Nawiedzenia

Vernon Lee

Jeśliby trzeba było znaleźć jakąś patronkę dla naszej strony, bez wahania wybrałbym demoniczną Medeę da Carpi, z opowiadania Vernon Lee. “Amon Dure. Fragmenty dziennika Spiridiona Trepki” to pierwszy z czterech (nie licząc wstępu) tekstów ze zbioru “Nawiedzenia”, który w październiku trafił do Biblioteki Grozy. Myślę, że wielu pisarzy marzyłoby o tym, żeby równie dobrze zacząć tomik. Po prostu wyliczę, a będziecie wiedzieć o co chodzi: stylizacja na dziennik, piękny duch sprzed kilkuset lat, samotny uczony młodzieniec, który wyemigrował do obcego sobie kraju, ponure, górskie krajobrazy, stare obrazy, zaklęte pomniki, widmowe msze, finał rozgrywający się w wigilię. Nie każdy kupuje dopasowywanie lektur do pory roku, sam robię tak tylko okazjonalnie, ale jeśli dobrze to sparować, to naprawdę może to potęgować wrażenia. Ale nawet bez tego to po prostu świetny tekst.

Oczywiście nie ma w nim nic nadzwyczajnego. To do bólu klasyczne ghost story, w którym autorka powoli potęguje obłęd głównego bohatera, z każdym wpisem w dzienniku głębiej wprowadzając go w niesamowitość. Znacie to z genialnego “Zewu pięknej” Onionsa i pewnie z wielu innych opowiadań. Nie mogę się też oprzeć przeczuciu, że tekst Lee ma coś wspólnego z “Różą upiorną” Micińskiego, być może łączy je oparcie na nieznanej mi włoskiej legendzie? Obu wspomnianych tekstów “Amon Dure” może nie przebija, ale też to nie wyścigi. Warto docenić gotycką atmosferę w uroczo przegadanym wiktoriańskim anturażu. No i plusik za to, że główny bohater to polak z Poznania, czego można się domyślić po jego nazwisku. Po imieniu niekoniecznie, chyba że znacie jakiegoś Spiridiona.

Kolejne opowiadanie, “Dionea”, to historia w formie epistolarnej, opowiadająca o niezwykłej dziewczynie, która została wyrzucona na brzeg morza w Genui. Oczyma doktora De Rosisa, który zobowiązał się do trzymania pieczy nad bezpieczeństwem sieroty, poznajemy jej wchodzenie w dojrzałość i nieustanne konflikty z otoczeniem. Obserwujemy ją z dystansu, nie mogąc wejść w głowę tajemniczej, orientalnej piękności, ale ze strony na stronę coraz lepiej rozumiejąc, że nie może ona być zwykłym człowiekiem. Cudowne jest to, jak Vernon Lee potrafi tworzyć atmosferę niesamowitości. Opowiadanie niby to mozoli się do przodu tak powoli, że niemal stoi w miejscu, ale wszystko co ważne kryje się w sugestiach, niedopowiedzeniach i drobnych smaczkach. Gdzieś na zderzeniu chrześcijaństwa i dawnych pogańskich wierzeń wydarza się naprawdę klimatyczny horror. W formie dojmująco klasyczny, w treści mający w sobie niezwykłą tajemniczość.

“Widmowy kochanek” jest klasyczny jeszcze bardziej. Przynajmniej z pozoru, bo autorka tak przestawia akcenty, że w pozornie zwyczajną opowieść o rodowych duchach udało się wpleść mnóstwo świeżości. Zachwyca przede wszystkim kreacja Alice Oke, chorowitej i dziwacznej pani domu, która podobnie jak bohaterka “Dionei” ma w sobie coś z femme fatale Grabińskiego, ale w przeciwieństwie do jego mrocznych antagonistek, te Lee są o wiele bardziej upodmiotowione, o wiele bardziej ludzkie i prawdziwe. Nie stanowią manifestacji przedziwnych, nieznanych nam sił, ale siły te są składową ich osobowości.

Dalej muszę opowiedzieć o “Szatańskim głosie”. Tak jak w poprzednich tekstach szukałem Grabińskiego, tak w tym oniryczna atmosfera w kilku fragmentach – i z niewielką dozą przesady – przypominała mi nieco Lyncha. Mam wrażenie, że Lee gra w tym utworze przede wszystkim dźwiękiem i światłem. Wyobrażam sobie, że w rękach dobrego reżysera mogłaby z tego wyjść kapitalna ekranizacja. Nie wiem, czy dałbym to w ręce wyżej wspomnianemu, czy Jamesowi Wanowi, czy Svankmajerowi, ale wiem, że dźwięk musiałby grać w tej ekranizacji główną rolę. Lee buduje nim niesamowitą historię, w której senny nastrój miesza się z narastającą nerwowością narratora, który próbuje skomponować symfonię, będąc prześladowanym przez głos dawno zmarłego, genialnego śpiewaka. Atmosfera finału tego tekstu jest niesamowita.

Vernon Lee daje mi o wiele więcej niż się spodziewałem. Człowiek przeczytał w życiu tyle przeróżnych klasycznych ghost stories, że wydaje mu się, że każda kolejna to będzie to samo, że zmieni się tylko scenografia i aktorzy, ale grać będą według tego samego skryptu. W “Nawiedzeniach” nie ma żadnej rewolucji, nie rozwala się sceny w proch, ale widać że to dobrze przygotowane widowiska. Po lekturze nie czuje się zmęczenia, tylko ma się ochotę na więcej. “Nawiedzenia” to dla fanów klasyki grozy lektura obowiązkowa. Vernon Lee korzysta z ogranych setki razy motywów, ale podobnie jak u Onionsa, jest w tym niespodziewana świeżość i wyczucie. Bardzo przyjemna lektura!

  • Autor: Vernon Lee
  • Przekład: Katarzyna Maciejczyk
  • Wydawca: C&T
  • Data publikacji: 2018-10-02
  • Cena: 23,00
  • Format: s. 168
  • Seria: Biblioteka Grozy
  • Opis z okładki:
    Pseudonim Vernon Lee przybrała dla swej twórczości brytyjska pisarka Violet Paget (1856-1935). Pisała sporo - cenione są jej studia z zakresu historii sztuki, estetyki i psychologii. Jest także postacią znaczącą w historii feminizmu. Jednak to jej późnowiktoriańskie opowieści grozy najbardziej przetrwały próbę czasu i są dzisiaj wznawiane w różnych antologiach i osobnych wyborach. Tom czterech nowel „Nawiedzenia” był wydany w Londynie w 1890 roku. I gdyby szukać wspólnego punktu tych opowieści, to - jak zauważają krytycy -duchy w tych historiach są przedmiotem pożądania, zwykle śmiertelnym.