Stomirowski: Pozdrowienia z Hawany

Rozgadaliśmy się i nikt nie zauważył, że Olejarski gdzieś zniknął. Nagle wrócił – stanął w drzwiach z karabinem wymierzonym w Stomirowskiego. Mieliśmy przydzielonego takiego starego mosina z długą lufą, chyba jeszcze z ubiegłego stulecia, którego zarząd dał nam dla ochrony cmentarza. Jurasz pobladł jeszcze bardziej, schwycił szybko butelkę ze stołu i schował ją za plecami. Niemal w tej samej chwili Olejarski wystrzelił: kula utkwiła w ścianie, prysnęło tynkiem i zaprawą. Stomirowski flegmatycznie strzepnął biały pył, który osiadł mu na ramieniu.

– Przepraszam, panie hrabio… – Jurasz zaczął sumitować się za wyskok swojego podwładnego, ale Stomirowski przerwał mu łagodnie:

– Daj spokój, Tolek. Młody jest, to narwany. Gdyby mnie od ludzi tylko takie przykrości spotykały…

Szarzało. Spojrzałem w okno, widać już było kontury najbliższych krzyży. Stomirowski poruszył się niespokojnie:

– Czas na mnie – oświadczył. Podszedł do wiszącego na ścianie lustra i wyjął ołowiany grzebień, aby uczesać i przyczernić włosy.

– Niech to diabli, zawsze o tym zapominam – zreflektował się, zerkając w głąb zwierciadła. Odbijała się w nim cała nasza mała izdebka, no i my sami – poza Stomirowskim. Hrabia pochylił się nad swoim wyczyszczonym do połysku bucikiem i przeglądając się w nim poprawił pośpiesznie swój wygląd.

– Podejdź, chłopcze – zwrócił się życzliwie do Olejarskiego, który ciągle jeszcze trzymał w rękach karabin. – Jak się nazywasz?

Nasz współpracownik zająkując się wymienił swoje nazwisko.

– Ach, tak? – Stomirowski nie ukrywał zaskoczenia. – Herbu Gozdawa może? Znałem kiedyś Kazimierza Olejarskiego, był subdelegatem grodzkim krakowskim. Tyś może z tej linii?

– Nie, pochodzę z innej gałęzi – odburknął wściekle Olejarski, oburzony do głębi, że ktoś śmie przypisywać mu związki ze zdegenerowaną arystokracją.

– W to, że z gałęzi, chętnie uwierzę – mruknął Stomirowski, przyglądając się cofniętemu i niskiemu czołu Olejarskiego, jego wydatnym szczękom oraz gorylej sylwetce grabarza.

Odtąd trzymaliśmy sztamę. Co pewien czas hrabia zaglądał do nas, o wiele rzadziej my wpadaliśmy do niego z rewizytą – w stróżówce było jednak przytulniej niż w krypcie, sam Stomirowski to przyznawał. Olejarski trzymał język za zębami, zresztą wkrótce znalazł sobie inne zajęcie, a potem wyjechał z miasteczka na budowę Nowej Huty – kwalifikacje miał odpowiednie, łopatą umiał machać całkiem wprawnie. Mieliśmy spokój: władze, które wierzyły wtedy we wszystkie najbardziej bzdurne, wyssane z palca donosy, nie potrafiły jednak dopuścić myśli, że w miasteczku grasuje wampir. To nie mieściło się w ciasnych ramkach materialistycznego światopoglądu. I tak Ruscy i ich sługusy sami złapali się we własne sieci: z jednej strony wiedzieli, że mają do czynienia z istotą nadprzyrodzoną, z drugiej natomiast nie mogli oficjalnie przyznać się do tego. Wyobrażasz sobie, co by się działo, gdyby dowódca sowieckiego garnizonu w naszym miasteczku powiadomił swoich zwierzchników, że ma problemy z polskim wampirem? Toż by się Rokossowski zdziwił, a potem odprawił takiego na białe niedźwiedzie albo i do czubków kazał odwieźć! Więc Ruscy z naszego miasteczka zaczęli kombinować, jak tu sobie poradzić samemu z tą sprawą. Wiosną 1950 roku Stomirowski trochę poszalał: w ciągu paru tygodni z jednostki ubyło trzech czerwonoarmistów. Jakby umyślnie Ruskich prowokował. Miarka się przebrała, bo akurat w garnizonie pojawił się nowy lejtnant kontrwywiadu, niejaki Skwarcow. Chłop był potężny, przy tym niegłupi, a także, to trzeba przyznać, na swój sposób odważny. Niewiele czasu potrzebował, aby połączyć ze sobą wszystkie ogniwa dotyczące zagadkowego znikania w naszym miasteczku żołnierzy z tutejszej jednostki Armii Czerwonej.

Tamtego wieczoru przyszli we dwójkę – Skwarcow zabrał ze sobą porucznika Jakuszewa z bezpieczeństwa, formalnie Polaka, a faktycznie jakiegoś odszczepieńca, który po naszemu ledwie mówił, za to z rosyjskim nie miał najmniejszych kłopotów. Zapewne sowiecki kontrrazwiedczyk zdawał sobie sprawę, że asysta całej kompanii niewiele by mu pomogła, a w razie niepowodzenia nie zdołałby uniknąć kompromitacji. Wziął więc tylko zaufanego towarzysza. Skwarcow, ubrany po cywilnemu, w szerokich spodniach z gabardyny i nylonowej kurtce, uszytej z amerykańskiego spadochronu, wielki jak syberyjski niedźwiedź, z trudem wgramolił się do naszej małej stróżówki.

– Stamirowskij, on gdie pacharonien? – zapytał bez ceregieli. Jurasz leżał wtedy chory na grypę, kazał mi więc zaprowadzić ich do grobowca hrabiego. Poszliśmy. Skwarcow maszerował długim, zdecydowanym krokiem, za nim truchcikiem podążał Jakuszew, był bowiem o wiele niższego wzrostu. Zastanawiałem się, czy nie spróbować wywieść w pole. Moją rozterkę zakończyło nieoczekiwane pojawienie się Stomirowskiego. Nagle ni stąd ni zowąd wyrósł pośrodku wąskiej alejki wysadzonej cyprysami. Ledwie go poznałem.

Wyglądał jak rozjuszona bestia rodem z piekła. Potężne kły sterczały mu niczym szable dzika, źrenice miotały płomienie. Hrabia z rozczapierzonymi pazurami zbliżał się do obu intruzów.

Skwarcow, trzeba przyznać, ocknął się z zaskoczenia prędzej niż ja, jednym ruchem wyszarpnął spod kurtki nagan i wystrzelił. Kula trafiła hrabiego w pierś, ale Stonimirski nawet nie drgnął. Wiedziałem, że nie można go było zranić w zwyczajny sposób, lecz zdziwiłem się, bo potężna uderzenie pocisku nawet nie zachwiało dość przecież niewielką posturą arystokraty. Zauważyłem, że hrabia jest zupełnie trzeźwy. Skwarcow strzelał raz po raz, a kule plaskały tylko w zetknięciu z ciałem wampira i spadały na ziemię jak martwe owady.

Stomirowski wykrzywił twarz w upiornym, złośliwym i zarazem pełnym triumfu uśmiechu.

Skwarcow odrzucił nieprzydatny już rewolwer i zasłaniając desperackim gestem twarz wyrwał za pazuchy wielki prawosławny krzyż, taki z trzema poprzeczkami.

– To nie ten wzór – powiedział cicho Stomirowski. Seplenił trochę, najwidoczniej przeszkadzały mu te wielkie kły. Skrzywił się pogardliwie i odezwał lekceważąco, nie objawiając najmniejszej chęci nawiązania dialogu w duchu ekumenii: – Tym możesz straszyć swoich czubaryków na Nowodiewiczom Kładbiszcze. Albo tego łysego upiora, co to go trzymacie na pokaz w szklanej trumnie.

Naraz zwinnie podskoczył do Skwarcowa i wymierzył mu siarczysty policzek. Na tyle silny, że głowa Rosjanina spadła w mgnieniu oka z potężnego karku i potoczyła pomiędzy groby. Hrabia błyskawicznie odwrócił się w stronę skamieniałego ze zgrozy Jakuszewa. Zdekapitowane ciało Skwarcowa runęło na wznak, wyrzucając z siebie krwawą fontannę. Stomirowski, który uwielbiał przedstawienia i kiedyś regularnie bywał na premierach w Operze Lwowskiej, z teatralnie wyciągniętym ramieniem zbliżył się do struchlałego ubeka i przeciągnął pazurem po jego szyi. W mgnieniu oka otworzyła się w tym miejscu wielka rana, do której Stomirowski wsunął dłoń, coś tam chwycił, szarpnął i wyrywał jednym sprytnym ruchem całą tchawicę. Wyglądała jak oślizły, ohydny wąż, toteż hrabia odrzucił ją ze wstrętem. Z rozciętego gardła ubeka buchnęła spieniona, jasnoczerwona krew, omal nie ochlapując trzewików wampira, ale hrabia, widząc to niebezpieczeństwo, w porę zręcznie odskoczył. A potem wraził swoje smukłe palce w pierś Jakuszewa i wyrwał mu serce. Drgający jeszcze mięsień obejrzał z dużą ciekawością, po czym cisnął go w pobliskie krzewy. Wycierając ręce o biały trencz ubeka, wijącego się w agonii na murawie, hrabia mrugnął do mnie porozumiewawczo:

– Nie martw, do rana nawet śladu nie będzie po tej jatce.

Rzeczywiście, ciał Rosjanina i Polaka-renegata nigdy nie znaleziono. Skwarcowowi postawiono symboliczny nagrobek – ten ostatni na sowieckiej kwaterze. Odtąd Ruscy więcej nas nie nachodzili, chociaż hrabia swoim zwyczajem wciąż wypuszczał się na nich od czasu do czasu. Zdaje się nawet, że u nich w dowództwie ktoś tam nawet domyślał się, co tak naprawdę dzieje się w tutejszym garnizonie. Celowo posyłano do nas najgorszy element z całej Bolszewii licząc zapewne na to, że nasz wampir zrobi z tymi wyrzutkami porządek. Istotnie, Stomirowski czasami stawał na wysokości zadania. Ale interesowali go tylko skończeni łajdacy oraz czciciele sierpa i młota. Nigdy nie zdarzyło się, aby tknął dysydenta.

Po śmierci Jurasza przejąłem opiekę nad Stomirowskim. Niejedną noc spędziliśmy w jak najlepszej komitywie na ciekawych rozmowach. Oczywiście tylko we dwóch, zawsze przy flaszce. Hrabia, niestety, ciągle folgował nałogowi, w jakie wpędziła go upodobanie do krwi „wyzwolicieli”.

Kiedy Maciejczyk skończył swoją opowieść, milczałem długo wpatrując się w ścianę, na której wyraźnie widniał ślad po kuli, niegdyś wystrzelonej przez Olejarskiego.

– Kiedyś to zagipsowałem – powiedział Maciejczyk – ale z czasem gips wykruszył się.

– No, dobra – powiedziałem wreszcie – przecież parę lat temu Ruscy wynieśli się od nas?

– Tak, to był pewien problem– westchnął stary grabarz i zamyślił się. – Stomirowski od czasu do czasu musiał przecież sobie zapolować. Hrabia rozmyślał, czy nie zabrać się z Rosjanami. W końcu trudno zmienić swoje przyzwyczajenia, ostatecznie więc jednak Stomirowski zmienił plany. „Wiesz, zawsze marzyłem o dalekich podróżach – zwierzył mi się. – Ale w moim przypadku nie jest to łatwe. Czytałeś ‘Drakulę’, pamiętasz zatem, ile zachodu wymagało dotarcie z Transylwanii do Anglii. Te trumny z ziemią, szkuner bez załogi, przebieranie się za wilka… To już nie na moje lata…” No, ale w końcu jakoś dało się to załatwić. Są przecież biura podróży, z którymi zawsze można się dogadać. Teraz jest taka konkurencja, że zrobią wszystko, aby tylko złapać klienta.

I Maciejczyk wskazał pocztówkę zatkniętą za ramę starego lustra – tego samego, w którym pół wieku temu hrabia Stomirowski na próżno starał się ujrzeć własną postać. Widziałem już wcześniej tę kartkę, ale nie zwróciła mojej uwagi – tkwiła pośród kolorowego wachlarza kilkunastu innych widokówek. Teraz wziąłem ją i obejrzałem: widoczek przedstawiał zalaną słońcem plażę w Hawanie i błękitne morze. Na odwrocie czyjaś wprawna ręka niedzisiejszym, przepięknym charakterem pisma skreśliła parę słów pozdrowień. Poniżej znajdował się dopisek: „Jakoś trudno mi przestawić się na rum. Twój szczerze oddany – W. hr. S.”