Mam przekonanie, że pewien fragment mojego życia, powiedzmy, obszar nieodwołalnie się kończy. Nie powiem jaki, oraz nie żałuję – ani tego, że się kończy, ani, że nie powiem. Odczucie przypomina trochę wstrętną błogość po wyciśnięciu naprężonego pryszcza. Skóra jeszcze została czerwona, jeszcze skrywa cząstki czegoś niezdrowego. Ale niedługo mordka będzie gładka. Czasem lubię takie odłączanie, uczę się lubić, co wcale nie jest łatwe. Kolekcjonujemy przecież zdarzenia, zabiegamy o powtarzalność sytuacji towarzyskich, które wcale nie są potrzebne ani nam, ani reszcie zaangażowanych. Niemniej trwają. Przypominają mi się rzędy słojów i pudeł po biovitalu, które będąc dzieckiem widywałem w domach starych ludzi. wszystko jest potrzebne, wszystko się przyda. Czemu niektórzy tak trwają w przebrzmiałych okolicznościach? Czemu tak trudno czerpać przyjemność z rozejścia się bez krzywdy, z poluzowania więzi, ze zmiany hotelu na inny? Jest z tym kłopot wynikły z nawyku gromadzenia: wszystko wydaje się potrzebne, przynajmniej ze względu na sentyment, wydaje się nam nawet, że coś utracimy. I odbieramy telefon od starego kumpla. Chodzimy na spotkania klasowe i tak dalej, mało kto się zająknie, że może już dosyć. Ktoś zeskoczy z fury, albo koła zaryją się w drodze. To co piszę jest dosyć mętne, nie chciałbym, żeby te słowa odnoszono do konkretnych przykładów, niekonkretność jest tutaj jak najbardziej celowa.
Nie robię konspektów do swoich książek, choć powinienem. Koledzy mają, podobno, zapiski i na setki stron. Za to czasem zdarza mi się machnąć notatkę. Mam dwa zeszyty, raczej małe, jeden zapełniony w połowie, w drugim zapełniłem tylko kilka kartek podczas podróży w Ameryce. Jest jeszcze telefon komórkowy z funkcja notatek. Nie wszystkie odnoszą się do literatury, wszystkie odnoszą się do czegoś nagłego. Jechałem tramwajem, pomyślałem, zobaczyłem. Nie pamiętam większości rzeczy, które napisałem i włożyłem w okładki, wiec trudno żebym rozjaśnić parę słów wstukane na przykład pół roku temu. Otwieram teraz te notatki i staje przed tajemnicami, które sam za sobą porozrzucałem. I tak:
„Antyheros w sensie kombinator”
„B44er stronger fas8er”
„Ojciec dyktator, lolitka, blake zakazani, wszechruskie imperium. Lustra v7net. Relikwie wspierają milicjantów. Inkwizycja torturuje strzykawka kwasu w jaja i oko.”
„Gliny porywają r do jaru”
„House. Odpuszcza ze stacy po rozmowie z Markiem Wilson: nie lubisz siebie ale podziwiasz. Antyhouse 4.13” (Przynajmniej wiadomo o czym to jest)
„Kapitalna pierwsza sekwencja. Wolf najpierw zabija przywódcę ochroniarza. Na ciałach nie został slad metalu. Włosy przy wszystkich. Wygląd normalnego wilka”
„Gymcata”
„Prozopopeja”
„Dryndziarz, mit z komuny. Kontrola!”
„Koszta. Wino 25pln”.
Ostatnia z wybranych notatek jest niewątpliwie moja ulubioną, żadnej, poza tą dotyczącą House’a nie rozumiem, nie kapuję, nie umiem wychwycić do czego się przysłużyła. Zarazem, jeśli już zadaję sobie trud zapisania czegoś, to muszę mieć istotny powód ku temu, tak samo, jak ani głód, ani papierosy, ani ochota na piwo nie wygnają mnie z domu, każde z osobna. Mogą uczynić to jedynie we troje.
Siedzę przy biurku, przy którym, jak w każdy poniedziałek spędzę pół dnia pracując. Mam na nim kubik z karteluszkami i długopisami, lampę, książki, złożonego laptopa podpietego do monitora. Ten stoi tez na książkach. Jedną z nich jest tom „Kryminalnej historii chrześcijaństwa” Dreschnera. Z głośników leci zespół „We came as Romans”, nazwa urzeka, ale nie wiem jeszcze, czy muzyka mi się podoba. Za to na głośniku leży żółta kaczka wypełniona kawałkami styropianu. Ma na imię Jarek. Powinienem zmienić. Może. Ale imion nie wolno dobierać nawet kaczkom. Przede mną są jeszcze dwie szafki z literaturą bieżącą: materiały do „Widm”, książki do recenzji i felietonów, słowniki. Wyżej, najwyżej jak się da, teczka z umowami. Parę płyt winylowych i kompaktowych których nie mam na czym odtwarzać. Po lewej, z tablicy korkowej spogląda ładna czaszka narysowana przez fana, obok niej parę kartek ze starymi terminami (korzystanie z tablicy wychodzi mi równie niedobrze, co robienie notatek). Po prawej wisi obraz a na obrazie wisi facet. Jeszcze jedna półka z książkami. Łóżko dla gości. Jeszcze jeden obraz i właściwie tyle. Wstaję i spoglądam za okno. Na pierwszym planie drzewa, które niedługo wyłysieją, odsłonią potworne bloki gierkowskie. Czarna garść zaciska się wokół latartnii. Dalej gałęzie i panorama miasta z gustownie oświetlonym Pałacem Kultury. Wieżowce jak kanciaste łożyska dla martwego światła. Zawieszone nisko krępe sznury chmur. Obok migocze sobie stadion narodowy w budowie, podobny trochę do wielkiego mechanicznego pająka, którego ktoś jeszcze większy wywrócił na plecy. Ulicami wędrują zagłodzone cienie. Diabły kotłują się u szczytów wież z zaschniętej krwi.