Zostałem posiadaczem niebieskich LMów i nie wiem co z tym zrobić. Papierosy to ważna część życia, a ja dalej nie wiem. Mam je i patrzę jak na coś zupełnie niezrozumiałego, gdyż właśnie te niebieskie szlugi służą mi za papierek lakmusowy do ludzi. Bo chyba ocena człowieka, który wchodzi do sklepu i mając przed sobą marlboro, lucky strike, nawet pall malle i przyjazne społeczeństwu sporty mówi: „poproszę niebieskie LMy” musi być jednoznaczna. Jak można zrobić coś takiego sobie i światu? W jaki sposób rodzi się taka intencja w ludzkiej głowie? Dopuszczam jeszcze delikatną szansę, że żadnych innych papierosów nie było, że ujawnił się szantaż sytuacyjny: ten szajs albo żadne. Właśnie wróciłem z palarni i mdli jak diabli, cały smak palenia poszedł w niebyt i już zaczynam rozumieć: obecność niebieskich papierosów LM w sklepach stanowi ukłon w stronę nałogu. Marlboro są smaczne. Lucki strucki jeszcze lepsze, a w nadzwyczajnym odruchu serca wybaczam tym, którzy kurzą westy ice i davidoffy. Niebieskie LMy, rzecz tak kompletnie ohydna służy do utwierdzania nałogu. Nie palimy ich dlatego, że są dobre. Nie po temu, że pięknie pachną. Po prostu, durne i słabe ciało domaga się swojej porcji nikotyny i substancji smolistych, godzi się w tej nerwowości nawet na tak spektakularny szajs. Z własnej woli? W życiu. A jednak mam tę paczkę
Kapuściński zmarł i dalej sprawa kłopoty. Mam nadzieję, że ja po śmierci będę bardziej wygodny. Nie obchodzi mnie czy kablował, czy nie kablował, choć jasne i tak, nie musiała się ukazywać żadna biografia, uzmysławiam sobie pewne rzeczy na sucho. Jak ktoś za komuny śmigał po całym świecie, to musiał swoje odstukać w raportach. Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi też, czy w jego książkach jest prawda czy nieprawda. Liczy się to co napisane. Złości mnie za to ten sposób tłumaczenia esbeckiej aktywności: „donosił ale nikomu nie szkodził’ czy myśmy wszyscy nagle wrócili do przedszkola czy co, robota dla służb właśnie polega na szkodzeniu innym, jak odpuszczasz krzywdzenie bliźniego to nie pracujesz i kropka. No, chyba, że gdzieś w SB urzędował miłośnik prozy reportażowej, teraz nazwisko wnosi się na spienionej fali mediów, więc możnaby i te raporty wydać. Reportaże o kolegach. Spokojnie, da się na tym zarobić, ale to znów: nie obchodzi mnie. Co mnie za to obchodzi? Ano ta cecha umysłowości ludzkiej która wzbrania się przed przyjęciem prostej prawdy, że ktoś wielki, wybitny i wspaniały w jednym rodzaju aktywności może być fiutem w innej dziedzinie życia. Skąd wniosek, że talent, zmysł, wielkość świadczą na rzecz szlachetności? Nie ma czegoś takiego, już prędzej przyjmę odwrotną tezę, mianowicie – wielkość we fragmencie służy usprawiedliwieniu chujozy w sensie szerszym. Poczytajmy biografie intelektualistów albo świętych, większość z nich, zgodnie z kryterium codzienności zostałaby uznanych za fiuty, Bertol Brecht był fiutem skończonym, co w niczym nie umniejsza wielkości jego dramatów, paskudność charakteru nie obraża go ani o jotę a nawet przeciwnie – w końcu po to stawiamy pomnik, żeby ludzie pieprzyli się w jego cieniu, a gołębie srały na potęgę. Pomnik nie osrany nie jest pomnikiem wcale.
Mógłbym napisać coś o życiu konwentowym. Bo akurat wracam z konwentu w Rzeszowie. Trzymam laptopa na kolanach a Ruda-Ale-Ty-Piękna-Jesteś pilnuje, żebyśmy dojechali bezpiecznie. Konwent minął, a ja nic o nim nie wiem. Mam nadzieję, że gracze bawili się dobrze. Wiecie, że tak naprawdę nie byłem na żadnym konwencie i nie mam pojęcia co tam się dzieje? Wczoraj przyjechałem sobie, wsiadłem w taksówkę, zameldowałem się w hotelu i przedrzemawszy moment podreptałem się zarejestrować. Potem, zaraz, na spotkanie do empiku, genialna pizza, piweczko, wódeczka. Odholowali. Poranek upłynął pod znakiem rozpoznawania możliwości PSP, wypożyczonego od Doktora Błogostanka (kupiłem C prezent!) i prelekcji o której mogę powiedzieć tyle dobrego, że nikt nie przyszedł. I jestem w samochodzie. Czy byłem na konwencie? No nie byłem, przecież tam rozgrywają się rzeczy o których nie mam pojęcia, jakieś prelekcje, panele i rzuty kośćmi, to spanie na salach pokotem i przebieranki, nie znam tych emocji i nie umiem się w nie wbić.
Za to doświadczyłem porannej przygody. Wytoczyłem się o świcie z pokoju i siadłem w saloniku hotelowym, żeby pograć sobie na wypożyczonym handshake’u, rozkoszowałem się wirtualnymi przygodami, a tutaj nagle w moją stronę zbiega się ogromna ilość brzydkich bab w średnim wieku. Gdyby każdy fotel zmienić w grzędę, mielibyśmy niezły tłok w tym kurniku. Baby kawaczą i trzepoczą rzęsami w stronę faceta, toćka w toćkę podobnego do Michała Kamieńskiego z czasów, gdy ten fuehrerował Lidze Republikańskiej. Gość, którego w myślach natychmiast nazwałem panem Kompetentnym okazał się kims w rodzaju kukiełki wspierającej rzeczone baby w trudach napisania pracy licencjackiej. Siedzę ja sobie, gram, a tutaj jedna za drugą podchodzą i klarują mu, że ja o alkoholizmie bym chciała, ja o pomocy społecznej, a ja znów, no już nie wiem, o tym czy da się jednocześnie dłubać w nosie i gwizdać a jeśli tak to jak to zrobić, Kompetentny konstruował zdania tak cudne, że ja sam zacząłem mieć od nich mokro, baby drżały, zwłaszcza w tych momentach kiedy Kompetentny wskazywał na jasne strony w planie pracy i tylko jednego żałuję: że nie podszedłem i nie zgłosiłem swojego licencjata, na przykład tego o gwizdaniu i dłubaniu, Kompetentny poradziłby mi bez zmrużenia oka, wybrał właściwe narzędzia badawcze i wyklarował wstęp. Świetny człowiek, wsadzę go przynamniej do nowelki. A potem zobaczyłem go jak zamawiał taksówkę. Nic w nim nie było. Żalu, nawet złości, takich ludzi znajdziemy masę, ale on był świeży w tej nicości. Na moich oczach dusza mu zdechła. Dziwne i smutne. Lecz, do ciężkiej cholery, da się traktować poważnie kogoś, do którego każdy mówi „panie magistrze”?