Książka miesiąca: Czarne alibi

W literaturze grozy każde nazwisko zostało już odmienione tysiące razy i każdy fan tego gatunku wie, kto jest tutaj mistrzem, kto wczoraj (patrz wiek XIX, wiek XX) był najlepszy, a kto dzisiaj „króluje” (pojęcie to samo w sobie wskazuje tegoż…). Natomiast z literaturą kryminalną, poza Agathą i Chandlerem, chyba nie jest tak łatwo. Bo ci najlepsi jakoś trudno się przyjmują wśród naszych czytelników.

Jeden z nich to Cornell Woolrich. A mogę tak napisać z pełną odpowiedzialnością, bo wydałem prawie wszystkie jego powieści i… nic. Czytelnicy je „ominęli”, delikatnie mówiąc. A w rodzimych Stanach Zjednoczonych był zawsze uznawany za wielkiego i kultowego dzisiaj pisarza w gatunku czarnego kryminału, we Francji wydawano go „od zawsze” i sporo adaptacji filmowych tam właśnie się doczekał. To są kraje, gdzie się książki zawsze czytało, więc można się tym „tłumaczyć” z jego sukcesu… Ale czy tym samym u nas jego szanse są już kompletnie pogrzebane? Szkoda byłoby, i nie piszę tego z pozycji wydawcy jedynie – bo już na nim raczej nie zarobię fortuny – ale kogoś, kto lekturę tysięcy kryminałów ma za sobą i potrafi wskazać, kto dobrze pisze.

Czemu jednak pisać o Woolrichu w portalu, który zajmuje się horrorem i grozą? Bo kilka jego powieści z grozą gatunkowo bardzo wiele mają wspólnego. Pomijając już fakt, ze jest też autorem powieści/horroru i kilku opowiadań z tego gatunku. Ale tych nie wydano u nas i zajmowanie się nimi w tym momencie byłoby oszustwem w stosunku do tych, którzy w oryginale nie czytają. Jestem tu zresztą zwolennikiem opcji, że lepiej czytać jak najwięcej po polsku, a jeśli takich dobrych lektur zabraknie (czy to możliwe?) komuś, niech sięga po oryginały.

Te powieści, którym każdy wielbiciel grozy powinien się przyjrzeć, to: „Noc ma tysiąc oczu”, „Czarne alibi” i „Ze strachu”. Odpowiedź na pytanie, czym na najprostszym poziomie literackim wyróżnia się opowieść w stylu grozy, jest banalna: klimatem. I takim samym klimatem wyróżniają się opowieści Woolricha. W nich zwykle długo trwa, nim padnie ten rozwiązujący kolejny etap dramatu motyw. Bohaterów tych opowieści poznajemy z dość drobiazgowych opisów ich zachowań czy myśli. I pozornie mogą one znudzić kogoś, kto lubi stosować metodę fotograficzną przy czytaniu literatury… Ale przecież dla czytelnika grozy taka lektura tekstu to profanacja. Tam się liczą takie właśnie smaczki, każdy skrzypiący schodek przed wejściem do kaplicy, gdzie zagnieździł się strach… I u Woolricha ten właśnie strach jest wyczuwalny dosłownie. Nikt chyba w literaturze popularnej tak STRACHU nie opisał. Do tego jeszcze wielbiciel grozy lubi to, co jest „nienazwane”. I chociaż u Woolricha musi być wszystko „wytłumaczalne”, bo przecież takie zasady obowiązują w literaturze kryminalnej, to jednak i w tej kwestii udało mu się po mistrzowsku wyjaśnić wszystko „normalnie”, a jednocześnie „zawiesić” to, co ma dodać jeszcze większego suspensu. Najlepiej to widać w powieści (sfilmowanej zresztą) „Noc ma tysiąc oczu”. Podanie tu fabuły byłoby grzechem. Nawet streszczenia początków intryg w powieściach Woolricha, które trzeba podawać na czwartej stronie okładki, są „grzechem” mało wybaczalnym, bo psują już „zaczyn” tych wyśmienitych suspensów, ale taki jest wymóg edycji książki. U Woolicha powinno być tylko: autor, tytuł i… do lady bibliotecznej czy księgarskiej z kolejnym jego tomem…

Na koniec jeszcze tylko jedno: jedynie Lovecraft lepiej mógłby napisać tę zbrodniczą historię opisaną w powieści „Czarne alibi”. Kto nie wierzy, niech przeczyta. Nie boję się, że mnie wyśmieje po lekturze. A na pewno nie będzie żałował tych kilku cudownych godzin spędzonych przy książce… Zresztą większość powieści Woolricha ma jedną oryginalną cechę, gdy chodzi o formę. Można dawkować sobie napięcie – jeśli ktoś potrafi się powstrzymać przy odwróceniu kartki na kolejny rozdział – bo są to zwykle historie, które składają się z kolejnych osobnych zdarzeń, nie w szkatułkowy sposób jak u Potockiego, czy jemu podobnych – które tylko wzmacniają to cudowne napięcie prowadzące do finału.

Czytajcie więc Cornella Woolricha, panie i panowie, bo jak nie jego, to kogo z tych mniej znanych? Jeśli to, co napisałem, sprawdzi się czytelnikom w praktyce, gotów jestem napisać o innych pisarzach, których wydaję…