Otello – Rok Pański 2009

Cthulhu and R'lyeh

AKT II

Niby opanowanie, ale stopniowo coraz to szybszym krokiem wkroczyłem w część korytarza gdzie oprócz Sali terapii i niewielkiego holu ze stołem bilardowym, znajdowały się głównie gabinety personelu oddziału. Straciłem swoją początkową pewność, gdy usłyszałem za swoimi plecami głos pielęgniarki oddziałowej:

– A dokąd to się młodzieniec wybiera z tym widelcem?

– Ale…

– Niewyraźnie mówiłam, że jemy tylko na stołówce? – nie dała mi dopowiedzieć. – Z resztą… – zostawiła sobie chwilę namysłu. – … gdzie tu pana zagnało? Sale chorych są w przeciwną stronę.

Podeszła bliżej.

– A co ta ręka tak drży zaciśnięta? – wyrwała mi z dłoni widelec i przyjrzała się uważniej trzem drobnym zranieniom na moim przedramieniu.

– To nic takiego. – stwierdziłem zachowawczo i naciągnąłem mocniej rękaw bluzy.

– Oj, nie, nie, mój drogi, tak przyjemnie to nie będzie… – chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w kierunku gabinetu ordynator.

– Niech mnie pani zostawi! – wyrwałem się spod uchwytu i odskoczyłem za narożnik stołu bilardowego.

Całe zajście musiało być nie lada atrakcją, gdyż zgromadziliśmy na sobie kilka spojrzeń zarówno osób przechodzących korytarzem, jak i wyglądających przez próg kuracjuszy. Drzwi od pokoju terapeutek uchyliły się z cichym skrzypnięciem, rzucając jednocześnie snop światła na przeciwległą ścianę. Minęła zaledwie chwila, zanim otworzyły się na oścież, ukazując sylwetki dwóch pań psycholożek. Ewidentnie, musiały coś słyszeć, ponieważ z momentem wyjścia na hol skończyły pogadankę o niedoskonałościach zapracowanego męża jednej z nich, zwróciły natomiast uwagę na to, co się wówczas działo. Pierwsza podjęła temat pani Małgosia – moja osobista terapeutka – młoda, niewysoka, szczupła co bądź szatynka o sympatycznym uśmiechu:

– A co tu takie niesnaski mamy? – zapytała ostrożnie.

– Proszę popatrzeć! – wyrwała się oddziałowa wykrzywiając mi rękę. – Próbował się pociąć. Całe szczęście, że na czas go złapałam. – zapowietrzyła się, ani na chwilę nie przestając wymachiwać „moim” widelcem kolejnym osobom przed nosem.

– No panie Michale… tego się po panu nie spodziewałam…

– Może ktoś dałby mi dojść do głosu… – spróbowałem się wtrącić.

– Ale co tu chce pan jeszcze wyjaśniać? – odwróciła się oddziałowa na pięcie. – Nie omieszkam się poinformować o wszystkim ordynator. – dodała wracając do położonej przy stołówce dyżurki.

W międzyczasie za plecami moich rozmówczyń pojawiła się stażystka, swoimi ruchami absorbując całą moją uwagę.

A nie mówiłem że cię pragnie? Martwi się o ciebie…

 

Porażony tym głosem, usiadłem na krzesełku czując jak moja prawa noga drży w rytmicznych stąpnięciach, a dłonie stają się wilgotne od potu.

Spójrz tylko w te piękne czarne węgliki. To jest piękno, a ty chciałeś to piękno

zniszczyć… oszpecić… Tylko dlaczego?

– Teraz ma pan okazję się nam wytłumaczyć, panie Michale! – miły aczkolwiek nieco piskliwy głos drugiej psycholożki wyrwał mnie z letargu.

– Tak, tak… rzeczywiście… – zacząłem. – Chciałem jedynie zjeść u siebie na sali. Tutaj przyszedłem się przewietrzyć.

– Do palarni? To sobie wybrał pan miejsce…

– Ale na świeżym powietrzu, a od dobrej chwili nikt tam nie kopcił.

– No dobrze, a co z ręką?

– Nic takiego, drobne skaleczenia… – odparłem możliwie spokojnym tonem. – Nerwowy jestem dzisiaj, siostra nie chciała mi podać wszystkich proszków.

Psycholożka spojrzała wymownym wzrokiem i ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Będziemy mogli pogadać w tym tygodniu?

– Oczywiście! Czekam na pana, tradycyjnie, w czwartek po zajęciach. – spojrzała nieobecnym wzrokiem w zakratowane okno. – Chyba że jest coś pilnego, o czym nie wiem, to możemy się spotkać wcześniej. Wytrzymasz? – ponownie spojrzała na mnie.

– Może być. Myślę, że sobie poradzę do czwartku… Dziękuję.

– Proszę bardzo. – odrzekła z uśmiechem pani Małgosia i dołączyła do odchodzących koleżanek po fachu.

No pewnie. Jeszcze jedno spojrzenie za Agnieszką. Co za figura… I jak echo:

A ty chciałeś to zniszczyć

– No i na co się tak gapicie? Koniec przedstawienia. – towarzystwo się rozeszło, został tylko Piłat i pojebany Adaś. – Wypierdalać! Dotarło?

Kiedy zostałem sam na holu, skierowałem się do gabinetu ordynator Chojnackiej. Obite skóropodobnym materiałem, bodajże skajem, drzwi w swym odcieniu raziły kiczowatym zestawieniem barw. Zamknięte. To znaczy, że doktor mnie prędzej znajdzie… Nie będąc do końca pewnym czy jest to dobry zwiastun, wróciłem do swojej, pustej tym razem, sali. Położyłem się na plecach na nieposłanym, twardym łóżku, nietwórczo analizując podłużne pęknięcia farby na suficie. Po upływie bliżej nieokreślonego czasu (mogło to być zarówno piętnaście minut, jak i dwie godziny) w progu ukazała się sylwetka ordynator.

– Właśnie słyszałam, co pan nawyczyniał. Ale na pana szczęście, wstawiły się za panem panie psycholożki, a i dla stażystki była to przyzwoita lekcja… Nadal czuje pan niepokój?

– Już sam nie wiem, ale myślę że przed snem dobrze by mi zrobiła tabletka.

– To proszę bardzo. I proszę na przyszłość unikać takich szaleństw… – rzekła zbierając się do odejścia.

– Mogłaby pani jeszcze zapalić światło? Strasznie tu ciemno przy zasłoniętych oknach…

Bez słowa spełniła prośbę i wyszła na korytarz. Niedługo później, zasypiając, myślami zawędrowałem do kaplicy karmelitów pod wezwaniem świętego Józefa przy Racławickiej. I tam, klęcząc, żałowałem (mimo że Ksiądz zapewniał mnie że nie grzeszę) za to, jak bardzo byłem naiwny by bez powodu zabić drugiego człowieka…

 

Natrętny dźwięk dzwonka brutalnie przerwał ciszę, zwiastując tym samym pobudkę. Rozwarłem powieki, po chwili jednak zmrużyłem oczy porażony jaskrawym światłem słonecznego poranka płynącym zza zakratowanych okien. Specyficzne doświadczenie potęgowały lśniące szpitalną bielą ściany, a szpecące miast upiększać odklejone scenki rodzajowe z wolna powiewały poruszane lekkim przeciągiem. Przetarłem zaropiałe oczy i leniwie podniosłem głowę by rozejrzeć się po izbie. No tak. Rudy kurdupel z tatuażem leży w kącie, Sebastian powoli się rozbudza, a pojebany Adaś dalej pierdzi w pościel jak wcześniej.

Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje i błogosławiony owoc żywota Twojego – Jezus. Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.

Przeżegnałem się szybkim ruchem dłoni i zerwałem z łóżka do łazienki celem porannej toalety. Opłukując twarz przy mdłym świetle niskowatowej żarówki usłyszałem wchodzącego sanitariusza. Krótko ostrzyżony, aby nie rzucały się w oczy postępujące zakola, w gustownym zielonym fartuchu, bez skrupułów wtargnął do pomieszczenia.

– Wstawać! – burknął. – Lenie pierdolone…

I wyszedł. Nie czekając na resztę, przebrałem się i wyszedłem na korytarz. Pokój z numerem piątym znajdował się na początku oddziału po prawej stronie, podczas gdy stołówka i gabinet zabiegowy (gdzie była również dyspozytornia leków) na rogu skrzydła. Jedzenie na F-9 nie należało do najgorszych. To trzeba przyznać. Ja jednak nie miałem ochoty na posiłek, dlatego od razu ustawiłem się w kilkuosobowej kolejce do gabinetu zabiegowego by przyjąć poranną dawkę medykamentów. Tymczasem na pusty dotąd korytarz zaczęli wylegać pacjenci. Z rana chodził ten co zwykle Piłat, który zdawał się przemierzać kilometry podążając za urojonymi przyjaciółmi w drodze ze swojej sali na skrzydle, praktycznie pod gabinet ordynator. Kolejka wzbierała na liczebności, gdyż zaczęli dołączać do nas ci, którzy zmierzyli się już ze śniadaniem. Trzeba było jednak ćwiczyć cierpliwość w oczekiwaniu na pielęgniarki, które najwyraźniej postanowiły delektować się dymkiem.

Gdy przyszła na mnie kolej, okazało się że jest coś nie tak:

– A pan po co przyszedł? Nie mam nic dla pana.

– No tradycyjnie, siostro…

– Bez matactw! Co bierzesz?

– 800 mg Solianu i 4 mg Akinetonu.

– Tak, i co jeszcze? Kto ci, synku, taką dawkę zapisał?

– Doktor Chojnacka.. I jeszcze prosiłbym o coś na uspokojenie…

– Patrzcie go! Niepokoje ma! Bierz ten Solian i nie blokuj kolejki… A ja jeszcze zadzwonię do lekarza i się dowiem czy oby na pewno nie kręcisz…

Tym samym dostałem tylko część koniecznych prochów, ale najważniejsze że neuroleptyk dała we właściwej ilości. Do zajęć pozostało jeszcze jakieś pięć minut, więc zdążę wskoczyć do pokoju. Zajrzałem do szuflady aby sprawdzić, co nowego na komórce. Dwa nieodebrane. Oddzwonię. Trzy sygnały…

– Cześć tato! Dzwoniłeś?

– I to nie raz. Czemu nie odbierasz?

– Oj, zostawiłem telefon w szafce…

– To ty tak nie zostawiaj bo ci się ktoś w końcu dobierze… Śniadanie jadł?

– No pewnie! Już po. Słuchaj, zadzwoń za jakieś pół godziny, bo ja teraz mam zajęcia.

– Ok., w porządku.

– Trzymaj się! Cześć!

Rudy kurdupel przewrócił się na drugi bok, Sebastian doprowadził się do ładu i czekał na mnie na korytarzu, a pojebany Adaś coraz głośniej pojękiwał o karton soku.

– Byś się zamknął i nie ujadał! Płaczesz jak małe dziecko zamiast ruszyć wreszcie te leniwe dupsko i pójść do sklepu…

W sali terapii rozsiedliśmy się wygodnie na pufach. Ale kto to? Nowa psycholożka. Stażystka. Jaka ona piękna… Brunetka, idealne wcięcie w talii… O, i ćwiczenie ma ze mną wykonać. I głos nawet przyjemny. O tak, to spojrzenie w oczy, piękne dwa węgliki… Agnieszka. Zapamiętam ją na długo. Myślę, że mnie polubiła , bo ja ją bardzo… Mówiła do mnie w trakcie zajęć a ja upajałem się każdym słowem, chłonąłem wszystkimi zmysłami. Te perfumy…

Wróciłem do pokoju i wtedy zaczęły się szepty.

I czego po tym oczekujesz? Nie dbaj o to. To tylko zauroczenie.

Ona cię kocha, nie dostrzegasz tego? Jest twoja, powiedz tylko słowo.

Zobacz jak na nią patrzą… Chcą ci ją odebrać, a ona jest twoja, tylko twoja… Czy ty tego nie widzisz że ona cię zdradza, kpi z ciebie, rani doszczętnie, a ty to cierpliwie znosisz?

Jest z tobą? Będzie z każdym z nich, jeśli czegoś nie wymyślisz…

 

Cisza! Kurwa, cisza! Nie chcę tego słuchać! Ręce się trzęsą, drgawki przechodzą całe ciało… To co słyszę budzi we mnie odrazę. Chwila, która minęła, była potrzebna by dostrzec, że sprzątaczka zamiast czynić swoją powinność wnikliwie mnie obserwuje.

– No i na co pani tak patrzy?

– A nic, nic… ja tu tylko sprzątam… – rzuciła i uśmiechnęła się do siebie przekonana o własnej elokwencji.

Zabij ją, zabij – ona więcej cię nie zdradzi, chociaż chciałaby… Widzę to w jej oczach…

Chwyciłem widelec, schowałem roztrzęsioną ręką do rękawa i wybiegłem na korytarz.

– No co pan taki nerwowy? Podłogę zmyć tylko chciałam.

– A da mi pani święty spokój?!

Spokojnym, acz raźnym krokiem skierowałem się do pokoju psycholożek, a zdrętwiała ręka sztywno trzymała zaimprowizowaną broń. A przede mną tylko te piękne oczy…

AKT II

Niby opanowanie, ale stopniowo coraz to szybszym krokiem wkroczyłem w część korytarza gdzie oprócz Sali terapii i niewielkiego holu ze stołem bilardowym, znajdowały się głównie gabinety personelu oddziału. Straciłem swoją początkową pewność, gdy usłyszałem za swoimi plecami głos pielęgniarki oddziałowej:

– A dokąd to się młodzieniec wybiera z tym widelcem?

– Ale…

– Niewyraźnie mówiłam, że jemy tylko na stołówce? – nie dała mi dopowiedzieć. – Z resztą… – zostawiła sobie chwilę namysłu. – … gdzie tu pana zagnało? Sale chorych są w przeciwną stronę.

Podeszła bliżej.

– A co ta ręka tak drży zaciśnięta? – wyrwała mi z dłoni widelec i przyjrzała się uważniej trzem drobnym zranieniom na moim przedramieniu.

– To nic takiego. – stwierdziłem zachowawczo i naciągnąłem mocniej rękaw bluzy.

– Oj, nie, nie, mój drogi, tak przyjemnie to nie będzie… – chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w kierunku gabinetu ordynator.

– Niech mnie pani zostawi! – wyrwałem się spod uchwytu i odskoczyłem za narożnik stołu bilardowego.

Całe zajście musiało być nie lada atrakcją, gdyż zgromadziliśmy na sobie kilka spojrzeń zarówno osób przechodzących korytarzem, jak i wyglądających przez próg kuracjuszy. Drzwi od pokoju terapeutek uchyliły się z cichym skrzypnięciem, rzucając jednocześnie snop światła na przeciwległą ścianę. Minęła zaledwie chwila, zanim otworzyły się na oścież, ukazując sylwetki dwóch pań psycholożek. Ewidentnie, musiały coś słyszeć, ponieważ z momentem wyjścia na hol skończyły pogadankę o niedoskonałościach zapracowanego męża jednej z nich, zwróciły natomiast uwagę na to, co się wówczas działo. Pierwsza podjęła temat pani Małgosia – moja osobista terapeutka – młoda, niewysoka, szczupła co bądź szatynka o sympatycznym uśmiechu:

– A co tu takie niesnaski mamy? – zapytała ostrożnie.

– Proszę popatrzeć! – wyrwała się oddziałowa wykrzywiając mi rękę. – Próbował się pociąć. Całe szczęście, że na czas go złapałam. – zapowietrzyła się, ani na chwilę nie przestając wymachiwać „moim” widelcem kolejnym osobom przed nosem.

– No panie Michale… tego się po panu nie spodziewałam…

– Może ktoś dałby mi dojść do głosu… – spróbowałem się wtrącić.

– Ale co tu chce pan jeszcze wyjaśniać? – odwróciła się oddziałowa na pięcie. – Nie omieszkam się poinformować o wszystkim ordynator. – dodała wracając do położonej przy stołówce dyżurki.

W międzyczasie za plecami moich rozmówczyń pojawiła się stażystka, swoimi ruchami absorbując całą moją uwagę.

A nie mówiłem że cię pragnie? Martwi się o ciebie…

 

Porażony tym głosem, usiadłem na krzesełku czując jak moja prawa noga drży w rytmicznych stąpnięciach, a dłonie stają się wilgotne od potu.

Spójrz tylko w te piękne czarne węgliki. To jest piękno, a ty chciałeś to piękno

zniszczyć… oszpecić… Tylko dlaczego?

– Teraz ma pan okazję się nam wytłumaczyć, panie Michale! – miły aczkolwiek nieco piskliwy głos drugiej psycholożki wyrwał mnie z letargu.

– Tak, tak… rzeczywiście… – zacząłem. – Chciałem jedynie zjeść u siebie na sali. Tutaj przyszedłem się przewietrzyć.

– Do palarni? To sobie wybrał pan miejsce…

– Ale na świeżym powietrzu, a od dobrej chwili nikt tam nie kopcił.

– No dobrze, a co z ręką?

– Nic takiego, drobne skaleczenia… – odparłem możliwie spokojnym tonem. – Nerwowy jestem dzisiaj, siostra nie chciała mi podać wszystkich proszków.

Psycholożka spojrzała wymownym wzrokiem i ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Będziemy mogli pogadać w tym tygodniu?

– Oczywiście! Czekam na pana, tradycyjnie, w czwartek po zajęciach. – spojrzała nieobecnym wzrokiem w zakratowane okno. – Chyba że jest coś pilnego, o czym nie wiem, to możemy się spotkać wcześniej. Wytrzymasz? – ponownie spojrzała na mnie.

– Może być. Myślę, że sobie poradzę do czwartku… Dziękuję.

– Proszę bardzo. – odrzekła z uśmiechem pani Małgosia i dołączyła do odchodzących koleżanek po fachu.

No pewnie. Jeszcze jedno spojrzenie za Agnieszką. Co za figura… I jak echo:

A ty chciałeś to zniszczyć

– No i na co się tak gapicie? Koniec przedstawienia. – towarzystwo się rozeszło, został tylko Piłat i pojebany Adaś. – Wypierdalać! Dotarło?

Kiedy zostałem sam na holu, skierowałem się do gabinetu ordynator Chojnackiej. Obite skóropodobnym materiałem, bodajże skajem, drzwi w swym odcieniu raziły kiczowatym zestawieniem barw. Zamknięte. To znaczy, że doktor mnie prędzej znajdzie… Nie będąc do końca pewnym czy jest to dobry zwiastun, wróciłem do swojej, pustej tym razem, sali. Położyłem się na plecach na nieposłanym, twardym łóżku, nietwórczo analizując podłużne pęknięcia farby na suficie. Po upływie bliżej nieokreślonego czasu (mogło to być zarówno piętnaście minut, jak i dwie godziny) w progu ukazała się sylwetka ordynator.

– Właśnie słyszałam, co pan nawyczyniał. Ale na pana szczęście, wstawiły się za panem panie psycholożki, a i dla stażystki była to przyzwoita lekcja… Nadal czuje pan niepokój?

– Już sam nie wiem, ale myślę że przed snem dobrze by mi zrobiła tabletka.

– To proszę bardzo. I proszę na przyszłość unikać takich szaleństw… – rzekła zbierając się do odejścia.

– Mogłaby pani jeszcze zapalić światło? Strasznie tu ciemno przy zasłoniętych oknach…

Bez słowa spełniła prośbę i wyszła na korytarz. Niedługo później, zasypiając, myślami zawędrowałem do kaplicy karmelitów pod wezwaniem świętego Józefa przy Racławickiej. I tam, klęcząc, żałowałem (mimo że Ksiądz zapewniał mnie że nie grzeszę) za to, jak bardzo byłem naiwny by bez powodu zabić drugiego człowieka…

Otello – Rok Pański 2009
Przewiń do góry