ZEH #9: Odwieczny wróg

Zalew horroru w Polsce początku lat 90. zakończył się w połowie dekady, a gdy fala opadła, nie pozostawiła na placu boju wielu pisarzy. Na stałe zadomowiło się u nas zaledwie kilku tytanów światowego rynku książkowej grozy, takich jak King, Masterton czy do pewnego stopnia Herbert. A czy można zaliczyć do nich na przykład takiego Deana R. Koontza? Wszak jego twórczość jedynie lekko nawiązuje do naszego ulubionego gatunku: książki te upstrzone są w ogromnym stopniu sensacją, kryminałem, dreszczowcem i science fiction. Tylko niektóre powieści z jego dorobku można uznać za horror z prawdziwego zdarzenia, czy to Złe miejsce, czy Przełęcz śmierci.

Sam nie wiem, czemu ostatnio ogarnęła mnie taka ochota na czytanie jego powieści. Niby nie jestem zbytnio do niego przekonany, bynajmniej nie uważam go za jednego z mistrzów grozy, jak jest przez niektórych wydawców szumnie określany, a jednak przeczytałem w ostatnich latach sporo książek tego pisarza (nie licząc kilkunastu, które wpadły mi w ręce jeszcze w podstawówce). Może to dlatego, że czyta się je tak łatwo i szybko? Ale to prawdopodobnie wynika z faktu, iż są napisane prostym, niewyszukanym, a tym samym przystępnym językiem i nie stawiają oporu intelektowi, co zazwyczaj skraca czytanie powieści. A może chodzi o to, że pomysły wyjściowe jego dzieł są zazwyczaj na tyle intrygujące, iż ma się ochotę sprawdzić, co będzie dalej? Niekoniecznie, bo owe pomysły na ogół robią dobre wrażenie właśnie dlatego, że są zapożyczone z wcześniejszych, dużo lepszych książek i filmów.

Nie, powodu tej gładkości lektury dopatrywałbym się gdzie indziej. Koontz opanował literackie rzemiosło na tyle dobrze, że potrafi z cudzych koncepcji fabularnych przyrządzić własną miksturę, a niezbyt skomplikowany sposób tworzenia opisu i charakterystyki postaci skutecznie komponuje z tak skleconą historyjką. Dzięki temu twórczość powyższego autora stanowi może i czasami płytką, ale zajmującą rozrywkę. I chyba zaczynam rozumieć, dlaczego zdołał sprzedać ponoć niemal pół miliarda egzemplarzy. Wszystko to widać jak na dłoni w wydanym u nas po raz pierwszy w 1993 roku przez Amber-Mizar Odwiecznym Wrogu, który jest kolejną godną uwagi rasową powieścią grozy w jego dorobku. No, może nie do końca rasową ­– tutaj również mamy SF i sporo strzelanin, ale głównym składnikiem jest zdecydowanie horror.

Doktor Jenny Paige wraz z nastoletnią siostrą Lisą przyjeżdżają do Snowfield, rodzinnego miasta, górskiego kurortu zamieszkałego przez raptem około pół tysiąca osób. Ku ich zdziwieniu, a potem przerażeniu, miasto okazuje się opustoszałe. Wszędzie panuje martwa cisza; mieszkańcy przepadli, zostawiając porzucone przedmioty. A niektórzy ucięte głowy i dłonie. Nieliczni pozostali nadal na miejscu, jednak rozstali się z życiem. Jenny i Lisa bynajmniej nie czują się w tym miejscu same. Wokół unosi się groźna atmosfera czyjejś obecności, jak niewypowiedziany złowróżbny szept. Wkrótce na pomoc przybywa oddział policji pod dowództwem szeryfa Bryce’a Hammonda. Wszyscy jednak są bezsilni wobec skrywającego się w mroku zagrożenia. Kto lub co doprowadziło do tragedii? Grupa psychopatycznych morderców? Broń chemiczna, która wymknęła się z tajnego laboratorium? Czy też może coś o wiele bardziej złowieszczego, okrutnego i morderczego, co zamieszkuje naszą planetę dłużej, niż gatunek ludzki? No cóż, każdy, kto pamięta tytuł czytanej książki, domyśli się, że chodzi o to ostatnie.

Co okazuje się zresztą w miarę szybko, mogę więc chyba bez wyrzutów sumienia napisać, że jest to zmiennokształtna, obdarzona rozumem glutopodobna istota o wyjątkowo podłym charakterze. Potrafi ona absorbować wszelkie żywe stworzenia, a następnie tworzyć z nich fantomy, czyli takie niezwykle wierne kopie, obdarzone wspomnieniami pierwowzoru. Poznaje silne i słabe strony każdego zasymilowanego gatunku. I rośnie. Trudno takiego potwora uznać za pomysł oryginalny; jest on, nomen omen, kopią obcego z filmu Coś Johna Carpentera i przywodzi też na myśl klasycznego Bloba, nawiązując również lekko do Solaris Lema. Oprócz tego, w swej chaotycznej, nieuformowanej postaci, monstrum jako żywo przypomina lovecraftowskie shoggothy i na tym skojarzeniu warto się zatrzymać, gdyż wiąże się ono z największą zaletą książki.

A jest nią, o dziwo, nastrój. Zaskakujące: takiego kunsztownego pisarstwa nigdy bym się po Koontzu nie spodziewał. Właściwie od pierwszych stron mamy tu pokaz sugestywnego, choć subtelnego opisu. Wymarłe Snowfield jest podobne do okrętu Mary Celeste (wspomnianego zresztą w dialogach) czy innego statku widmo i rzeczywiście dość upiorne. Mozolne odkrywanie kolejnych ciał, dziwnych kałuż wody, tajemnicze, choć niepokojąco znajome odgłosy dochodzące ze słuchawek telefonicznych… Bohaterowie czują się podsłuchiwani i podglądani, a także niekiedy w perfidny sposób manipulowani. Muszę przyznać, że mnie też do pewnego stopnia udzieliło się takie wrażenie – w trakcie lektury niejednokrotnie zerkałem z niepokojem przez ramię. Oczywiście, daleko Koontzowi do mistrza z Providence, ale sam fakt, że niekiedy z dużym powodzeniem udaje mu się Lovecrafta naśladować, dodając jednocześnie własne elementy (udział policji, wojskowych, naukowców, obowiązkowe strzelaniny od czasu do czasu), zasługuje na uznanie. Poza tym, czy tylko mnie określenie „Odwieczny Wróg” kojarzy się z „Wielkim Przedwiecznym”?

Kiedy w drugiej połowie książki akcja rusza z kopyta, słusznie gubiąc po drodze nieco tego nastroju, zainteresowanie czytelnika utrzymuje się na wysokim poziomie, finałowe partie zaś toczą się w tak zawrotnym tempie, że po prostu nie można się ani na chwilę oderwać. Właściwie jedyne, do czego mógłbym się poważnie przyczepić, to strasznie naciągana niby-puenta, kontynuująca pewien wątek poboczny, dodany chyba w ostatniej chwili i wyłącznie dla rozdęcia objętości, zupełnie nieudany i niepotrzebny. Warto byłoby skrócić powieść o tych kilkadziesiąt stron, ale bardzo pozytywnych doznań z reszty lektury nie psują.

Jak już zaznaczyłem, w odróżnieniu od wielu dzieł Koontza, Odwieczny Wróg nie jest żadnym tam dreszczowcem ze szczyptą fantastyki – to pełną gębą solidny horror SF. Ze względu na te fantastyczno-naukowe ambicje, można się nawet tego i owego z powieści nauczyć na temat biologii, historii czy chemii. Spore przygotowanie autora do napisania książki jest ewidentne i zdecydowanie godne pochwały. Nie wymaga może zbyt wielkiej erudycji od odbiorcy, ale też i z pewnością nie jest głupim czytadłem – to inteligentna rozrywka.

Przyznam, że zaskoczyła mnie lektura Odwiecznego Wroga. Choć Koontz miał niewiele własnych pomysłów, udało mu się cudze, chyba trwale już zakorzenione w kulturze popularnej artystyczne wizje przedstawić w sposób świeży i interesujący. Mówi się, że w literaturze nie ma już naprawdę oryginalnych historii, bo wszystko jest tylko mniej lub bardziej udanym naśladownictwem klasyki – trudno się z tym nie zgodzić. Jednak choćby ta książka dowodzi, iż dysponując dobrym warsztatem pisarskim można z wyświechtanych schematów sklecić wciągającą, pełną napięcia opowieść, która nie znudzi nawet czytelnika nastawionego do autora tak sceptycznie jak ja. Mogę jeszcze dodać, że moim zdaniem filmowa adaptacja z 1998 roku, według scenariusza samego Koontza, z Benem Affleckiem w roli Bryce’a Hammonda, jest mimo wszystko nieco lepsza. Tego to już na pewno nikt się nie spodziewał.

W odróżnieniu od zdecydowanej większości innych autorów publikujących w Polsce w Złotej Erze Horroru, Koontz przyjął się. I to bardzo: od dwudziestu kilku lat dostajemy praktycznie każdą jego nową książkę, wypełnia się też sporadycznie luki w przepastnej bibliografii, nadrabiając publikacje starszych pozycji, do tej pory u nas nie prezentowanych. Choć odwrócił się od horroru na niemal dekadę, wydając w owym czasie głównie kryminały i thrillery, niedawno mieliśmy do czynienia niemal z powrotem „syna marnotrawnego”, bo aż dwie spośród jego ostatnich powieści – Co wie noc i Dom śmierci – należą do horroru. Za wysoki poziom pierwszej z nich mogę ręczyć własną głową: to najprawdziwsza ghost story w klasycznym stylu, do jakiego nigdy nie przyzwyczajał nas Koontz, a raczej takie tuzy gatunku, jak właśnie Stephen King czy James Herbert. Czy ten powrót w nasze straszne progi się przedłuży, czy też będzie przelotną wizytą, to się jeszcze okaże. Tak czy inaczej, ZEH to jak najbardziej odpowiednie miejsce, by taką przepowiednię ogłosić.