Lordi: Pora na potwora

Wyobraźcie sobie grupę hard rockową, w skład której weszły potwory z horrorów klasy „B”. Razem grają i śpiewają, występują w filmach, przygotowują musical w klimatach horroru i realizują się pod hasłem – twórzmy piosenki do śpiewania i zespół, który warto zobaczyć na scenie…

Zapowiada się „koszmarnie”? Owszem, szczególnie od chwili, gdy wspomniane potwory wziął pod swoje skrzydła producent grupy „HIM”, Hiili Hiilesmaa i pomógł im osiągnąć pierwsze sukcesy. Lordi – bo tak nazywa się „koszmarny” zespół, powstało już w latach 90-tych. Na początku była to kapela jednoosobowa, a jej formalnym założycielem był „Książe ciemności i pomiot nocy”, zwany właśnie Lordim. Z czasem dołączyły do niego inne indywidua – drapieżny obcy, mumia motocyklista, grająca na klawiszach, piekielna Valkiria oraz pan rogata czaszka (sic!). Wszyscy muzycy pochodzą z Finlandii. Skład w miarę upływu lat i kolejnych niepowodzeń na drodze znalezienia wydawcy wielokrotnie się zmieniał. W tworzonej przez nich muzyce zawsze znajdowało się jednak kilka elementów świadczących o własnym, niepowtarzalnym stylu. Był to, nawiązujący do tradycji „Kiss”, „Twisted Sisters” i Alice’a Coopera makijaż oraz związane z nim sceniczne show, a także zamiłowanie do horroru i koszmarnych historii, które muzycy „Lordi” opowiadają w swoich piosenkach.

Mniej więcej aż do roku 2000 kolejni wydawcy mówili im, że, aby podpisać kontrakt mają albo zmienić „durny” image, albo przestać tworzyć „zbyt prostą” muzykę. W końcu jednak wytrwałość się opłaciła. Ich pierwszy singiel – „Love A Monsterman” okazał się w Finlandii ogromnym hitem i zapewnił ich pierwszej płycie pt. „Get Heavy” (2002) status platyny. Okazało się także, że umiejętności Lordiego, który zaczynał karierę jako specjalista od makijażu i efektów specjalnych, nie pójdą na marne. Jego wizja scenicznego show w stylu horrorów klasy „B”, wypełnionego krótkimi inscenizacjami oraz chwytliwymi hard rockowimi melodiami, została przyjęta gorąco przez fanów w Niemczech, Włoszech, Anglii, Rosji i państwach Skandynawii.

Jak dotąd grupa wydała dwie studyjne płyty i jedną kompilację największych przebojów („The Monster Show”). Do drugiego LP w wersji rozszerzonej dołączono 30 minutowy horror wyreżyserowany przez samego Lordiego (to on jest autorem większości tekstów grupy) pt. „Lordi’s The Kin”, który sami muzycy określają jako surrealistyczną opowieść w stylu Cronnenberga.

W marcu na sklepowych półkach pojawił się trzeci pełno wymiarowy album Lordi pt. „Arockalypse”. Zespół przeszedł w związku z tym wydawnictwem kolejne drobne zmiany w składzie (nowy basista i kalwiszowiec), ma także otrzymać nowe kostiumy i make up (wspomniana Valkiria odsłoni ponoć nieco więcej ciała!). Jedno co pozostało niezmienione, to sama muzyka. Proste, chwytliwe, hard rockowe hymny o melodyjnych refrenach, które po wysłuchaniu cicho nuci się pod nosem. Wszystko to otoczone atmosferą grozy i wzbogacone o filmowe wstawki w postaci mini słuchowisk, zyskujące trzeci wymiar na koncertach (basista strzelający ze strzelby, gitary z których wydobywają się snopy iskier!). Większość piosenek na nowym albumie stanowią żywo opowiedziane historyjki grozy, traktujące między innymi o marszu Zombii, czy krajaniu piłą mechaniczną („Będę cię kochał dopóki zostanie jeszcze coś, co mogę ci odciąć…” – „Chainsaw Buffet”). Muzycy nie kryją, że są zespołem rozrywkowym i że czasem czują się jak komedianci, mimo to nie należy ich twórczości lekceważyć. Starczy powiedzieć, iż wśród gości, którzy zagrali na ich najnowszym albumie, znaleźli się miedzy innymi Udo Dirkschneider (wokalista legendarnego „Acceptu”) oraz Bruce Kulick (były gitarzysta „Kiss”), a to chyba o czymś świadczy.

Jeśli więc macie ochotę na posłuchanie chwytliwych, nieskomplikowanych melodii w klimacie filmów grozy z lat 80 (kłania się „Książę ciemności”) to „Lordi” jest strzałem w dziesiątkę. Nie będziecie żałować, It’s, monster time!