Grozą w mur #2: Nocny spacer

Często zdarza mi się spacerować późną porą. Nawyk dosyć głupi, ale w ciemnościach łatwiej mi zebrać myśli i się uspokoić. Noc pod tym względem ma swój niezaprzeczalny urok. Pisarze parający się grozą patrzą na nią z innej perspektywy – tej strasznej, niebezpiecznej, w której mrok skrywa, a czasami nawet rodzi w sobie rzeczy przerażające. Ciemność można traktować też zupełnie inaczej.

Jesteśmy w środku lasu, kilka kilometrów od domu. Noc jest wyjątkowo ciemna, z rodzaju tych, kiedy nie widzimy wyciągniętej przed siebie dłoni, a nikłe światło, które daje ekran telefonu komórkowego, wydaje się być bezczelną parodią latarki. Drogę znamy dobrze, właściwie to prosta wstęga asfaltu przerzucona wśród drzew. Idziemy, musimy przecież wrócić do domu. Pod stopami czujemy twardy, równy grunt – jest dobrze, trzymamy się drogi. Tylko na dotyk możemy liczyć, bo wiatr, poruszając koronami drzew, wypełnia ciszę jednostajnym szumem głuszącym wszystkie inne odgłosy. Idziemy już długo, nie wiemy dokładnie ile – bateria w telefonie wyczerpała się szybko, gdy próbowaliśmy choć odrobinę rozświetlić noc. Czas wydaje się być czymś lepkim, złożonym z rozciągliwej substancji, która może być zarówno minutą, jak i miesiącem. Każdy kolejny krok wydaje się niezmiernie ważny, każdy przybliża nas do celu. Szczelnie otuleni przez ciemność zagłębiamy się we własny umysł, jednak on wypycha nas do zewnątrz, tworząc nam szczelny, kilkumetrowy kokon z myśli wokół nas. Przestajemy zwracać uwagę na mrok, zagłębiając się we własnej świadomości. Mózg wypełnia nam pustkę kolorowymi obrazami, buntując się przeciw odcięciu zmysłu wzroku. Noc jednak nie daje za wygraną. Nadchodzi chwila kiedy nasz kokon pęka a my zauważamy, że nadal stąpamy twardo wśród niej.

Olśniła mnie analogia tej sytuacji do stosunkowo mało znanej powieści Stanisława Lema, zatytułowanej „Śledztwo”. Nie mogę sobie tu podarować małej, prywatnej zgryźliwości: Lem i groza? Niemożliwe. Tu się znów pojawiają stereotypy, w umyśle chyba każdego, kto choć odrobinę interesuje się literaturą, Lem to wielki polski pisarz science-fiction. Jak się okazuje – nie tylko, bowiem „Śledztwo” to powieść kryminalna z dreszczykiem.  Lem wykorzystuje sytuację podobną do przedstawionej wyżej – pewnego długotrwałego braku bodźców (a patrząc z innej perspektywy -ich monotonii) tworząc zagadkę prawie nie do rozwiązania, przy okazji wprowadzając czytelnika w niemal hipnotyczny stan świadomości. Pozostając przy autorze „Solaris”, warto zauważyć, że zawodność ludzkich zmysłów jest motywem przewodnim chociażby kilku opowiadań z cyklu „Opowieści o pilocie Pirxie”.

Podobnym sposobem wykorzystania nocy jako czynnika zniekształcającego rzeczywistość i kształtującego odbieranie jej w sposób całkowicie realny, wręcz namacalny poszczycić się może Haruki Murakami w powieści „Po zmierzchu”. Japończyk podszedł to tematu w sposób totalny – przestaje  być on jedynie tłem dla zdarzeń, a zaczyna być niedostrzegalną siłą, która kształtuje opowieść. Bohaterowie Murakamiego podróżują jakby przez inną rzeczywistość, noc zdaje się zmieniać otoczenie – to, co w świetle dnia jest czymś zwyczajnym, nocą staje się złowieszcze, obce. Idąc dalej, można śmiało stwierdzić, że noc jest też odbiciem duszy bohaterów, przedłużeniem ich świadomości w świat realny lub zupełnie odwrotnie: może to noc zakradła się do ich umysłu.

Pozostawiając literackie przykłady odmiennego postrzegania nocy, w czasie lektury różnych tekstów na temat jej wpływu na ludzki umysł, natknąłem się na ciekawe zestawienie: mianowicie większa aktywność nocą i odsypianie w dzień zazwyczaj objawia się znacznym zwiększeniem agresji – czy to nie jest gotowa recepta na thriller czy nawet krwawy horror? Powróćmy do naszego spaceru. Czy spojrzenie na tę porę doby w zakresie jej oddziaływania na ludzi, na ich psychikę może być wartościowe dla literatury grozy?

Idziemy dalej. Jesteśmy już zmęczeni, do domu musi być już blisko. Noc nie ustępuje nadal opatulając nas szczelnie. Myśli kłębią się w głowie powodując jeszcze płytki, podskórny niepokój. Coś jest nie tak. Zaczynamy biec, szybko okazuje się to bezcelowe – zatrzymując się zdyszani jesteśmy nadal w tym samym miejscu – w ciemności. Siadamy pod drzewem, choć z lasu już dawno powinniśmy wyjść. Być może straciliśmy rachubę czasu: idziemy jeszcze za krótko, żeby dotrzeć do domu. Nie mogliśmy się zgubić – droga jest idealnie prosta. A może świat się nagle skurczył do rozmiarów tylko tego lasu, w którym jesteśmy? Potrącił nas samochód, a nasz spacer jest ostatnią imaginacją umierającego mózgu? Niekiedy nic oprócz nocy nie jest potrzebne, by zmącić nasz umysł i zmrozić krew w żyłach; gdzie bowiem możemy się czuć bardziej samotni i bezbronni, niż w ciemnościach.