3 pytania do autorów 13 ran

Zapraszamy do lektury serii krótkich wywiadów z polskimi autorami, których utwory znalazły się w antologii „13 ran”. Każdemu z nich zadaliśmy po trzy pytania.

Carpe Noctem: Inne Twoje opowiadanie znalazło się wcześniej w „15 bliznach” – czy teksty te coś łączy? Czym tym razem chciałaś czytelnika zainteresować?

Aleksandra Zielińska: Prawdę powiedziawszy jestem autorem trochę samolubnym i w trakcie pracy o czytelniku w ogóle nie myślę (śmiech). Opowiadania nie były napisane specjalnie pod antologię Repliki, powstawały na określonych etapach mojego życia, dzieli je dość duży odstęp czasu. Oba pierwotnie należały do zbioru opowiadań, dla którego niestety nie udało mi się znaleźć wydawcy. Cieszę się, że trafiły do szerszego grona w ten właśnie sposób dzięki Replice. ‘Ostatnie kuszenie…’ wpisuje się w konwencję fantastyki religijnej, natomiast ‘Lipiec w Coyoacan’ w to, czym zajmuję się teraz – bardzo (wbrew tytułowi) krakowska groza miejska. Tym razem chcę Czytelnika zainteresować dziwnymi wydarzeniami na pewnym osiedlu i losami bohaterki, z której psychiką nie do końca jest w porządku. Mam nadzieję, że się spodoba.

CN: Jak scharakteryzowałabyś horror w Twoim wykonaniu?

AZ: Jako chaotyczny, a sądząc po opiniach recenzentów także nierówny (śmiech). Ale wciąż mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej. Nie mam jeszcze zbyt dużego dorobku,  opowiadania jakie ukazały się do tej pory to szeroko pojęta groza miejska – temat,  który w chwili obecnej zajmuje mnie najbardziej. Swego czasu próbowałam dłubać w fantastyce religijnej. Co będzie dalej? Zobaczymy. Chciałabym, aby horror i wszelkie inne pisarskie próby w moim wykonaniu były dla Czytelnika zaskakujące i zapadały w pamięć. Cały czas staram się nad tym pracować.

CN: Jakie nazwisko (poza tymi z „13 ran”) życzyłabyś sobie widzieć w kolejnej antologii Repliki?

AZ:  Myślę, że najbardziej ucieszyłoby mnie opowiadanie Stephena Kinga, co za pewne nie dziwi, gdyż do tego autora mam wielki sentyment. Może Joe Hill? Po jego ostatnich książkach ma się apetyt na więcej. Z polskich twórców najchętniej widziałabym Łukasza Orbitowskiego i duet Kain & Kyrcz.

CN: Znana jesteś głównie jako autorka kryminałów, ale poza tym pisujesz też opowieści niesamowite. Jaka była Twoja metoda zadania rany do antologii?

Anna Klejzerowicz: Moja metoda była prosta: zadać rozległe rany powierzchniowe, które w efekcie okazują się śmiertelne. Myślę, że ta medyczna analogia oddaje sedno rzeczy (śmiech). A tak na poważnie, są to raczej bardziej rany psychiczne niż fizyczne… jednak prowadzące do destrukcji całego organizmu. 

CN: Jeśli horror to cielesny czy metafizyczny?

AK: Jeśli pytasz o mój gust, to zdecydowanie metafizyczny. Naturalistyczne, krwiste i makabryczne horrory budzą we mnie raczej obrzydzenie niż strach. Co nie znaczy, że je deprecjonuję. Wychowałam się jednak na klasycznej literaturze grozy, kultowym autorem był dla mnie Stefan Grabiński (konkretnie jego opowiadania). Prawdziwy lęk budzą we mnie sytuacje niejasne, nie do końca dopowiedziane, wymykające się logicznym interpretacjom. O których można potem myśleć godzinami i próbować je sobie wyjaśnić – co oczywiście nigdy się do końca nie udaje. Takie, kiedy nie wiesz, czy autor opisuje sytuację „mistyczną” czy raczej stan zaburzeń psychicznych bohatera. W końcu wszystko rozgrywa się… w nas.

CN: Jeśli miałabyś napisać opowiadanie w duecie, to z kim?

AK: No to mi teraz zadałeś… ranę… Bo ja raczej duetów unikam. Wszystko, co mam do napisania, mielę we własnym wnętrzu, aż do momentu przelania ich na papier, to znaczy na ekran komputera. Ale gdybym musiała, to mogę na przykład z Magdą Kałużyńską. Ona da nieco więcej cielesności, ja się skupię na złowrogich siłach duchowych. Mógłby wyjść z tego całkiem niezły horror, zadowoliłybyśmy każdy gust ;-)

CN: Trzecia horrorowa antologia Repliki to aż trzy kobiety wśród autorów, ale i tak środowisko zdominowane jest przez mężczyzn. Jak się czujesz w takim towarzystwie?

Magdalena Kałużyńska: Dobrze się czuję. I to nie tylko dlatego, że odkąd pamiętam lubię męskie towarzystwo (śmiech). Jako takiej typowej męskiej dominacji nie odczułam. Raczej zobaczyłam ludzi ogarniętych pasją tworzenia, który to pisarze wysoko ustawili poprzeczkę. A, że jestem osobą ambitną…   

CN: O czym jest „Niosący światło” i skąd pomysł na to opowiadanie?

Pomysł na opowiadanie zaświtał mi kilka lat temu. Byłam w pubie z przyjaciółmi. W pewnym momencie zauważyłam mężczyznę. Przystojny, elegancko ubrany i… strasznie niecierpliwie bębnił palcami o blat stolika. Kogoś wypatrywał… Co raz mieszał niedopitego drinka. Zaczęłam w myślach snuć opowieść, a raczej odpowiadać sobie na pytania: kim jest ten człowiek? Co tu robi… ale co tu robi naprawdę? Dlaczego tak nerwowo się zachowuje, dlaczego ciągle miesza ten napój? Może jest krwiożerczym psychopatą, czekającym na niedawno poznaną kobietę? W takim razie jakie ma wobec niej plany? Na pewno ma jakieś plany… Jego towarzyszka poszła do łazienki, a on jej wrzucił do drinka pigułkę gwałtu… Kobieta wróci, wypije napój, pojadą do niego i… Dodałam mroczny element nadprzyrodzony, a nawet dwa, policjantów, jakieś wątki poboczne, moje ulubione pytanie o to, czy i kiedy ofiara oraz oprawca zamienią się miejscami, naszkicowałam jeszcze kilka osób w tle i voila! Horror gotowy. Ot, cała historia.

CN: Jak przedstawiają się Twoje plany pisarskie?

Cóż… „wiszę” światu trzy opowiadania grozy. Każde na zamówienie innego periodyku. Dziękuję niniejszym redakcjom za cierpliwość. W międzyczasie powinnam się zająć rozpiętą na warsztacie drugą powieścią, powoli gromadzić materiały do trzeciej. Z ostatniej chwili: zostałam zaproszona do horrorowego projektu literackiego, na który to projekt się wielce cieszę, ale o tym na razie nie mogę nic mówić. Rąbka tajemnicy uchylę dopiero na początku przyszłego roku. Ogólnie rzecz ujmując plany literackie mam takie, że po pierwsze powinnam sobie ustawić priorytety, a po drugie stwierdziłam, że chyba potrzebuję asystenta (śmiech).   

 —

CN: Skąd pomysł na „Imperium robali”?

Łukasz Radecki: Trudno opowiedzieć o pomyśle, żeby nie zdradzić za dużo z fabuły. Tym bardziej, że to jedno z najbardziej pogmatwanych na pozór opowiadań jakie miałem okazję napisać… Zasadniczo pomysł zrodził się z trzech czynników. Widoków z okna, jednej z płyt Pink Floyd i kolejnego eksperymentu na jaki spróbowałem podjąć – napisania czegoś prawdziwie obrzydliwego, ale jednocześnie głębszego znaczeniowo. Clive’m Barker’em nigdy nie będę, ale inspiracji nie ukrywam.  A że lubię nie hamować swojej wyobraźni w trakcie pisania, to popłynąłem :)

CN: Jakie masz plany pisarskie na najbliższy czas?

ŁR: Jestem przesądny i nic nie powiem. Zawsze jak w jakimś wywiadzie coś chlapnę o swoich planach, to potem wydawcy plajtują, wycofują się, znikają i plany opóźniają się o całe lata. Mam ukończone dwa zbiory opowiadań i jedną powieść, pracuję nad dwoma kolejnymi projektami, jednym solowo, drugim znów w duecie. Ale co kiedy się ukaże, nie powiem, żeby nie zapeszyć.

CN: Oprócz pisania własnych tekstów zajmujesz się też recenzowaniem. Czytałeś „11 cięć” albo „15 blizn”? Jakie są Twoim zdaniem mocne i słabe strony tego cyklu antologii?

ŁR: Takie same jak każdej innej antologii. Ogromna różnorodność i wynikający z tego czasami rozgardiasz. Faktem jest jednak, że wspomniane antologie trzymają, w większości, wysoki poziom, w pozostałych przypadkach przykuwają uwagę nazwiskami.  Kiedy zaczynałem czytać horrory dwadzieścia lat temu, nigdy bym nie pomyślał, że Masterton, Smith czy Wilson znajdą się w jednej antologii, tym bardziej z polskimi autorami. Poza tym obie antologie rozpoczęły modę na tzw. antologie mieszane, coraz więcej takowych na rynku się pojawia. Idea jest wspaniała, daje szansę autorom młodym, przypomina tych nieco zapomnianych, utwierdza pozycję znakomitych. Z wykonaniem jest różnie, ale to już kwestia gustu. Ponieważ to nie recenzja, resztę opinii strategicznie zachowam dla siebie. 

CN: Dlaczego akurat to opowiadanie? Pisaliście je specjalnie do antologii czy wybraliście coś napisanego wcześniej?

Kazimierz Kyrcz Jr: Ten tekst powstawał podobnie jak ocieplenie domu; na szkielet fabularny, który generalnie mieliśmy gotowy zanim zabraliśmy się do pisania, nakładaliśmy kolejne warstwy słów i treści,  aż w środku naszego bliźniaka zrobiło się ciepło, choć niekoniecznie przytulnie. Jak sam tytuł wskazuje, „13 ran” nie ma być milusią książeczką dla grzecznych dzieci, uznaliśmy więc, że nasze „Pragnienie” będzie idealnie do niej pasowało.

CN: Skąd pomysł na tekst?

KKJ: Z bólu… Napisałem początek na podstawie opowieści kumpla o tym jak strasznie cierpiał po usunięciu migdałków. Robert podjął wątek. A potem ja. I znowu Robert. Aż do skutku, który jak sądzę, daje do myślenia. Może nie wszystkim, ale to już osobna kwestia. 

CN: Planujecie jakieś wspólne przedsięwzięcia w najbliższej przyszłości?

KKJ: Cytując słowa znanego szlagieru: „wszystko się może zdarzyć”…