Strażak

Joe Hill

Punktem wyjścia najnowszej powieści Joe Hilla jest niezwykła infekcja grzybicza, która tworzy ciemne wzory na skórze zakażonego i sprawia, że ten po pewnym czasie od zarażenia umiera na skutek samozapłonu. Ta szczególna choroba, nazywana smoczą łuską, niesie ze sobą katastrofalne skutki – ze względu na wybuchające często pożary umierają nie tylko zakażeni, wiele osób traci też dach nad głową, zaś w kraju panuje chaos. W tej niemal apokaliptycznej scenografii poznajemy pielęgniarkę Harper, która zaraża się w trakcie pożaru szpitala i wkrótce dowiaduje się, że jest w ciąży. Postanawia, że zrobi wszystko, by przetrwać i urodzić dziecko.
Tutaj powinnam w zasadzie przerwać snucie zarysu historii, jednak bardzo istotne jest, byście wiedzieli, że trzonem opowieści są perypetie chowającej się w lesie, silnie zorganizowanej grupy – wręcz sekty. Joe Hill sięgnął po przerabiany już przez jego ojca (i nie tylko) motyw – podobno nawet sam stwierdził, że chciał napisać własną wersję „Bastionu” Stephena Kinga. I chociaż już „Bastion” uważałam za książkę niezłą, choć przegadaną, jest on zdecydowanie ciekawszy od równie rozwleczonego „Strażaka”.
Podobieństwem do „Bastionu” Kinga jest także leniwe rozwiązanie piętrzących się problemów w grupie ukrywających się w lesie palników. W pewnym momencie Hill bardzo gmatwa sytuację i nie wiadomo, jak bohaterowie zdołają się z niej wyplątać. Wtedy następuje wielkie BUM – w „Bastionie” było co prawda bardziej dosłowne, ale i Hill nie sili się na finezyjne zakończenie wątków. Zamiast tego niczym Aleksander Wielki tnie je mieczem. Niektórzy się cieszą, że Hill tak dużo zdaje się czerpać z twórczości ojca. Ja mam niestety wrażenie, że wybiera zbyt dużo niekorzystnych elementów. Po pierwsze, powieść jest niepotrzebnie wydłużona, dialogi czasem są w zasadzie o niczym, a wplecione w narrację przemyślenia bohaterów rozwleczone i nudne. Po drugie znalazła się ta wspomniana już rozpierducha stosowana jako najprostszy sposób rozwiązania zbyt zakręconej sytuacji. W dodatkuznalazły się nawet te słynne chwyty z uprzedzaniem faktów, które co prawda bardzo się podobają fanom Kinga, ale u Hilla zamiast tworzyć suspens, irytowały.
Drażnił też sam Strażak. Przez większość czasu w zasadzie dochodził do siebie po ostatniej walce, a Hill robi z niego nudnego bohatera, któremu czasem zdarzy się zrobić coś brawurowego i który ciągle – jak na prawdziwego mężczyznę [sic!] przystało – bagatelizuje odniesione obrażenia i zgrywa chojraka. Harper z kolei jest do przesady opiekuńcza i dobroduszna, a ja liczyłam, że w miarę rozwoju historii to się zmieni. Niestety postaci Hilla w zasadzie się nie rozwijają – widocznie 800 stron to za mało. Wbrew pozorom zabrakło też miejsca na stworzenie bogatej w ciekawe epizody i ogólnie zróżnicowanej opowieści – „Strażak” jest nie tyle długą historią, co rozwleczoną. Odchudzona nie straciłaby wiele, a z pewnością przyjemniej by się ją czytało.
Nie chcę całkiem odwodzić Was od lektury „Strażaka”, bo jest tam wiele momentów, które sprawiały dużą frajdę. Z pewnością warty uwagi jest sam początek, aż do momentu, kiedy Harper musi uciekać do lasu. Doskonale czytało mi się też długi epizod na zakończenie powieści i nie obraziłabym się, gdyby większa jej część wyglądała w taki sposób (chociaż mogłaby bardziej obfitować w przygody). Poza tym powiedzmy sobie szczerze – Joe Hill jest dobrym pisarzem i „Strażak” mógłby być świetną książką, gdyby tylko autor nie postanowił zabawić się w ojca. W posłowiu dziękował swojemu agentowi, który przekonywał go, że to świetna powieść. I szkoda, może gdyby ktoś powiedział Hillowi, że przesadza, ten by się na czas zreflektował. Mam nadzieję, że przeczyta kilka negatywnych recenzji i przypomni sobie oblicze swego ojca. I przestanie go naśladować.
Spojlery
(Zaznacz, żeby przeczytać) Zastanawia mnie kwestia tych „supermocy”, jakie dawała smocza łuska. Kontrolowanie samozapłonu jestem jeszcze w stanie przełknąć i gdyby te moce ograniczały się tylko do tego, świetnie. Niestety później Hill najwyraźniej testuje nasze zdolności zawieszenia niewiary, wymyślając ogniste postaci ze świadomością człowieka, który je tworzy. I właśnie: ja bym może nawet to łyknęła, gdyby Hill nie próbował tego wyjaśnić w quasi naukowy sposób. Że mózg zewnętrzny, cząstki świadomości, bla bla bla. To się naukowo nie trzymało kupy, czy nie lepiej już było włożyć do tej książki po prostu trochę magii i zaaranżować całość tak, by to grało z konwencją? Nawet nie nazywać tego magią, po prostu zostawić to niewyjaśnione, jak w realizmie magicznym. Ognista łuska i tak jest zupełnie nieprawdopodobną chorobą, a próby wytłumaczenia jej są absurdalne, lepiej byłoby pójść krok dalej. Albo zrezygnować całkiem. Ta historia doskonale poradziłaby sobie bez fajerwerków w postaci ognistych feniksów. Pomysł z postacią byłej żony Strażaka można by ugryźć w jakiś inny sposób, a nawet jeśli by zostawić to w takiej formie, ona jedna by wystarczyła, bez marvelowskich superbohaterów. Komiksowość tej książce wcale nie robiła dobrze, bo nie pasowała do całości. Gdyby „Strażak” globalnie był bardziej przygodowy – super. Jednak to jest historia przez większość czasu dość kameralna i opierająca się na interakcjach postaci, intrygach w obozie. Niewiele w tym przygody i miejsca dla ognistych feniksów.
Za to bardzo podobało mi się za to rozwiązanie sprawy wyspy Marthy Quinn. Od samego początku byłam przekonana, że ten projekt to tylko przynęta, i nie rozczarowałam się.

  • Autor: Joe Hill
  • Tytuł oryginalny: Fireman
  • Przekład: Anna Dobrzańska
  • Wydawca: Albatros
  • Data publikacji: 2017-03-01
  • Format: okładka twarda, s. 800
  • Opis z okładki:
    Nikt nie wie dokładnie, kiedy i jak to się zaczęło. Przez kraj przetacza się przerażająca plaga, która uderza w kolejne miasta: Boston, Detroit, Seattle. Lekarze nazywają to Draco Incendia Trychophyton. Dla wszystkich innych to Dragonscale, wysoce zakaźny, śmiertelny zarodnik. Najpierw na ciele pojawiają się piękne czarno-złote plamy, a następnie ludzie stają w płomieniach. Zakażają się miliony, ogień wybucha wszędzie. Nie ma antidotum. Nikt nie jest bezpieczny.
    Pielęgniarka Harper Grayson opiekowała się setkami zainfekowanych pacjentów, zanim jej szpital całkowicie spłonął. Teraz złote plamy odkryła na własnym ciele. W szpitalu widziała wiele matek, które rodziły zdrowe dzieci, więc wierzy, że jej dziecko też takie będzie... jeśli sama dożyje dnia porodu. Bardziej niż ognia musi jednak unikać zbrojnej Bojówki Kremacyjnej, samozwańczego oddziału ścigającego bezwzględnie wszystkich tych, którzy ich zdaniem noszą w sobie zarodniki. Gdy ludzkość pogrąża się w płomieniach i szaleństwie, na horyzoncie pojawia się tajemnicza i fascynująca postać: człowiek w brudnej, żółtej kurtce strażaka, noszący żelazny pręt. Szalony Strażak, przemierzający ruiny New Hampshire, zainfekowany Dragonscale, zdołał kontrolować w sobie ogień i używa go jak tarczy, broniąc ściganych, i broni, gdy mści się za skrzywdzonych. Harper musi poznać jego tajemnicę, nim ogarną ją płomienie.
    Zachowajcie zimną krew, nadchodzi STRAŻAK!