Dziesięć pytań do Pawła Marszałka

Carpe Noctem: Jeśli się nie mylę, pierwszy tom Biblioteki Grozy, „Zew Cthulhu” ukazał się w 2004 roku, co oznacza, że seria ma już jedenaście lat i wydaje się, że cały czas nabiera rozpędu, obecnie kolejne jej części ukazują się z większą częstotliwością, niż to dawniej było. Da się zauważyć przyrost ilości jej fanów?

Paweł Marszałek: Zaczęło się od Lovecrafta, bo inaczej przecież nie mogło! Zresztą powraca on, jak bumerang, co któryś tom serii i tak już będzie, aż nie wydam całości w takich tomach/tomikach. Co zresztą okazało się słuszne, bo duże/grube lektury są mniej wygodne – ale nie znaczy to, że ma ich nie być, wręcz przeciwnie: konkurencja jest bardo potrzebna, by się coraz bardziej starać przy kolejnych edycjach… A seria nabiera rozpędu, bo czytelnicy też go nabrali w swych oczekiwaniach i „żądaniach” autorów. Trzeba ich słuchać. Choć nie zawsze to ma sens: czekali wszyscy na Hodgsona, a jak wyszedł, to do dzisiaj słabo się sprzedaje, bo… inny jest w porównaniu z autorami tego gatunku; to pastisz, groteska, a mniej groza, i tak to trzeba przyjąć, a nie szukać strachu. Stąd musiał być, bo jest dla grozy ważny, ale czy już wtedy? Może trzeba było poczekać i w większym gronie inaczej zostałby odebrany… Teraz jest podobna presja na Onionsa – i wkrótce będzie, choć znowu może zaskoczyć, bo to „poezja” grozy, trudna, i może mniej wyrobionych czytelników znudzić… Zobaczymy. Ale bardzo przybywa czytelników, za to duży ukłon im – znaczy to też, że jestem potrzebny…

CN: W Carpe Noctem koncentrujemy się głównie na wyżej wspomnianej serii, jednak jest ona tylko ułamkiem działalności wydawnictwa. Poza nią wydajesz między innymi mnóstwo kryminałów, thrillerów, poezji i romansów. Ile tytułów co roku wypuszczacie na rynek? Jaka to literatura?

PM: Wydawnictwo C&T istnieje od października 1990 roku (wcześniej były tylko jako prywatne Amber i Rebis, ale ja rocznic nie obchodzę z zasady, więc fety nie było!) i zaczynałem od kilkunastu tytułów rocznie. Potem było i czterdzieści, ale od kilku lat wróciłem do kilkunastu, bo rynek bez rewelacji i dobrych tytułów znajduję mniej… Wydawnictwo jest literackie i większość w nim prywatnych fascynacji, które okazały się na tyle trafne, że ćwierć wieku mogło tak minąć. Poezja to drugi nurt obok kryminału i paradoksem jest to, że raz kryminał zarabia na poezje, a potem poezja zarabia na wydawanie kryminałów – naprawdę! Ale to Stachura, Pawlikowska, Dickinson, Yeats – więc nieśmiertelni; podobnie jak Chandler, Hammett, Simenon, Ellroy, Deaver w kryminale… Był też dobry czas na literaturę młodzieżową i serię „Nasze ważne sprawy”, ale już się skończył.

CN: Twoje wydawnictwo specjalizuje się głównie w prozie anglojęzycznej (choć wydawana jest też klasyka polskiej poezji). Czy nie myślałeś kiedyś o wejściu również na pole polskiej literatury grozy czy też kryminalnej? Zarówno tej współczesnej jak i na przykład z początku XX wieku. W ostatnim czasie wznowionych zostało na przykład kilka przedwojennych powieści kryminalnych i okultystycznych Wotowskiego.

PM: Nie, żadnych przedwojennych – nie znam się, inny język i styl. A polska groza to Grabiński i coś tam jeszcze, ale trochę na wyrost. Może kiedyś w serii wybór Grabińskiego dam, ale w najbliższych latach skupię się na anglojęzycznych, bo jest ich legion jeszcze. Wotowski, Nasielski, Marczyński nigdy mnie nie brali, sorry…

CN: Wspominałeś kiedyś, że wśród Twoich ulubionych pisarzy, jedno z czołowych miejsc zajmuje Cornel Woolrich (o którym zresztą napisałeś dla CN felieton). Kogo mógłbyś postawić obok niego na parnasie?

PM: Poza wspomnianymi: Chandlerem, Hammettem, Simenonem, Ellroyem – bo to oczywistości, a ten czwarty już jest za życia królem gatunku – cieszyła mnie każda nowa powieść Petera Abrahamsa (wspaniałe też pisał dla młodzieży kryminały…), Thomasa H. Cooka – rewelacyjnego pisarza, gdyby pisał grozę, byłby równie znakomity! A największym roczarowaniem były edycje Davida Goodisa, bo powieści literacko warte uwagi, ale nie dla polskiego czytelnika. Tak też było z powieściami Margaret Millar, która umiała pisać tak, by w ostatnim zdaniu dopiero rozwiązać zagadkę! Z wielkich została mi jeszcze nadzieja w powieściach Rossa Macdonalda, może tutaj docenią – czyli kupią więcej…

CN: C&T wydało niegdyś „Córkę króla elfów” Lord Dunsany’ego w serii Klasyka literatury fantasy. Seria ta jednak na tym tomie się skończyła – nie spotkała się z wystarczająco dużym zainteresowaniem?

PM: Nie spotkało się to z moim zainteresowaniem… Nie znam się na fantasy, tytuł ktoś mi podpowiedział, kupiłem prawa, sprzedałem nawet trochę, ale… Inni też wydają ten gatunek, więc po cóż im robić konkurencję, będąc laikiem. To nie jest firma nastawiona na dochody, tylko na książki wydawane z pasją, z których trzeba żyć – i to się udaje, jak widać. A do emerytury jeszcze sporo – rocznik 1962 dla informacji, dla wielu czytelników „stary dziad”, ale…

CN: Współpracujesz z wieloma tłumaczami, choć kilka nazwisk choćby fani serii Biblioteka grozy na pewno kojarzą z więcej niż jednego tomu. Zdarza się, że tłumacze sami przynoszą materiał, czy sam dobierasz ich do swoich pomysłów?

PM: Tłumacze dostają różne propozycje i wybierają. Czasem mnie „naciągną” – Tomek Gałązka nawet dosyć często, bo zna się najbardziej na tym gatunku – ale to zwykle od wydawcy zależy, co wydać. Nowego polskiego autora grozy bardzo chętnie bym wydał, ale nie wiem, czy dałbym radę wypromować potem, bo na tym też się nie znam – i chyba niezbyt chcę tak podchodzić do rynku…

CN: Czy poza wydawaniem książek masz jeszcze czas na literaturę? Często czytasz rzeczy wydawane przez konkurencję?

PM: Jak mówi Magda, moja pierwsza żona od 26 lat – ja nic innego nie robię… Pamiętam tylko, żeby kosz ze śmieciami wystawić na poniedziałek rano… A tak poważnie, to czytam autorów już wpisanych do działu: ulubione. Tam jest: Jodełka, Krajewski, Chmielarz z ważnych naszych; Lemaitre, Lapidus, Bussi, Rankin, Nesbo, Highsmith z młodych i starych zagranicznych. A ostatnie odkrycia to Karin Giebel, Dominik Dan, dla przykładu.

CN: Jeśli można: politycznie. Jakie jest Twoje zdanie na temat „Ustawy o książce”, która w ostatnich miesiącach jest na językach chyba wszystkich środowisk działających przy literaturze?

PM: Czy ustawa (jakakolwiek) będzie, czy nie, ważne jest jedno: by książki były na tyle tanie, by ktoś jeszcze mógł je kupić… A to „jeszcze” wynika z tego, że przerwano u nas ciąg kulturowy w 1939 roku, co trwa i trwa… I żeby było jasne, czyim jestem zwolennikiem, bo powiało tu mocno historią, dodam: zamach to mógł planować monsieur Szakal u Forsytha…

CN: Działasz w bardzo tradycyjny sposób. Bez strony internetowej, oficjalnego konta C&T na Facebooku, nie sprzedajesz książek elektronicznych. Szykujesz w tych tematach jakieś zmiany, czy obecny model jest w pełni wystarczający?

PM: Jak przyznałem się już wyżej: nie chcę, nie umiem robić promocji. Nie lubię e-booków. Tak długo, jak będzie to możliwe, będę działał bez tych form. Ale zawsze można do mnie zadzwonić od 10-21 i pogadać, o czym ty, Paweł, doskonale wiesz…

CN: Publikowanie książek – zwłaszcza od tylu lat – to z pewnością niełatwa i wymagająca doświadczenia praca. Fajnie jest być wydawcą?

PM: Jeśli można robić to, co się lubi, a ludzie to doceniają i pozwalają mi z tego żyć, to jest… raj. Mój idol z lata młodości pisał (cytuję z pamięci): „Niedziela ma siedem dni albo nie ma jej wcale…” Ja się w niedzielę urodziłem i jakoś tak już w niej zostałem…

pawel_marszalek