tydzień z głowy (69)
Oto kolejny wpis, który zaczynam od czegoś takiego – to był cholernie ważny tydzień. Ale ten tydzień naprawdę wydarzał się w sposób dziwny, piękny i groźny, tak jak dzieją się rzeczy, których sensu nie odkrywamy. To chyba jakieś kuku z myśleniem, jednak, co robić, nie potrafię odklejać się od obsesji, z tego też względu obsesje są obsesjami właśnie. A nie pryk pryk w fotelik. Mam na myśli rzeczywisty sens naszych czynów, co znów łączy się z rozumieniem wolności. Spróbuję jaśniej, rządzi mną słowo, a nie myśli (z tego powodu jestem pisarzem a nie filozofem, swoją drogą, jak radzi sobie z tym Wit Szostak?). No dobra. Ja coś robię. Kupuję piwo. Piję z kimś piwo. Piszę felieton. Zrywam znajomość. Wydaje mi się, że wiem co robię a tak nie jest. Nie umiem przewidzieć konsekwencji własnych działań, nikt chyba nie potrafi. To dramat człowieczy i wcale się nie nabijam. Jednorazowe noce kończą się miłością na życie albo niechcianą ciążą (lub tym i tym, rety, fajnie), niewinne słowo rzucone przypadkiem w okładki może coś rozświetlić komuś w głowie, głowa uruchomi ręce, karambol czy tam radość – gotowe. Jedno spotkanie zmienia człowieka w alkoholika, katolika, mordercę, co tam chcecie. Przecież to co robię dzisiaj może mieć sequel za dekadę. Wiem, że właściwie lamentuję bez sensu, choćby dlatego, że narzekam na fakt rozgrzeszenia. Nie umiem przewidzieć konsekwencji własnego działania, jestem z tychże konsekwencji rozgrzeszony. Poza tym bajka o motylku i huraganie. Otóż gówno, chciałbym wiedzieć, móc przewidzieć, móc działać w zgodzie z przewidzeniem i przywidzeniem. Pocieszam się tym, że może tego rodzaju nieszczęście ma jednak szczęśliwą mordkę, bo co by było, gdyby świat, choćby w tym wymiarze, uległ wyjaśnieniu, jeśli wiem co robię, to mógłbym użyć tej wiedzy do rzeczy strasznych, zmieniłbym się w maszynę planującą działania na lata. Niszczenie innych. A jak ładnie kariera by mi wyszła? No to chyba lepiej, że jest jak jest.
Przedwczoraj dostałem w łapki swoją książkę. Miało jeszcze nie być, a już jest. Niestety, w księgarniach za tydzień. To bardzo szczególne doświadczenie. Trzymać w rękach własną książkę. Własną książkę. Mi taki dzień zdarza się gdzieś raz do roku. Nie umiem opisać emocji z tym zderzonych, przez to wywołanych, nie podejmuję się. Dwa istotne wrażenia: takie doświadczenie jest dostępne nielicznym. Ludzie doświadczają przecież tego samego, jemy, pijemy, śpimy, trzeba robić, zdarzają się numerki. A z książką inaczej. Mało kto pisze książki. Mało kto je drukuje, więc schwycenie takiej papierowej cegiełki, schwycenie po raz pierwszy i poniesienie do bliskich jest wydarzeniem naprawdę wyjątkowym. Wyjątkowa wydaje się też sytuacja. Trzymam przed sobą coś, co do mnie należy i nie należy. Bo ja napisałem te historie, przywołałem ludzi i wydarzenia, które ich toczą, stworzyłem język właściwy, jak sądzę, do opowiedzenia akurat takich a nie innych losów. Zamroziłem emocje, zamroziłem czas. Jakbym był czarodziejem. Ale, kiedy książka jest wydrukowana już przecież nie jest moja. Miałem moc wcześniej, mogłem zabijać i wskrzeszać oraz zawracać Wisłę drągiem. A teraz nie. Po sprawie. Tak, mogę sobie przeczytać „Łukasz Orbitowski” na okładce. Ale teraz już książka należy do was. Właściwie do wszystkich ludzi, bo każdy może ją przeczytać, opowiedzieć na nowo, przerysować w głowie, splagiatować i tak dalej, coś co należało do mnie, było chyba najbliższym skóry rodzajem własności nagle moim być przestaje, lepiej nawet, należy i nie należy. Kotek, no.
Niewiele piszę tutaj o życiu osobistym, wcale nie dlatego, że się go wstydzę. Już to tłumaczyłem. Mógłbym radośnie machać pindolem tu, na tym blogu, ale moja sytuacja wiąże się z sytuacją innych. Im, niezależnie od tego kim są, nie mam prawa zrobić krzywdy. Są gigantyczne fragmenty mojego życia nie ujęte tutaj, ani w żadnych innych próbach mojej twórczości literackiej, są to też, nie wątpię, fragmenty najistotniejsze. Tym razem spróbuję. Więc, parę dni temu miałem sprawę rozwodową, rzekłbym poszło jak z bicza. Elegancka sprawa, pełna zgodność, jakby jedno drugiemu rozmieniało kasę. Skojarzenie nie do końca chybione. Pamiętam jeszcze jak ludzie rozwodzili się dekadę, dwie dekady temu i teraz, ujęta w godzinę sekwencja „żarcik” – „sprawa” – „papierosek” wydaje się dowodem na to że ludzie robią się mądrzejsi, bardziej kulturalni dla siebie i po prostu ludzcy. Choć zwymiotowałem się, nie przeczę. Oczywiście, ciśnienia przewaliły się wcześniej. A ja myślami wracam do tego od czego zacząłem dzisiejsze biadolenie, czyli niemożności rozpoznania. Nie umiemy przewidywać konsekwencji naszych działań. Nasze działania nie dotyczą tylko nas, takie szczególnie – jest pewien mały człowiek. I nie wiem co się podzieje. Wiem, że znam siebie i swoje zamierzenia, ale wykonałem pewien ruch. Nie mam żadnych wątpliwości odnośnie jego sensowności. Nie wiem też, co uruchomiło się w ten sposób. Jakie zapadnie poszły w górę, przez jakie śluzy zaraz popędzi rozwścieczona woda. A może zapaliłem kolejne słoneczko? Kto wie.
Więc dwa ważne wydarzenia zrzuciłem sobie z serducha. O wadze tygodnia przesądzają ludzie. W Krakowie wróciłem pod zlew, tam śpię na materacu. Cieszę się, bo materac ten, kołderka i reszta dany z najgorętszych serc. I serca właśnie. Piwko na koncercie UDO, spacer z synem, pogaduchy przy kawie, całkiem zacna impreza z wczoraj, poranna kawka w dobrym towarzystwie, cały ten drobiazg ukrwił moje dni. To jeszcze ważniejsze, takie drobiazgi, bez nich rzeczy ważne byłyby tylko martwym ciałem. A przed chwilą, w pociągu do Warszawy spotkałem dziarskiego emeryta walczącego o swoje prawa. Dokładnie wie ile go tną na prądzie za przesył, ile za licznik, jak wygrać z koleją i dostać kasę za spóźnienie, ma też komplet informacji na temat rozwiązań w zakresie funkcjonowania administracji na terenie Unii. Rewelacja, świetny człowiek, poczułem się jak w filmie „Odlot”