Incognito: Wrogowie moich wrogów

Piotr Czarnecki, Łukasz Ciżmowski

Incogito powraca… Zamaskowany bohater walczący o sprawiedliwość, a prywatnie okropny niezguła, trafia w sam środek mrocznej i śmiertelnie niebezpiecznej intrygi. Czyli w skrócie: szybka akcja, gęstniejący (chociaż z wolna) mrok oraz ostatecznie więcej pytań niż udzielonych na nie odpowiedzi.

Incognito – Wrogowie moich wrogów, to drugi tom komiksowej serii autorstwa Piotra Czarneckiego (scenariusz) i Łukasza Ciżmowskiego (rysunki) opowiadającej o Pawle K. – życiowym nieudaczniku, który jednocześnie realizuje się w walce ze złem jako Incognito. Pragnących poznać lepiej genezę bohatera odsyłam do recenzji tomu pierwszego, gdzie opisana jest ona w znacznie bardziej szczegółowy sposób.

Historia zawarta w niniejszym tomie jest praktycznie bezpośrednią kontynuacją osi fabularnej zawartej w poprzednim. W odróżnieniu jednak od jego „rwanej” narracji, tym razem autorzy oferują opowieść w zasadzie zamkniętą. Do miasta trafia paczka adresowana do Barona. Zamiast wylądować w jego rękach zostaje zrabowana przez nieznanego sprawcę. Ta z pozoru błaha sprawa wprowadza jednak niemały zamęt w mieście powodując wojnę gangów. Oczywiście w całej tej sytuacji nie mogło by zabraknąć Incognito oraz jego pomocników, którzy po części kierując się poczuciem sprawiedliwości a po części ciekawością, dążą do jej wyjaśnienia.

Fabularnie ta część plasuje się wyżej od poprzedniczki. Sprawia wrażenie bardziej przemyślanej, nie przeskakuje nagle z jednej sytuacji do kolejnej, dezorientując czytelnika. To także zasługa obranej formy, czyli zamknięcia w ramach opowieści pewnej konkretnej historii osadzonej na pewnej głównej osi fabularnej, która się dopiero wyłania.

Narracja płynie szybko, jest sporo walki i strzelania oraz całkiem dużo dobrych dialogów do poczytania. Najważniejsze jest jednak to, że wizja Czarneckiego intryguje i wciąga, chociaż sama w sobie nie jest niczym nowym – fabuła, jak i kreacja świata czy bohaterów to w znacznej mierze kalki z popkultury, klasyków filmowego horroru i kina noir. Jedyne, co mógłbym zarzucić fabule, to fakt, że jest ona niestety przewidywalna. Z drugiej zaś autor ma tendencję do tworzenia kolejnych zagadek i wprowadzania nowych bohaterów, więc pozostaje po lekturze uczucie, iż mamy cały czas do czynienia z obszernym wstępem, że to dopiero rozbieg przed główną fabułą.

Jeśli chodzi o kreskę Łukasza Ciżmowskiego, to można zaobserwować delikatną tendencję zwyżkową. Nadal mógłbym powtórzyć zarzuty odnoszące się do pierwszego tomu, takie jak pewna niestaranność czy szwankująca dynamika starć. Tym razem jednak kreska na większości plansz jest staranna, tła oraz mimika twarzy postaci zdecydowanie bardziej dopracowane. Oby tak dalej, zwłaszcza, że Ciżmowski ma kreskę charakterystyczną, łatwą do zapamiętania i rozpoznania. Cały komiks, poza średniej urody okładką, pozostaje czarno-biały, co stanowi jego niezaprzeczalny atut, podkreślając specyficzny mroczny i „brudny” klimat.

Reasumując: druga odsłona przygód Incognito to krok do przodu dla serii pod niemal każdym względem. Nie jest to pierwsza liga polskiego komiksu, ale też nie wiem, czy ta seria do niej aspiruje. To raczej udana i ciekawa wprawka młodych twórców, którzy tak naprawdę już potrafią opowiadać niezłe historie. Osobiście czekam na więcej – jestem po prostu ciekaw, jak się to wszystko dalej potoczy.