o dr house w tygodniku powszechnym

Wiewiórki piszczą, że w Stanach szpitale mają nielichy kłopot. Rozzłoszczeni pacjenci domagają się odszkodowania za złe traktowanie. Konkretnie – oczekują luksusów znanych z serialu „Dr House”.

Popularność serialu wprawia w osłupienie. Mamy do czynienia z bardzo sprawnie napisanym, nieźle – czasem znakomicie – zagranym dziełem telewizyjnym, które odbierane w większych dawkach wręcz razi brakiem rozwojowości. Poza pacjentami, nie ma tu ani jednego człowieka. Tylko genialny lekarz i ludzie służący mu do przeglądania się, dopowiadający, podkreślający aspekty jego osoby. Widać to wyraźnie w późnych odcinkach, kiedy scenarzyści próbują nadać otoczeniu więcej samodzielności (wydanie DVD szczęśliwie umożliwia łatwe przewijanie tych fragmentów).

House jest szefem zespołu diagnostycznego szpitala w Princeton-Plainsboro, facetem, który upora się z każdym, najbardziej nawet skomplikowanym przypadkiem. Pacjentów nie znosi, unika jak może, wysyłając do nich mniej lub bardziej skołowanych podwładnych (tych samych, których zmusza do czynów nielegalnych, w rodzaju włamania), zdradza zainteresowanie wyłącznie tajemnicą, jaką kryje w sobie choroba. Dla tego rodzaju zagadki jest gotów poświęcić wiele, z własnym zdrowiem na czele. Ludzie zdają się go nie obchodzić (zdrowy znaczy nudny), więc w wolnym czasie House pomiata pracownikami ile wlezie, a kiedy ci mu się znudzą, żywo komentuje drugorzędowe cechy płciowe swojej szefowej. Uwielbia porno, chętnie dzieli się tą pasją z podwładnymi i jeśli nawet nie korzysta zbyt często z usług prostytutek, to nieustannie o tym gada.

Nade wszystko, cierpi.

Kiedyś dostał postrzał w nogę, pojawiły się powikłania i nasz geniusz, postawiony przed dylematem wózka inwalidzkiego, po męsku odpuścił. Każdy krok sprawia mu ogromny ból, co pociągnęło za sobą kolejny kłopot, czyli vicodin. To lek przeciwbólowy, który House wsuwa jak tiktaki, osuwając się z wolna w paranoję i fantazmaty. Tu dochodzi do głosu popkulturowa filozofia człowieka, suma szczęścia i nieszczęścia jest stała, a każdy dar musi być okupiony brakiem – gdy dar wielki, to i ubytek niemały. Jedyny człowiek, który ma do niego siłę, onkolog Wilson, mówi w pewnej chwili: „Nie lubisz siebie, ale podziwiasz”. Ot, cała prawda o facecie.

reszta tutaj.

horror, horror (15): Piekielna noc

Miałem czternaście lat kiedy to zobaczyłem i film zrobił na mnie gigantyczne wrażenie, zapomniałem, niestety, tytułu i pamięc przywróciła mi dopiero okładka z łysym łbem zamieszczona bodaj na Bloody Disgusting. Mam. Włączyłem. Z filmami jest tak, że starcza jeden drobiazg, żeby w człowieku osiadł no i w „Happy…” dokładnie tak się podziało, wszystko tam leży i wyje, aktorstwo jest po prostu koszmarnie anemiczne, operator zapewne się upił, reżyser powiesił a producent uciekł z pieniędzmi. Co zapamiętałem sprzed lat? Ano samego killera, łysego gościa z czarnymi oczyma, jak patrzyłem na niego to chciałem nie patrzeć, do tego dochodziło dziwaczne operowanie głosem przez tego aktora. I mnie mieli. Te, nie wiem, pięć minut ekranowej obecności starczyło, bym zapamiętał, niestety, pięć minut w życiu czternastolatka to jedno, pięć minut dla chłopa w wieku chrystusowym nie bardzo, więc chwyćmy spłuczkę by spuścić wodę milczenia. Nie znalazłem trailera, więc wrzucam sceny z Jorjią Fox kimkolwiek ona jest.

tydzień z głowy (74)

Zostałem posiadaczem niebieskich LMów i nie wiem co z tym zrobić. Papierosy to ważna część życia, a ja dalej nie wiem. Mam je i patrzę jak na coś zupełnie niezrozumiałego, gdyż właśnie te niebieskie szlugi służą mi za papierek lakmusowy do ludzi. Bo chyba ocena człowieka, który wchodzi do sklepu i mając przed sobą marlboro, lucky strike, nawet pall malle i przyjazne społeczeństwu sporty mówi: „poproszę niebieskie LMy” musi być jednoznaczna. Jak można zrobić coś takiego sobie i światu? W jaki sposób rodzi się taka intencja w ludzkiej głowie? Dopuszczam jeszcze delikatną szansę, że żadnych innych papierosów nie było, że ujawnił się szantaż sytuacyjny: ten szajs albo żadne. Właśnie wróciłem z palarni i mdli jak diabli, cały smak palenia poszedł w niebyt i już zaczynam rozumieć: obecność niebieskich papierosów LM w sklepach stanowi ukłon w stronę nałogu. Marlboro są smaczne. Lucki strucki jeszcze lepsze, a w nadzwyczajnym odruchu serca wybaczam tym, którzy kurzą westy ice i davidoffy. Niebieskie LMy, rzecz tak kompletnie ohydna służy do utwierdzania nałogu. Nie palimy ich dlatego, że są dobre. Nie po temu, że pięknie pachną. Po prostu, durne i słabe ciało domaga się swojej porcji nikotyny i substancji smolistych, godzi się w tej nerwowości nawet na tak spektakularny szajs. Z własnej woli? W życiu. A jednak mam tę paczkę
Kapuściński zmarł i dalej sprawa kłopoty. Mam nadzieję, że ja po śmierci będę bardziej wygodny. Nie obchodzi mnie czy kablował, czy nie kablował, choć jasne i tak, nie musiała się ukazywać żadna biografia, uzmysławiam sobie pewne rzeczy na sucho. Jak ktoś za komuny śmigał po całym świecie, to musiał swoje odstukać w raportach. Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi też, czy w jego książkach jest prawda czy nieprawda. Liczy się to co napisane. Złości mnie za to ten sposób tłumaczenia esbeckiej aktywności: „donosił ale nikomu nie szkodził’ czy myśmy wszyscy nagle wrócili do przedszkola czy co, robota dla służb właśnie polega na szkodzeniu innym, jak odpuszczasz krzywdzenie bliźniego to nie pracujesz i kropka. No, chyba, że gdzieś w SB urzędował miłośnik prozy reportażowej, teraz nazwisko wnosi się na spienionej fali mediów, więc możnaby i te raporty wydać. Reportaże o kolegach. Spokojnie, da się na tym zarobić, ale to znów: nie obchodzi mnie. Co mnie za to obchodzi? Ano ta cecha umysłowości ludzkiej która wzbrania się przed przyjęciem prostej prawdy, że ktoś wielki, wybitny i wspaniały w jednym rodzaju aktywności może być fiutem w innej dziedzinie życia. Skąd wniosek, że talent, zmysł, wielkość świadczą na rzecz szlachetności? Nie ma czegoś takiego, już prędzej przyjmę odwrotną tezę, mianowicie – wielkość we fragmencie służy usprawiedliwieniu chujozy w sensie szerszym. Poczytajmy biografie intelektualistów albo świętych, większość z nich, zgodnie z kryterium codzienności zostałaby uznanych za fiuty, Bertol Brecht był fiutem skończonym, co w niczym nie umniejsza wielkości jego dramatów, paskudność charakteru nie obraża go ani o jotę a nawet przeciwnie – w końcu po to stawiamy pomnik, żeby ludzie pieprzyli się w jego cieniu, a gołębie srały na potęgę. Pomnik nie osrany nie jest pomnikiem wcale.
Mógłbym napisać coś o życiu konwentowym. Bo akurat wracam z konwentu w Rzeszowie. Trzymam laptopa na kolanach a Ruda-Ale-Ty-Piękna-Jesteś pilnuje, żebyśmy dojechali bezpiecznie. Konwent minął, a ja nic o nim nie wiem. Mam nadzieję, że gracze bawili się dobrze. Wiecie, że tak naprawdę nie byłem na żadnym konwencie i nie mam pojęcia co tam się dzieje? Wczoraj przyjechałem sobie, wsiadłem w taksówkę, zameldowałem się w hotelu i przedrzemawszy moment podreptałem się zarejestrować. Potem, zaraz, na spotkanie do empiku, genialna pizza, piweczko, wódeczka. Odholowali. Poranek upłynął pod znakiem rozpoznawania możliwości PSP, wypożyczonego od Doktora Błogostanka (kupiłem C prezent!) i prelekcji o której mogę powiedzieć tyle dobrego, że nikt nie przyszedł. I jestem w samochodzie. Czy byłem na konwencie? No nie byłem, przecież tam rozgrywają się rzeczy o których nie mam pojęcia, jakieś prelekcje, panele i rzuty kośćmi, to spanie na salach pokotem i przebieranki, nie znam tych emocji i nie umiem się w nie wbić.
Za to doświadczyłem porannej przygody. Wytoczyłem się o świcie z pokoju i siadłem w saloniku hotelowym, żeby pograć sobie na wypożyczonym handshake’u, rozkoszowałem się wirtualnymi przygodami, a tutaj nagle w moją stronę zbiega się ogromna ilość brzydkich bab w średnim wieku. Gdyby każdy fotel zmienić w grzędę, mielibyśmy niezły tłok w tym kurniku. Baby kawaczą i trzepoczą rzęsami w stronę faceta, toćka w toćkę podobnego do Michała Kamieńskiego z czasów, gdy ten fuehrerował Lidze Republikańskiej. Gość, którego w myślach natychmiast nazwałem panem Kompetentnym okazał się kims w rodzaju kukiełki wspierającej rzeczone baby w trudach napisania pracy licencjackiej. Siedzę ja sobie, gram, a tutaj jedna za drugą podchodzą i klarują mu, że ja o alkoholizmie bym chciała, ja o pomocy społecznej, a ja znów, no już nie wiem, o tym czy da się jednocześnie dłubać w nosie i gwizdać a jeśli tak to jak to zrobić, Kompetentny konstruował zdania tak cudne, że ja sam zacząłem mieć od nich mokro, baby drżały, zwłaszcza w tych momentach kiedy Kompetentny wskazywał na jasne strony w planie pracy i tylko jednego żałuję: że nie podszedłem i nie zgłosiłem swojego licencjata, na przykład tego o gwizdaniu i dłubaniu, Kompetentny poradziłby mi bez zmrużenia oka, wybrał właściwe narzędzia badawcze i wyklarował wstęp. Świetny człowiek, wsadzę go przynamniej do nowelki. A potem zobaczyłem go jak zamawiał taksówkę. Nic w nim nie było. Żalu, nawet złości, takich ludzi znajdziemy masę, ale on był świeży w tej nicości. Na moich oczach dusza mu zdechła. Dziwne i smutne. Lecz, do ciężkiej cholery, da się traktować poważnie kogoś, do którego każdy mówi „panie magistrze”?

zapraszam do rzeszowa

miasto z najpiękniejszym pomnikiem w Polsce i ja w tym mieście.
Konkretnie konwent R-Kon. I tak, zapraszam na spotkanie autorskie w Empiku (galeria Graffica), sobota o 15.00. w niedzielę, na terenie konwentu odbędzie się również panel dyskusyjny z moim udziałem. szczegóły na oficjalnej stronie imprezy.

horror, horror (14): Perkins 14


Nic wielkiego. Takie filmy plasują się tuż ponad połową rankingu IMBD i prędko o nich się zapomina. „Perkins 14” wyróżnia się interesującym punktem wyjścia. W horrorach pełno jest dzieci, które zaginęły; rozwiązanie tajemnicy zniknięcia zbiega się zwyczajowo z puentą filmu. Tu inaczej, tytułowa czternastka zostaje stosunkowo szybko odnaleziona, co daje początek właściwej akcji. W konsekwencji, reżyser nie zdołał uniknąć wyraźnego przełamania filmu na dwie części (było to konieczne) i wielu nielogiczności (co wcale konieczne nie było). Rzeczone przełamanie konwencji w jednym punkcie nie znajduje kontynuacji ani w dalszej konstrukcji fabuły, ani psychologii postaci, fabule właśnie podporządkowanej. To znaczy, jaki nie będziesz, czego nie zrobisz, zginiesz dokładnie wtedy, kiedy wymaga tego dramaturgia. Żal więc ciut, że nie mamy do czynienia ze standardowym horrorem, oglądałem do chipsów i browara. Specjalne potraktowanie wątku dzieci zasługiwało na więcej, a się gubi. Ewidentnie brakowało kasy celem zrobienia jakieś przyzwoitej rozpierduchy, niedociągnięcia nieustanne są maskowane, za to aktorzy radzą sobie całkiem, całkiem. Minus psychopata ze szczękościskiem, odtwarzany drętwo przez R. Burke’a. skąd ja znam tę gębę? A, z „Knights of Cydonia” grupy Muse.

doszedłem też do wniosku, że uzupełnienie horrorowego kącika na blogu o tytuł filmu zwiększy jego komunikatywność.


Strona 1 z 71123153045...Last »