Wywiad z Ramseyem Campbellem

Agnieszka Brodzik: Zawsze interesował mnie codzienny aspekt pisarskiej twórczości. Co zazwyczaj robisz, przygotowując się do pisania? Nagle przychodzi ci do głowy jakiś pomysł i z miejsca siadasz do pracy, czy raczej czekasz, aż trochę urośnie i nabierze kształtów?

Ramsey Campbell: Uwierz mi, akurat pomysły są tą prostszą częścią. Najcięższa praca (choć nie zawsze aż tak ciężka) to proces ich rozwijania. Pomysły rodzą się gdziekolwiek, czasami w chwili, gdy coś zwyczajnego nagle widzę z zupełnie innej perspektywy albo z fragmentu jakiejś rozmowy. Moja powieść Obsession (właśnie wznowiona w Ameryce przez Samhain Publishing) narodziła się z krótkiego dialogu w jednej z części „Rocky’ego” z Sylvestrem Stallone’em. Nie rozwijam swoich pomysłów na siłę – to raczej kwestia zaczarowania ich tak, by miały bardziej konkretne postaci, lokacje etc. Nie staram się na siłę rozwijać pomysłów, w których nie widzę potencjału – o ile ktoś nie poprosi mnie o napisanie na konkretny temat, na przykład do antologii. Tak było, gdy Jonathan Olivier zaprosił mnie do antologii poświęconej metro i jakiś czas starałem się znaleźć pomysł, który byłby wart spisania, aż w końcu w czasie podróży po Liverpoolu zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele jest w stanie zaoferować sam jego plan. Dlatego napisałem opowiadanie „The Rounds”, które rozgrywało się na pętli metra. W rzeczy samej, historie często powstają z samej tylko lokalizacji. Niektóre pomysły mogą latami czekać w moim notatniku, aż poczuję się nimi zainspirowany – na przykład Najciemniejsza część lasu kształtowała się w moim umyśle przez wiele lat.

AB: Mógłbyś zdradzić więcej szczegółów na temat tworzenia „Najciemniejszej części lasu”?

RC: Kiedy miałem osiemnaście lat, wydano moje opowiadania, będące imitacją Lovecrafta, a było ich tak dużo, że uzbierałaby się cała książka i wydawało mi się, że nie przyłożyłem się do ukrycia moich inspiracji. Przede wszystkim za mocno wykorzystałem Mitologię Cthulhu, a za mało wyniosłem z pozostałej części jego twórczości. Reputacja Lovecrafta w pewnym stopniu ucierpiała z powodu mitów. Uważano, że to antidotum na konwencjonalny, wiktoriański okultyzm – próba powrotu do nieznanego jako pożywki dla naszej wyobraźni – a to tylko jeden ze sposobów, w których jego opowieści sugerowały coś gorszego bądź większego niż pokazywały na powierzchni. To także jedna z dróg prowadzących do zdumienia, które udaje się Lovecraftowi osiągnąć w swoich najlepszych, wizjonerskich horrorach (w żadnym wypadku nie były ograniczone wyłącznie do tych należących do mitów). Jego opowiadania stanowią poszukiwania idealnej postaci dla opowieści niesamowitej, a w procesie tym pisarz wykorzystał wszystkie formy i style prozatorskie, jakie tylko mógł. Ja i cała reszta przyszliśmy później i zaczęliśmy po prostu zbyt wiele wyjaśniać, zbyt mocno wszystko organizować. W „Najciemniejszej części lasu” chciałem wrócić do tych pierwszych zasad sugestywności i kosmicznego strachu. Jako wzoru użyłem „Przypadku Charlesa Dextera Warda”, gdzie mity praktycznie nie występują.

AB: Zastanawiasz się czasem, jak ludzie zareagują na Twoje książki? Myślisz sobie w czasie pisania „Och, ta scena z pewnością ich wystraszy”?

RC: Właściwie to nie jest moim zamiarem nikogo straszyć, chociaż czasami tak się dzieje, często w miejscach, gdzie w ogóle bym się tego nie spodziewał (przykładem może być scena w opuszczonym teatrze w The Grin of the Dark, która mi się wydawała co najwyżej niesamowita, ale jeden z weteranów tego poletka musiał po lekturze zostawić włączone światło w nocy). Moim celem jest wzbudzenie w czytelniku zaniepokojenia – żeby inaczej spojrzał na coś, co już dobrze zna – i robienie tego samego podczas pisania. Czasami (tak jak w Midnight Sun) robię, co mogę, by wzbudzić u czytelnika podziw wymieszany z obawą. Obawiam się, że mi się nie udaje, ale może to honorowa porażka. Mówiąc bardziej ogólnie, wątpię, by dało się kontrolować odczucia czytelnika – ludzie rozumieją tekst po swojemu – a trzydzieści lat temu satysfakcjonowałoby mnie kilka zakłopotanych chichotów – myślę, że sporo moich ostatnich dokonań to komedia paranoi – i miło jest słyszeć, że moja twórczość wywołuje radość.

AB: Jakiś czas temu głośno dyskutowano u nas na temat pisarzy, będących również krytykami. Skoro sam jesteś również literackim i filmowym krytykiem, jakie jest twoje zdanie w tej kwestii? Uważasz, że pisarze mają skłonność do kierowania się swoimi sympatiami i animozjami czy to raczej kwestia starej dyskusji o obiektywności recenzji? Byłeś kiedyś w sytuacji, gdy ktoś ostro zareagował na Twoją recenzję? Usłyszałeś kiedyś, że „nie powinieneś krytykować, bo się nie znasz” albo „nie masz prawa krytykować, bo sam nie potrafisz pisać”?

RC: Cóż, nie wydaje mi się, by istniało coś takiego jak obiektywna recenzja. Wydaje mi się, że recenzent musi być wierny temu, czego doświadczył podczas lektury, ale z drugiej strony trzeba umieć to doświadczenie zrewidować. Często zmieniałem swoje opinie – najgłośniejszą zmianą była ta temat Lovecrafta, którego twórczość zacząłem atakować w momencie, gdy sam się od niej odcinałem. W pełni zrozumiale mnie za to potępiono. Teraz podziwiam jego prace bardziej niż kiedykolwiek, ale mam ku temu inne powody niż kiedyś – teraz łatwiej mi docenić to, jak wiele udało mu się osiągnąć w swoich poszukiwaniach najlepszej formy dla opowieści niesamowitej. Dlatego uważam, że ważne jest, by widzieć, gdzie mylisz się jako krytyk i być w stanie poprawić swoje błędy.

AB: Przejdźmy teraz do „Złego wpływu”, który właśnie ukazał się na naszym rynku. Wspominałeś wcześniej, że chcesz na nowo pokazać czytelnikom to, co już znają. Twoim zdaniem dzieci są takimi specyficznymi bohaterami, które mogą traktować nadnaturalne wydarzenia w odmienny sposób i poprzez to sprawić, by również czytelnik spojrzał na nie z innej perspektywy? Zgodziłbyś się, że dzieci mają bardziej ufne podejście do świata i dzięki temu są świetnymi postaciami horrorów?

RC: Uważam, że naiwny styl czy perspektywa mogą być bardzo efektywnym sposobem na wyrażenie przerażenia – najlepszym przykładem jest z pewnością opowiadanie „Biały lud” Arthura Machena. Jednak interesuje mnie też mocno dziecięca bezbronność – to temat, który powtarza się w mojej twórczości od późnych lat sześćdziesiątych – i sporo moich opowieści próbuje przypomnieć czytelnikom, jakie to uczucie być dzieckiem. Od czasu kiedy z moją żoną sami zostaliśmy rodzicami, temat ten stał się jeszcze bardziej wyrazisty. Postać Rowan z powieści jest dość mocno oparta na naszej własnej córce, kiedy ta miała dziesięć lat.

AB: Powiedziałeś, że “Zły wpływ” miał być klasyczną opowieścią o duchach. Myślisz, że w dobie postmodernizmu i na świecie, który w literaturze widział już wszystko, jest jeszcze miejsce dla takich staromodnych ghost stories albo bardziej ogólnie – dla starej szkoły horroru?

RC: Cóż, nie wydaje mi się, by to była po prostu klasyczna opowieść o duchach – moim zdaniem powieść raczej próbuje unowocześnić tę formę, kładąc nacisk na zwyczajne postacie i ich środowisko społeczne. Jeden z krytyków, brytyjski pisarz Joe Lane, odczytał tę powieść jako symboliczne ujęcie ery z Margaret Thatcher na stanowisku premiera, którą w „Złym wpływie” uosabia Queenie. Dla mnie postmodernizm – dla którego nie mam jednak zbyt wiele czasu – niczego nie zniszczył. W klasycznych formach jest wciąż mnóstwo życia – na pewno do mnie przemawiają, a ja robię, co mogę, żeby udzielić im głosu.

AB: I ostatnie pytanie – gdybyś mógł wybrać następne powieści do publikacji w Polsce, które by to były?

RC: Ach! Z moich wcześniejszych książek pewnie Obsession (1985) i Midnight Sun (1990). Z tych nowszych najbardziej podoba mi się The Grin of the Dark oraz The Seven Days of Cain.