Piękno odebrane ci w tym życiu istnieje wiecznie – fragment

Prezentujemy fragment opowiadania „Piękno odebrane ci w tym życiu istnieje wiecznie” Gary’ego A. Braunbecka, które znalazło się w antologii w hołdzie Richardowi Mathesonowi „Jest legendą„. Premiera antologii już za miesiąc! 

Guzik, guzik”(Button, Button”) Richarda Mathesona z 1970 roku traktuje o klasycznym ludzkim dylemacie – czy za dużą sumę pieniędzy zdecydowałbyś się nacisnąć przycisk i tym samym uśmiercić kompletnie obcą ci osobę? Gary A. Braunbeck w kontynuacji tej opowieści mówi, czego możemy się nauczyć, jeśli podobne pytanie zostanie nam zadane. Pan Braunbeck jest autorem kilku popularnych powieści („In Silent Graves”, „Keepers”, „Miasto trumien”), a za swoje opowiadania zdobył wiele prestiżowych nagród.

Kiedy to piszę, łapie się na tym, że myślę o mojej matce. Nie mogę przestać zastanawiać się, co czułaby, gdyby wiedziała, że jej jedyna córka – jej jedyne dziecko – zgodziła się na pańską propozycję. Pewnie byłaby mną rozczarowana. Na każdy zarobiony grosz ciężko pracowała, często do późna, robiąc wszystko – była kasjerką, pracowała w pralni, jako pokojówka, a potem stała przy fabrycznej taśmie. I nigdy nie wierzyła, że istnieje łatwiejsza droga. Ona i mój zmarły ojciec, zresztą podobnie jak mój nieżyjący mąż, posiadali najsilniejsze poczucie moralności, etyki związanej z pracą, jakie kiedykolwiek i u kogokolwiek widziałam. Coś takiego mogłoby złamać im serca. Dobrze, że nie było ich tutaj, ze mną, wczorajszego wieczora, kiedy podjęłam decyzję.

Wszystko wydaje się takie proste: unosisz wieko, wciskasz przycisk i dostajesz ćwierć miliona dolarów w gotówce. Oczywiście coś za coś, bo w efekcie twojego działania ktoś – zupełnie obca ci osoba – umrze. Ale ludzie idą do piachu każdego dnia, prawda? Zresztą nie był pan w tej kwestii zbyt konkretny, powiedział pan jedynie „Ktoś, kogo pani nie zna, umrze”, a nie wszyscy przecież giną faktycznie, dosłownie, fizycznie. Jest wiele rodzajów śmierci.

Przedwczorajszej nocy obudziłam się około trzeciej nad ranem, ze snu wyrwały mnie odgłosy ożywionej kłótni dochodzące z bloku nieopodal, za parkingiem. Jakaś kobieta krzyczała na mężczyznę, a on na nią. Przeklinali, rzucali pod swoim adresem najgorsze bluzgi, najokropniejsze rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Usiadłam na łóżku, rozsunęłam zasłony i wyjrzałam przez okno, chcąc się upewnić, że ten mężczyzna jej nie zaatakuje albo że nie stanie się coś jeszcze gorszego. I stało się, ale nie miało to wiele wspólnego z kłócącą się parą.

Kobieta pakowała walizki na tylne siedzenie starego, wysłużonego samochodu – był w naprawdę koszmarnym stanie. Podobne auto można dostać jedynie w jakimś podrzędnym komisie, albo nabyć od kogoś, kto wystawia sprzęt na sprzedaż na trawniku przed domem, bo rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy. Rozumie pan, ludzi mieszkających w mojej okolicy stać tylko na taki samochód. Ale nie o tym miałam mówić. Pomiędzy kobietą przy samochodzie a facetem stojącym w drzwiach zobaczyłam małą dziewczynkę, miała może trzy latka. Płakała i krzyczała na nich, by przestali, prosiła, by przestali. Oni jednak nie zwracali na nią żadnej uwagi.

Kiedy oboje zamilkli na chwilę, by złapać oddech, dziewczynka podeszła do kobiety i powiedziała (pamiętam te słowa bardzo dokładnie, panie Steward): „Proszę, mamo, zostań. Przepraszam za wszystko, co zrobiłam i obiecuję, że to się nie powtórzy. Kocham cię. Proszę, nie jedź”. Miała zachrypnięty głos, serce bolało, gdy słuchało się jej słów, ale najmocniej, nawet mocniej niż ta przepełniona bólem i strachem prośba, wstrząsnął mną fakt, że ta mała, może trzyletnia dziewczynka, mówiła tak spokojnie i wyraźnie. Jakby chciała mieć pewność, że jej matka zrozumie to, co chciała jej przekazać. Może nauczyła się mówić w tak oficjalny sposób na lekcjach i miała nadzieję zadziwić i uspokoić swoich rodziców. A może zazwyczaj mówiła niechlujnie i irytowała tym jedno, albo oboje z nich, i w ten sposób chciała pokazać im, że się stara, że potrafi.

Nic to nie dało.

Matka kazała jej się zamknąć, ojciec też i dziewczynka po prostu tam stała, zanosząc się płaczem i powtarzając wciąż i wciąż: „Tak mi przykro, Mamusiu”. Potem kobieta wykrzyczała kolejną serię przekleństw pod adresem mężczyzny (podejrzewam, że to ojciec tej małej), a ten odpowiedział podobnie. Matka wskoczyła do auta i czym prędzej odjechała. Dziewczynka wrzeszczała i szlochała. Pobiegła za samochodem, ale potknęła się o coś i upadła. Leżała tak na brudnym parkingu, obok przeładowanych śmietników, łykając swoje łzy i krzycząc: „Proszę, Mamusiu, wróć, wróć”, aż wreszcie straciła głos. Nikt, łącznie ze mną (co trudno mi przyznać) nie przyszedł jej z pomocą. Mężczyzna, który musiał być jej ojcem, trzasnął drzwiami mieszkania i zostawił ją na zewnątrz. Na dworze było zimno, jakieś dwa stopnie, a dziecko nie miało na sobie kurtki. Jak o tym pomyślałam, przypominam sobie, że biedactwo leżało w samych pidżamkach.

Panie Steward, myślę, że w pewnym sensie to dziecko umarło. Nie, nie fizycznie, oczywiście, że nie, ale sądzę, że duża część dzieciństwa tej dziewczynki odeszła bezpowrotnie. Nie wątpię, przyjdą lepsze czasy i nadejdzie pora, że ta afera na parkingu stanie się tylko zabawną anegdotką, z której będzie się śmiała, siedząc na karuzeli i wcinając watę cukrową i hot dogi… Ale już nigdy nie ucieszy się z tego wszystkiego tak, jakby mogła, bo część jej jaźni na zawsze zapamięta, jak potraktowali ją matka i ojciec. Była dla nich niczym zbłąkany, denerwujący pies, który wyje w środku nocy, a przecież chciała jedynie wyrazić swe najgłębsze uczucia i – jak inni w jej wieku – odkryła, że brak jej jeszcze na to słów, bo żadne dziecko nie powinno być nigdy zmuszane, by ich w sobie szukać. I kiedyś będzie się świetnie bawiła w wesołych miasteczkach, ale już nigdy nic nie będzie takie samo. Każda chwila radości, której doświadczy, będzie od tej chwili stłamszona, zdławiona wspomnieniem tamtej nocy. Dokuczy jej bolesna dziura pozostawiona w sercu i duszy. Czy o taką śmierć panu chodzi, panie Steward? Bo jeśli tak, to wolałabym jej fizyczną odmianę. Chciałam wtedy zabić jej rodziców. Zdobyłam się w końcu na to, by wyjść i zobaczyć, czy mogę w czymś pomóc, ale do tej pory ojciec zdążył wyjść z domu i wnieść dziewczynkę do środka. Rano, gdy się obudziłam, samochód znowu stał pod blokiem i cała trójka – śmiejąc się, z radosnymi minami – szła do sklepu po zakupy dla „…małej solenizantki”.

Kto zadecydował o tym, że dzieciaki są takie odporne? Myślę, że ta osoba uczyniła je takimi, by nie musiały stawiać czoła nieodwracalnym szkodom, które wielu rodziców im wyrządza, tym małym okropnościom, bolesnym ciosom, zadawanym co dnia.

O takiej śmierci pan mówił, panie Steward?