw Ci ktoś pomoże, a potem popchniesz sam. W toku pisania, poprawek, zbierania materiałów, doczytywania, nagle orientujesz się, że możesz. Że potrafisz, przynajmniej według własnej opinii, taki tekst stworzyć. Potem jeszcze jest opinia beta-readerów bliskiego zasięgu, w konsekwencji czego pięćdziesiąt procent mojej roboty ląduje w koszu. Bo że tu są moje opowiadania, że w prasie ukazują się czasem jakieś teksty, nie oznacza, że wypuszczam wszystko, co napisałem. Wypuszczam mniej więcej połowę.

rozmawiał Marcin Baniak

tydzień z głowy (68)

Jest koło siodmej wieczór, siedzę w póki co zaimprowizowanym gabinecie, na ósmym piętrze. Pali się lampa, ale kiedy ją zgaszę widzę panoramę miasta: świetlne, czerwone pstryczki uczepione dźwigów nad stadionem, nieruchawe uliczki bliżej, a dokładnie na wprost mojego pyska sterczy przystrojony w jasną kokardę Pałac Kultury. całe miasto jest tylko sennym migotaniem, domy i ludzie wlazły sobie w cień. Cisza jest zupełnie niewiarygodna, nawet nie teraz, ale kiedy szedłem sobie przez osiedle nikt nie wołał, nawet twardy śnieg pod butem. dominuje wrażenie bezładu i rozsypania, inne miasta wbiły się w ziemię lub z niej wyrosły, to zsunęło się chyba z jakiejś wielkiej szufli, jak kupa śmiecia po szampańskiej zabawie, domy jak potłuczone butelki, drogi niby niedopałki w to wszystko ciśnięto jeszcze wielkie, niebieskie reformy Wisły. Podoba mi się jak diabli, wolę, gdy coś, zamiast być nieustannie się dokonuje. Mieszkam już w Warszawie i zdążyłem już znielubić siebie samego za to teatralne, melodramatyczne potraktowanie całej przeprowadzki, jakbym nie zdawał sobie sprawy, że tak naprawdę nic wielkiego się nie podziało, a jeśli się balem to zupełnie niepotrzebnie. Można zasnąć, rozkołysać się w wielkomiejskim rwetesie, pochwytać błyski, urżnąć się jak trzeba samym kolorem (niech będzie to barwa Jamesona) i pomyśleć sobie o tak: niczego chłopie nie przewidzisz, żadne, dobre czy złe wydarzenie nie zostało wcześniej dostrzeżone, ono strzeliło lub znikło, niczym stołek wyrwany spod tyłka, do tego, pchnęło cie tutaj, wcale nie po temu, że roi ci się kariera we łbie, bo nie roi, na modern party wytrzymasz może kwadrans, nie istnieją wielkie oczekiwania, po prostu, facet, tu i teraz jest twoje miejsce.
Różnice pomiędzy Krakowem a Warszawą można wymieniać do nocy, prędzej Internet by się skończył. Zwracam uwagę na jedną, wydaje mi się, o randze generalnej. Chodzi o zwrot. Określony wektor miasta. Zdaję sobie sprawę, że Krakowowi zawdzięczam rzeczy niewymierne, a z wymiernych odrobinę kapusty, ofiarowanej mi za sam fakt mego szczęsnego istnienia, więc może tak, bez wartościowania. Jednym odpowiadają inne miejsca, innym nie. Warszawa jest zwrócona ku mieszkańcom i ludziom, którzy przyjeżdżają tutaj pracować i żyć. To przecież dla nich są te wszystkie cudne firmy oraz metro, tu skoncentrowały się media, a jak kto chce, może się wylansować bez większego kłopotu. Albo znaleźć się z przetrąconym karkiem. W każdym razie, bajka warszawska polega na tym, żebyś przyjechał, osiadł, polakował, by następnie, na stare lata wyniósł się na wieś, zostawiając dzieci w batkeryjnym środowisku metropolii. Temu celowi służy wiele drobiazgów, od atrakcyjności życia nocnego, które dla mnie odpada, po, w gruncie rzeczy, niewysokie ceny wynajmu, komunikacji miejskiej oraz żarcia. Kraków odwrotnie, jest otwarty i zwrócony ku weekendowym przyjezdnym, nawet zamieszkałe tam dziewczyny ten rodzaj otwartości zdołały sobie przyswoić. Do Krakowa cudownie jest przyjechać, pogapić się na zabytki, a potem zabalować na Kaziku, dobrze też jest studiować, bo piwo niedrogie, Kraków leży na uboczu i rodzice przyjadą z rzadka. Ale życie, normalne takie, wydaje się, więcej, jest szalenie trudne z tego względu, że krakowianina bonus bycia częścią turystycznej atrakcji raczej nie popieści, jeśli oczywiście nie ma knajpy, nieruchomości lub, chociaż nie jeździ na dryndzie. Przeciwnie, są tylko z tym kłopoty, przecież ci turyści jednak doprowadzili do wzrostu cen, no i zabalować trochę trudniej. To jeszcze można zrozumieć, w końcu władze miasta maja prawo do prowadzenia określonej polityki, w sytuacji Krakowa, gdzie z przemysłem średnio, zaś liczne uniwersytety produkują rok w rok rzesze bezrobotnych, których nic, ani rodzice, ani warunki życia nie przygotowały do dorosłości, mianowanie się Mekką dla pijanych Angoli oraz trzeźwych, za to starych Niemców wydaje się jedynym rozwiązaniem. To jasne. Ten wektor na zewnątrz, ku zwiedzającym , cała filozofia miasta ujawnia się w fakcie, że względny dobrobyt, kasa, zostawiona przez przyjezdnych nie buduje naszego malutkiego, zasranego dobrostanu. dobrostanku. Bo skoro turysta zostawia dolce i euro, to z tej fantastycznej kasy mogłoby cos sobie powstać, coś, co służyłoby mieszkańcom. Tymczasem nic, albo przeoczyłem. Przejście przez Sukiennice od lat zamknięte, za to w Podgórzu wzniesiono jakąś piramidalną francę za ciężkie pieniądze, komunikacja miejska to jakiś ponury dowcip co wie każdy kto choć raz widział prędziutkie, slicznutkie bombardiery stłoczone w rządku przed sennymi światłami, że o wstrząsającej lekturze rozkładów jazdy nie wspomnę, po prostu nie mogę pozbyć się wrażenia, że kasa, zostawiana w mieście gdzieś tam sobie frunie do ciepłych krajów, ciepłych kieszeni, choć prędzej zwyczajnie rozlewa się w dziwacznych inwestycjach, żeby wspomnieć tylko o intensywnej, przynajmniej do niedawna, obecności Pendereckiego. Nie wyjechałem dlatego, ze zwykła jazda tramwajem przywoływała mi mroczki przed ślepia, nikt mi tam nic złego nie zrobił, przyczyny przeprowadzki są zupełnie inne, pozamiejskie nawet, po prostu, tak mnie teraz tchnęło. Obecność i duchy, prędzej uwierzę, że miasto zmieni się w widmo niż człowiek.
Skoro przy Widmach, przeprowadzka wywołała opóźnienie, niemniej, jutro zaczynam z nadzieją zamknięcia w lutym czwartego rozdziału. potem przerwa dla beta-czytaczy, którą mam nadzieję wykorzystać na napisanie dwóch opowiadań – chcę po latach zsumować swoje amerykańskie wspomnienia, oraz naszykować, wybaczcie, pierwszy tekst pozbawiony fantastyki. Nie dlatego, że zmieniam front, po prostu cos przyszło mi do głowy, a z tym czymś proste pytanie, czy chciałbym czytać swoje własne książki. Każdy pisarz mówi: piszę to, co sam chciałbym czytać. na pewnym poziomie jest to prawda, przecież, zmieniając się w Orbitowskiego-Który-Nie-_Napisał-”Nadchodzi” (dalej OKNNNo) znalazłbym w tej książce same pokrewne myśli i pomysły, które uważam za elektryzujące, do tego walnięte taką polszczyzną, że czacha dymi. heh. Prócz książek, napisałem chyba kilkaset recenzji książkowych, plus eseje i felietony okołoksiążkowe i łapię się na tym, że jako czytelnik szukam, w pewnym sensie, czegoś zupełnie innego niż jako pisarz. Moje książki nie maja specjalnie wyszukanych fabuł, za to jako czytelnik wykręcam sobie ścięgna w stronę wielowątkowych opowieści z masą bohaterów i zagmatwana fabułą. Uwielbiam sadzić zdania na pół strony, odstawiam tę swoją klepaninę i zachwycam się prozą Twaina, Hemingwaya, Capote, McCarthy’ego (no dobra, tymi pierwszymi dawnom się nie zachwycał), nawet King, Barker, James Herbert pisza stylem jakby wykrojonym ze snopowiązałki. Podczas pracy nad tekstem najważniejszy jest dla mnie klimat i nastrój, jako czytelnik najchętniej utopiłbym wszystkich nastrojowych klimaciarzy w szambie, przywalił deklem i jeszcze przygniótł panzerwagonem niemieckiego gotyku, żeby dziadostwo przypadkiem znów nie wypełzło. Tak mogę dalej, prawie tak długo jak gadać o Krakowie, Warszawie i tak dalej, pójdę na miasto i poszukam szewca bez butów.
Powinienem zmobilizować się i poznać tajniki facebooka. Na razie akceptuję zaproszenia jak leci, w konsekwencji czego zostałem kumplem obcych i uczestnikiem wydarzeń mi obojętnych, groźnych i nienawistnych. Boje się, bo potem będzie twitter. Poza tym przenosił mnie kumpel i rzekł, że kotka Kreska wygląda jak Susan Boyle.


Strona 1 z 66123»153045...Last »