6 ambitnych horrorów dla niedowiarków

Horror przez wielu uważany jest oczywiście niesłusznie za gatunek, w którym nie powstaje nic ambitnego. Dla przeciętnego czytelnika horror to prymitywna rozrywka, odwołująca się do prymitywnych instynktów i w większości pozbawiona walorów literackich. Oczywiście fani zaraz mogą wymieniać dobrych twórców, którym zależy na stworzeniu czegoś bardziej wyrafinowanego, jednak nawet pośród wielbicieli horroru zdarzają się ludzie przekonani, że prawdziwie ambitny horror nie istnieje. Jasne, że nie istnieje jednoznaczna definicja ambitnej literatury, jednak problemem tutaj jest przekonanie, iż jeśli jakiś utwór nie kopiuje schematu typowego dla przeciętnego horroru, horrorem zwyczajnie nie jest, jakby w bycie horrorem wpisana była sztampowość i prosta fabuła. I tutaj odkrywa się cel przyświecający tej liście: nie znajdziecie na niej najbardziej ambitnych książek nawiązujących do horroru albo romansujących z horrorem czy też po części będących horrorami, ale powieści, którym przynależności do gatunku trudno odmówić. Przy tym wprowadziłam jeszcze jedno kryterium, by stworzyć doskonałą listę polecanek dla malkontentów: każda z tych sześciu książek ma niski próg wejścia, tzn. nie jest zbyt ambitna i nie powinna odstraszać nawet tych, którzy do tej pory czytali głównie Mastertona, a czasem Kinga. W ten sposób daję Wam w ręce ściągę, która przyda się wtedy, gdy ktoś w Waszym towarzystwie zacznie marudzić, że w horrorze to nie ma nic ambitnego albo że ambitny horror skończył się na H. P. Lovecrafcie (stąd też skupiłam się na współczesnych powieściach).

 

„Terror” Dana Simmonsa

terror-dan-simmons

Skute lodem morze, zdana na łaskę załoga dwóch statków, którą nękać zaczyna także potwór. Tyle razy już polecałam tę książkę, że naprawdę trudno mi zrobić to po raz kolejny, nie kopiując fragmentów własnej recenzji. Nagromadzenie szczegółów, będących wynikiem drobiazgowego researchu, z którego słynie Dan Simmons, może przytłaczać, jednak zdecydowanie „Terror” jest wart każdej poświęconej mu minuty. Przy czym „Terror” jest o tyle wdzięcznym punktem niniejszej listy, że nie stroni od brutalności. Krwawe sceny w wykonaniu Simmonsa nie tylko dowodzą, że ambitny horror to nie tylko opowieść niesamowita operująca niedopowiedzeniami, lecz także doskonale współgrają z groźnym środowiskiem, w jakim znaleźli się bohaterowie książki.

 

„Najciemniejsza część lasu” Ramseya Campbella

campbell-najciemniejsza-czesc-lasu

Są nawiedzone domy, są ponure cmentarze, jednak mroczny las zdaje się wywoływać lęki bardziej pierwotne. Ten z powieści Campbella rujnuje życie Lennoxa Price’a, który jest przekonany, że rosnący tam mech ma właściwości halucynogenne. Dla jednych książka, w której „nic się nie dzieje”, dla innych idealny przykład, jak można wykreować gęstą atmosferę, nie pokazując niczego dosłownie. Ramsey Campbell nie cieszy się szczególną popularnością w Polsce, mimo kilku prób jego wypromowania. Nie wszystkie jego książki, zresztą, przypominają „Najciemniejszą”, lecz właśnie tą powieść powinniście polecać marudom zakochanym w klasyce grozy, którzy pomstują na prostackość współczesnego horroru.

 

„Powroty zmarłych” i „Ludzka przystań” Johna Ajvide Lindqvista

lindqvist_ludzka_przystan

Walczyłam sama ze sobą, próbując zdecydować się na tylko jedną z powieści szwedzkiego pisarza, jednak ostatecznie poległam. „Powroty zmarłych” – nieoczywista i nastrojowa wręcz powieść o ludziach próbujących zrozumieć nową rzeczywistość, w której martwi nie pozostają w grobach – to moja sztandarowa polecanka dla każdego, kto mi mówi, że o zombie nie da się napisać nic ambitnego. Z kolei „Ludzka przystań” – opowieść o niewytłumaczalnym zaginięciu dziecka i mieszkańcach równie tajemniczej szwedzkiej wyspy – zachwyca subtelnym, podskórnie niepokojącym wykorzystaniem na pierwszy rzut oka ogranych tematów, które jednak w wykonaniu Lindqvista pokazują, jak wiele ma do zaoferowania ten gatunek. Ta powieść jest tak dobra, że nawet Amber docenił jej kunszt i zrezygnował z taniej, kiczowatej okładki.

 

„Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego

swiety-wroclaw

Historia miasta, które rodzi inne miasto, czarne jak smoła i święte, przyzywające tłumy urzeczonych nim ludzi, czyli najbardziej horrorowa powieść Łukasza, nie licząc „Horror show”. Książka, w której z jednej strony widać doskonały zmysł obserwatorski twórcy, a z drugiej pojawia się pociągający, trudny do wtłoczenia w określone ramy koszmar, a wszystko w naszych, polskich realiach. Przy okazji udowadniania, że horror może być niejednoznaczny, a twórca horroru potrafi być świetnym obserwatorem życia, “Święty Wrocław” przywraca też wiarę w ambitnych polskich twórców tego gatunku.

 

 

 

„Potępieńcza gra” Clive’a Barkera

Potepiencza-gra-Clive-Barker

Obrzydliwie bogaty Whitehead zatrudnia osobistego ochroniarza, rekrutując na to stanowisko przebywającego za kratkami Marty’ego. Ten zrobi wszystko, by wydostać się za mury więzienia. Niestety na jego nowego pracodawcę czyha ktoś o wiele groźniejszy niż najgorszy przestępca. Tak, to nie pomyłka – właśnie wracam po latach do tej powieści Barkera i jako nieco bardziej wyrobiony czytelnik (po raz pierwszy po „Potępieńczą” sięgnęłam mając naście lat) nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo jest dobra. Już pierwsze sceny, rozgrywające się w zniszczonej przez Nazistów Warszawie, przyprawiają o ciarki, jednocześnie odwołując się do bardzo mocnych obrazów i zestawień, ukazując potworność wojny w sposób, w jaki tylko dobry horror potrafi to zrobić. Kunszt „Potępieńczej gry” docenił nawet tak surowy krytyk, jak Joshi, pisząc w swoim „Unatterable horror”: „Barkerowi udało się jakoś pokonać wszystkie swoje literackie niedoskonałości i stworzyć jedną z najwspanialszych powieści z gatunku horror ostatniego półwiecza”.