Wywiad z Łukaszem Drobnikiem

Z Łukaszem Drobnikiem, autorem książki Nocturine. Cunninghalella rozmawia Marcin Bukalski.

Witam serdecznie. Na początek zapytam o to, co mnie zawsze fascynuje niemal od zawsze. Mianowicie czemu wybrałeś akurat literaturę jako formę własnej ekspresji? Jak myślisz, co takiego kieruje człowiekiem, że zaczyna pisać?

Miło mi. To nie był raczej świadomy wybór, jakoś tak naturalnie wyszło. Jako dziecko uwielbiałem wymyślać różne historie i zapełniałem całe bruliony rysowanymi długopisem komiksami. Jak miałem jakieś 14 lat, napisałem pierwszą (koszmarną) powieść, też w brulionie, a potem pisałem kolejne, z książki na książkę trochę lepsze. Trudno mi powiedzieć, co sprawia, że ludzie zaczynają pisać, mogę mówić tylko za siebie. Na pewno jest to jakiś miks predyspozycji umysłowych, zainteresowań i pewnie wielu zbiegów okoliczności. W każdym razie w dzisiejszych czasach motywacją raczej nie jest chęć wzbogacenia.

Twoja książka”Nocturine. Cunninghalella” to moim zdaniem jeden z ciekawszych eksperymentów literackich w obrębie szeroko rozumianej fantastyki. Co skłoniło Cię do przyjęcia właśnie takiej formy?

Dzięki, miło słyszeć. Jeżeli chodzi o wybór takiej czy innej formy, to muszę się przyznać, że większość wyborów twórczych przebiega u mnie intuicyjnie. „Nocturine” ewoluowała na przestrzeni paru lat z kilku opowiadań, które ostatecznie skończyły jako poszczególne rozdziały książki. W pewnym momencie po prostu wpadłem na koncept, który by te wszystkie historie połączył w dość zwariowany sposób i w niespełna dwa miesiące powstała powieść. „Cunninghamella” była z kolei realizacją nienowego w literaturze pomysłu, by stworzyć powieść złożoną z cytatów. Interesowały mnie jednak nie tylko teksty tzw. kultury wysokiej, ale także, a może nawet przede wszystkim, różnego rodzaju literackie śmieci: na przykład amatorskie opowiadania czy pornohistorie umieszczane w necie. Ta technika wydała mi się odpowiednia dla powieści, która na jakimś tam poziomie opowiada o ograniczeniu człowieka przez kulturę. A poza tym zestawianie fragmentów z Iliady ze streszczeniami odcinków „Mody na sukces” to bardzo dobra zabawa.

WNocturineroi się od popkulturowych nawiązań. Nowela wydaje się być z nich wręcz zlepiona. Co najbardziej inspiruje Cię na codzień?

Jestem ślepy na podziały między tzw. kulturą wysoką a popularną. Zresztą wszelkie takie podziały uważam za nonsens, więc ostatnimi laty chyba moją ulubioną formą obcowania ze sztuką, i nieustającym źródłem inspiracji, są amerykańskie seriale. Oglądanie „Sześciu stóp pod ziemią” Alana Balla, serialu z wprost fenomenalnym zakończeniem, uważam za jedno z najważniejszych przeżyć estetycznych w moim życiu. Żałuję, że polskie stacje nie mają takiej odwagi i nawet jeśli zatrudnią zespół dobrych pisarzy, końcowy efekt jest dość miałki i zachowawczy. Pewnie jeszcze trochę poczekamy, nim ważni w panowie w garniturach się zorientują, że na odważnych, bezkompromisowych scenariuszach także można zarobić.

Osobiście lektura Twojej książki przywoływała mi całkiem bliskie skojarzenia z twórczością P. K. Dicka. Zdziwiło mnie, że nie znalazł się wśród wymienionych. Dlaczego?

Pewnie to dlatego, że ostatnio styczność z jego prozą miałem ponad dekadę temu i pamiętam ją jak przez mgłę. Wszelkie nawiązania są więc najprawdopodobniej nieświadome. Nie jest to jednak pierwszy taki głos, więc chyba muszę wrócić do lektury — być może zostało z niej w mojej głowie więcej, niż mi się wydaje.

Co najbardziej Cię pociąga w takim gatunkowym miszmaszu?

Ja chyba po prostu lubię różnorodność. A poza tym zawsze mnie najbardziej interesowały rzeczy, które są na styku różnych gatunków czy stylów. Moja nowa książka na przykład będzie przebraną w kostium kryminału powieścią science fiction, niewychodzącą jednak formalnie poza konwencję realizmu.

Dla wielu czytelników Twoja twórczość będzie pewnie przejawem kontrolowanego chaosu. Był to zabieg celowy, czy też narzucał się samoistnie?

Rzeczywiście, zawsze mam problem z odpowiedzią, kiedy ktoś mi zada pytanie, o czym właściwie są te książki. Mam po prostu słabość do skomplikowanych, wielopiętrowych, absurdalnych fabuł, które jednak dają czytelnikowi jakiś punkt zaczepienia, pozwalając mu identyfikować się z bohaterami. Nie wiem, na ile mi się to udało, taki był w każdym razie zamiar. Podobne tęsknoty widać chyba w głośnym ostatnio nurcie bizarro, chociaż o jego istnieniu w momencie pisania obu książek nie miałem pojęcia.

Mówiłeś sporo o swoich mnogich inspiracjach. Nigdzie jednak nie pojawiła się wzmianka o muzyce, która wydaje się odgrywać istotną rolę w Twoich nowelach. Możesz przybliżyć swoje muzyczne inspiracje i sympatie?

To prawda, muzyka odgrywa sporą rolę zarówno w moim codziennym życiu, jak i w pisaniu. Z utworów wspomnianych w „Nocturine” można by zresztą złożyć całą playlistę. Najbardziej ukształtowała mnie muzyka, której słuchałem na progu dorosłości (co chyba jest typowe): Björk, Radiohead, sporo elektroniki: Aphex Twin, Venetian Snares, Chris Clark, Nobukazu Takemura. Ostatnimi czasy z wielką uwagą przyglądam się poczynaniom Kanadyjczyków z Arcade Fire. Bardzo mnie pociąga narracyjność ich muzyki. Z odkryć ostatniego roku na pewno muszę wymienić zespół Purity Ring (znowu Kanada). Ich fenomenalna debiutancka płyta była dla mnie jednym z najważniejszych przeżyć muzycznych ostatnich lat. Przywróciła mi wiarę w elektronikę.

Pozostając przy muzyce, „Cunninghamella” nieodparcie przywodziła mi swoją kompozycją taki „literacki sampling”. Jak się odniesiesz do takiego porównania?

Tak, to bardzo trafne określenie. Oczywiście wykorzystywanie fragmentów cudzych utworów jest tak stare jak muzyka i literatura, ale technika samplingu w muzyce doprowadziła tę praktykę do ekstremum. Pisząc „Cunninghamellę”, całkiem świadomie do niej nawiązywałem.

Wspominałeś wcześniej o nowej powieści. Czego będzie można się po niej spodziewać?

Ma tytuł „Vostok” i jest realizacją pomysłu, na jaki kiedyś wpadłem, by napisać powieść science fiction, która jednocześnie nie będzie wykraczała poza ramy realizmu. Podstawowa warstwa książki to historia dziejąca się we współczesnym Poznaniu, udająca z początku kryminał. W miarę rozwoju akcji w rozmowach bohaterów coraz częściej padają rzeczy, które każą wierzyć, że współczesny Poznań to jedynie część większej rzeczywistości. Trudno jednak opowiadać o tej powieści tak, by nie zepsuć przyjemności z czytania, więc może na tym poprzestanę. W porównaniu z „Nocturine” i „Cunninghamella” „Vostok” jest może bardziej powściągliwy w środkach językowych i fabularnych, choć znajdzie się tam oczywiście parę wariactw, jak pisana trzynastozgłoskowcem parafraza opowiadania Bradbury’ego „Długi deszcz”.

Czy zgodził byś się na przypięcie sobie łatki postmodernisty? To nadal całkiem modne pojęcie dla określanie różnych literackich „wybryków”.

Nie jestem pewien, czy to, co się dzieje we współczesnej kulturze, powiedzmy od połowy lat dziewięćdziesiątych, jeszcze mieści się w ramach postmodernizmu. Z uwagą przyglądam się próbom zdefiniowania nowego stanu rzeczy, na przykład koncepcji metamodernizmu lub ukutemu przez Eshelmana pojęciu performatyzmu. W obu minipowieściach z upodobaniem korzystałem z arsenału typowych dla postmodernizmu środków, nie mam jednak przekonania, że po „Przełamując fale” von Triera może jeszcze powstać utwór czysto postmodernistyczny.

Postmodernizm faktycznie wydaje się być pojęciem wyczerpanym w swojej definicji, w jakich nurtach upatrujesz więc znamiona „nowego”?

Obawiam się, że mój ogląd kultury jest zbyt fragmentaryczny, żebym mógł mówić o nurtach, zwłaszcza przy moim niehumanistycznym wykształceniu. Zdam się jednak na Eshelmana, który w swojej książce wymienia przykłady utworów, prezentujące jego zdaniem zupełnie nowy typ wrażliwości i sposób konstruowania fabuły. Jeśli chodzi o literaturę, mówi on o moim ukochanym pisarzu Pielewinie, a z naszego podwórka — o Oldze Tokarczuk. Nawet bardziej przekonujące są wspomniane przez niego dzieła kinematografii: filmy von Triera, „Memento” Nolana czy „American Beauty”, do którego scenariusz, nagrodzony Oscarem, napisał zresztą już wspomniany Alan Ball.

Na koniec chciałbym Cię zapytać, kogo z młodych polskich autorów mógłbyś polecić naszym czytelnikom?

Z debiutów prozatorskich ostatnich lat, tu nie będę oryginalny, bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie „Toksymia” Małgorzaty Rejmer. W świetny, plastyczny, surrealistyczny, a przy okazji zabawny sposób opisuje bardzo smutne i bardzo brzydkie historie. W poezji, jak zwykle dużo się dzieje, ale najbardziej chyba wbił mi się w pamięć „Język korzyści” Kiry Pietrek. Chyba przez zupełnie osobny, odpoetyzowany sposób wyrazu. Dość brutalne spojrzenie na świat kapitalizmu, i to od wewnątrz.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Dziękuję.

Łukasz Drobnik, (ur. w 1982 r. w Kaliszu) – prozaik. Przez lata związany z Poznaniem, obecnie mieszka w Krakowie. Publikował opowiadania w Lampie i Ricie Baum. Wydał książkę Nocturine. Cunninghamella (FORMA 2011).