Egzorcysta

William Peter Blatty

Ostatnie pogłoski o prawdziwych satanistach słyszałem, jak sądzę, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, ale może wtedy zasłyszane historie o czarnych mszach i odwróconych krzyżach robiły na mnie po prostu wielkie wrażenie przez wzgląd na mój ówczesny wiek. Obecnie temat wydaje się już być niemal zupełnie oswojony i pozbawiony dreszczyku. Black metal mniej kojarzy się z paleniem kościołów, a bardziej z latte w Starbucksie, zaś sataniści nie rozgrzebują cmentarzy, tylko zbierają bibliofilskie edycje dzieł Crowleya. W kontrkulturze poprzesuwały się akcenty. Egzorcyzmy też wydają się robić mniejsze wrażenie, nie warto nawet liczyć wszystkich filmów wyżymających ten temat do ostatniej kropli i tropicieli diabła, którzy strywializowali go na amen, doszukując się go w najbardziej niedorzecznych dziełach kultury.

Wszyscy to oczywiście wiecie i nie piszę tu nic nowego, ale ten wstęp potrzebny był do uwypuklenia faktu, iż „Egzorcysta” Blatty’ego, mimo posiadania blisko pięćdziesięciu lat na karku i mimo grania dorżniętymi w kolejnych latach motywami to nadal znakomita powieść. Fabułę pewnie też już znacie z filmu, na potrzeby którego również ją zaadaptował sam Blatty. Jednak sięgając po nowe wydanie Vesper nie warto się tym przejmować – gdzie indziej leży siła tej powieści.

To, co początkowo brane było za drobne zaburzenie i próbowano leczyć psychiatrycznie, w trakcie rozwoju fabuły eskaluje w zjawiska nadnaturalne, które swoje źródło mają w piekle. Do walki z demonem gnieżdżącym się w ciele córki głównej bohaterki, przystępuje duchowny, który sam początkowo nie daje wiary w spirytualny charakter zjawiska. Prawie zawsze tak to wygląda w podobnych horrorach i pewnie niewiele się w tym temacie zmieni, niemniej Blatty potrafi budować detale. Pieczołowicie tworzy bazę, z której ma się rozwinąć uczucie niepokoju. Znakomite są dialogi między wzorowo skonstruowanymi bohaterami, oszczędza się czytelnikowi trywialnych scen pornograficznego seksu (a przecież znalazłaby się ku temu niejedna okazja) czy nadmuchanego do przesady gore i usilnych prób złapania czytelnika na tanie chwyty. Blatty operuje nastrojem oszczędnie, jest daleki od nadmiaru, pozwala historii rozwijać się powoli, nawet w finale powstrzymując się od bombastycznych scen i jarmarcznej przesady. A przy tym powieść czyta się z lekkością, której szukalibyście w literaturze wagonowej, ale której nigdy byście w niej nie znaleźli.

Czy jednak „Egzorcysta” jest horrorem wybitnym? S.T. Joshi twierdzi, że kultowy charakter powieść Blatty’ego otrzymała niejako z przypadku, a jej miejsce w historii mogła równie dobrze inne dzieło, które miało mniej szczęścia, a nie ustępuje mu jakością. „Egzorcysta” jednak jest dobrą książką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Uciekającą od pulpy i napisaną ze smakiem. To taki horror, jaki moglibyście polecić znajomym, by pokazać gatunek z jak najlepszej strony, przy tym bez uciekania się do hermetycznych dzieł, które raczej odstraszą niedzielnych amatorów i bez wracania po raz setny do Stephena Kinga. Nie ma podstaw, by nie nazwać tej powieści klasyką.

  • Autor: William Peter Blatty
  • Tytuł oryginalny: The Exorcist: 40th Anniversary Edition
  • Przekład: Dagmara Chojnacka, Jan Kałuża
  • Wydawca: Vesper
  • Data publikacji: 2017-04-11
  • Format: s. 360
  • maszynistaGrot

    Film zrobił swoje. W tym roku przeczytałem pierwszy raz „Egzorcystę” i jednak poczułem lekki niedosyt – myślę, że przez te wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to film zrobił na mnie ogromne wrażenie i teraz trudno było czymś zaskoczyć.

    Czy klasyka grozy? Sam pomysł, fabuła na to zasługuje, nie spotkałem się wcześniej z czymś takim. Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że nie jest to rasowy horror, który by się czytało z wypiekami na twarzy do początku do końca, ale być może przez to zyskuje, gdy natęża się kulminacyjny moment akcji, poprzez wcześniejsze ‚uśpienie’ uwagi czytelnika obyczajowymi aspektami. To trochę podobne do „Dziecka Rosemary”, książki, które nie wszyscy wielbiciele grozy zaliczą do tego gatunku, a jednak stały się jednymi z najbardziej znanych tytułów. Ja osobiście jednak dużo wyżej sobie cenię „Dziecko Rosemary”. Więcej tam powagi, nastroju szatańskiego, licującego z powagą opisywanych zdarzeń. W „Egzorcyście” to powiem szczerzę, że w pewnym momencie byłem zniesmaczony tymi wygłupami opętanej.