Morderstwo na mokradłach

Sasza Hady

Do jednych z większych czytelniczych przyjemności należy niewątpliwie to, że czasem zostajemy pochłonięci przez jakąś historię zupełnie niespodziewanie, niemal mimochodem. Zaczyna się zupełnie niewinne – jak w przypadku każdego nałogu. Gdy jednak zorientujemy się, że coś jest z nami nie tak i wbrew wszystkim racjonalnym pobudkom czytamy dalej, do późna w nocy, chociaż rano trzeba wcześnie wstać – jest już za późno na jakikolwiek ratunek. Zostaliśmy usidleni. Nawet gdy przerzucimy ostatnią stronę, pozostaje dokuczliwe uczucie głodu. Nie niedosyt, tylko prawdziwy głód dalszego biegu czytanej historii. Takich odczuć doświadczyłem po raz pierwszy, czytając kilka lat temu trylogię Susanny Clarke Jonathan Strange i Pan Norrell. Powtórkę zaserwowała mi tym razem debiutantka – Sasza Hady, kryminałem osadzonym na sennej angielskiej prowincji.

Morderstwo na mokradłach już samym tytułem zdradza, z jakim typem intrygi będziemy mieć do czynienia. W małej prowincjonalnej wiosce Little Fenn kucharka Państwa Bradburych znajduje w beczce z dyniami odciętą głowę mężczyzny. Jako że lokalna policja nie jawi się w oczach dotkniętej nieszczęściem rodziny jako wystarczająco kompetentna do rozwiązania sprawy, angaż dostaje  legendarny detektyw Alfred Bendelin… Wszystko by było w porządku, gdyby nie jeden mały szkopuł: rzeczony detektyw jest fikcyjną postacią wymyśloną przez pisarza Ruperta Marleya na potrzeby jego powieści kryminalnych. Za Bendelina brany jest przyjaciel pisarza – Nick Jones, który na nieszczęście mieszka pod adresem wskazanym w książkach i jest nawet podobny literackiego bohatera. Sam Nick nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany ani samą sprawą, ani byciem detektywem, chociaż jak na ironię jest policjantem. Woli jednak nazywać się urzędnikiem, ponieważ siedzi tylko za biurkiem, tropiąc przestępstwa finansowe, a na widok krwi robi mu się słabo. Ostatecznie, wbrew głosowi rozsądku, wyrusza na prowincję, zabierając ze sobą Rupetra. A to wszystko dla pięknych niebieskich oczu Emmy, kuzynki Helen Bradbury…

Powieść opatrzona jest mottem „Najbardziej krwawe morderstwa zawsze zdarzają się w sennych angielskich wioskach”, które przypisane jest powieściowemu pisarzowi Rupertowi Marleyowi. Jeśli mnie jednak pamięć nie myli, Sasza Hady zaczerpnęła je od samego Arthura Conana Doyla, a podobną kwestię wypowiada Holmes do Watsona w jednym z jego opowiadań. Doskonale pokazuje to inspiracje krakowskiej pisarki. Morderstwo na mokradłach nawiązuje bowiem bezpośrednio do klasyków brytyjskiego kryminału, wcale się tego nie wypierając. Sama intryga toczy się więc leniwie, sukcesywnie odkrywając kolejne elementy układanki – zarówno te prawdziwe, jak i pozorne, dając czytelnikowi możliwość przeprowadzenia własnego procesu dedukcji.

Little Fenn stanowi niejako koncentrat wszystkiego, co sobie wyobrażamy o angielskiej prowincji. Jest to mityczna przestrzeń żywcem wyjęta z klasycznych, ale często zapomnianych już opowieści. Prowincja w wydaniu Saszy Hady to miejsce sentymentalne i senne. Niekiedy wręcz w klimacie powieści gotyckich. Życie toczy się tu według własnych, dawno temu ustalonych reguł. Sąsiedzi wiedzą o sobie niemal wszystko, a mimo to każdy posiada jakieś tajemnice. Pod zewnętrznym płaszczykiem sielskiego spokoju kryje się już mniej przyjemne wnętrze. W tej przestrzeni Nick i Rupert wydają się intruzami. Nie do końca potrafią zrozumieć zależności rządzące tą enklawą, gdzie plotki rozchodzą się z prędkością błyskawicy.

Na uwagę zasługuje również gra z konwencją kryminału, jaką podejmuje Krakowianka. W powieści nie ma bowiem klasycznej postaci detektywa. Następuje tu niejako odwrócenie całego schematu, ponieważ legendarne zdolności fikcyjnego bohatera przypisane są zwyczajnemu staremu kawalerowi. Daje to możliwość ciekawej konfrontacji charakterów Nicka i jego przymusowego alter ego. Wydaje się, że ten pierwszy ostatecznie radzi sobie swoimi metodami, odrzucając przybraną fikcyjną osobowość. O ile Nick Jones pozostaje skromny i nie korzysta ze sławy, jaką oferuje mu postać Bendelina, to jego przyjaciel Rupert Marley wydaje się jego całkowitym przeciwieństwem: to próżny bawidamek z gigantycznym ego.

Sasza Hady wykreowała w swojej powieści galerię zdumiewających bohaterów, którzy zamieszkują Little Fenn. To w zasadzie kilka rodzin, ale ich koloryt jest zdumiewający i świetnie wpisują się swoim zachowaniem i charakterami w prowincjonalny krajobraz. Ciężko oderwać się od malowniczych, subtelnych i stylistycznie naprawdę pięknych opisów Saszy Hady. Potęguje to sentymentalny i wręcz magiczny nastrój w takim stopniu, że czasami można odnieść wrażenie, że okolice Little Fenn to zupełnie nierealne miejsce z innych czasów, które jakimś cudem przetrwało wśród zabłoconych pól i torfowisk do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (tak wnioskuję z faktów zawartych w powieści, bo dokładny czas akcji nie zostaje nigdzie podany).

Morderstwo na mokradłach ma w sobie urok, któremu ciężko się oprzeć. Jest jednocześnie ciekawą powieścią kryminalną i doskonałą opowieścią obyczajową z delikatnym wątkiem romantycznym, sporą dozą humoru i magicznym klimatem. Jedynym, co można tej pozycji zarzucić, to niedomknięcie dwóch wątków (z premedytacją, jak dowiadujemy się z posłowia). Dla niektórych może być to zabieg odrobinę irytujący, dla innych natomiast intrygujący i pobudzający wyobraźnię. Warto zwrócić uwagę, że owe niewyjaśnione wątki nie są bynajmniej furtką do napisania kontynuacji.

Książka Saszy Hady stanowi pasjonującą wyprawę do z pozoru prozaicznego, ale jednak niezwykłego miejsca, jakim jest angielska wioska zagubiona wśród mgieł i mokradeł. Ja się tam zadomowiłem na stałe. Po raz pierwszy przeczytam drugi raz pod rząd tę samą książkę. I wprost nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w Little Fenn.

 

  • Autor: Sasza Hady
  • Wydawca: Oficynka
  • Data publikacji: 13 lipca 2012
  • Cena: 35,00
  • Opis z okładki:
    Alfred Bendelin, prywatny detektyw (dyskrecja gwarantowana).
    Alfred Bendelin, najsłynniejszy prywatny detektyw Londynu, nie może narzekać na swój los: jest rozchwytywany zarówno przez majętnych klientów, jak i rozkochane w nim wielbicielki. Brawurowo rozwiązuje sprawę za sprawą, przyprawiając funkcjonariuszy Scotland Yardu o ból zębów i koszmary nocne. Słynie z niezawodnego lewego sierpowego, piekielnej inteligencji i zniewalającego uśmiechu. Jest tylko jeden problem: Alfred Bendelin nie istnieje.
    W postać znanego z powieści kryminalnych detektywa wciela się niejaki Nicholas Jones – wbrew wszystkim swoim zasadom i zdrowemu rozsądkowi. Z dnia na dzień porzuca wygodne życie w wielkim mieście i wyrusza na prowincję, aby rozwikłać zagadkę tajemniczego morderstwa. Tak – oczywiście wszystko to dla pewnych pięknych niebieskich oczu.
    W otoczonej mokradłami osadzie Little Fenn zostaje znaleziona głowa znanego w okolicy domokrążcy. Wydaje się, że nikt z mieszkańców wioski nie miał motywu, by go zamordować, ale ich dziwne zachowanie zwraca uwagę samozwańczego detektywa. Wśród jesiennych mgieł spowijających torfowiska czai się zło…