Nieco inne retro
Bartłomiej Rychter swoją trzecią w dorobku powieścią wpisuje się w popularny nurt kryminału retro. Tym niemniej, eksplorując ten popularny i nieco schematyczny podgatunek, wypada bardzo oryginalnie. Dzieje się tak z jednego, prostego powodu – Rychter umieścił akcję Ostatniego dnia lipca w przeddzień Powstania Warszawskiego.
W okupowanej stolicy, po obu stronach barykady znajdują się ludzie, którzy pragną rozwiązać pewne nie do końca jasne wypadki, jakie miały miejsce na ich oczach. Po stronie polskiej jest to Antoni Chlebowski – były adwokat, człowiek, który stracił wszystko. Nie nadaje się nawet do czynnej walki z powodu uszkodzenia wzroku po przeżytym wybuchu bomby. Jedyne czym się zajmuje jest pisanie patriotycznych felietonów do podziemnej prasy oraz rozmowa z wyimaginowaną, utraconą żoną. Jego życie w przewrotny sposób nabiera sensu dopiero wtedy, gdy w dziwnych okolicznościach umiera na jego rękach radiotelegrafistka. Chlebowski zaczyna poszukiwania winnego na własną rękę, wbrew wszystkim. Nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi. Z drugiej strony, mamy niemieckiego żołnierza – Klausa Enkela. To człowiek, który dawno zostawił faszystowskie idee w mrozach i śniegach podczas nieudanej ofensywy na wschód. On też uwikłany jest w niejasną śmierć w swoim otoczeniu – jego najlepszy przyjaciel zostaje znaleziony martwy. Dowództwo twierdzi, że było to samobójstwo. Enkel nie wierząc w tą hipotezę podejmuje własne dochodzenie.
Może się wydawać, że dwa wątki kryminalne zdominują powieść Rychtera. Tak się jednak nie dzieje. Obie z przedstawionych intryg są krótkie i stanowią raczej tło dla wydarzeń o wiele ważniejszych – obrazów Powstania. Patrząc z drugiej strony, nie zostały one jednak potraktowane po macoszemu. Chociaż w niektórych miejscach zwroty akcji wydaja się być odrobinę nienaturalne i wprowadzone, aby skomplikować na siłę wątek, to w ostatecznym rozrachunku bliźniacze fabuły stanowią mocny i rzetelnie wykonany element powieści. Warto tu zaznaczyć, że książka Rychtera zdecydowanie nie jest pozycją dla ortodoksyjnych miłośników kryminału. Warstwa historyczno-obyczajowa książki, która wydaje się być dominująca, przedstawia się jeszcze lepiej. Wojna w Ostatnim dniu lipca, to nie zabawa z przebierańcami w mundurach i plastykowymi karabinami. Suche, realistyczne opisy zrujnowanej Warszawy, codziennej egzystencji sprowadzonej do przemykania między bramami w obawie przed niemiecką łapanką czy nastroje powstańców, oddane są tu z pieczołowitą żarliwością. Całe szczęście, że Rychter nie zatracił się w opisach swoich intryg kryminalnych, które w zasadniczy sposób spajają powieść klamrą. Wypływają przemiennie, ukazując nastroje po obu stronach walki. Zatraca się gdzieś podział na złych i dobrych. Pozostają jedynie ci, którzy w opętanej walkami stolicy brną pod prąd: Chlebowski i Enkel.
Kreacja postaci jest ciekawa, chociaż mało oryginalna. Obaj mężczyźni to outsiderzy. W swoim środowisku zostają odrzuceni – jeden przez wadę wzroku, drugi przez swoje działania w dążeniu do poznania prawdy. Obaj też nie maja w takiej sytuacji nic do stracenia. Warszawa u Rychtera to miejsce bez wyjścia, miejsce przesycone tragizmem w którym nadzieje umarły razem z niepowodzeniem powstania. Chlebowski tak jak i Enkel znajdują cel w rzeczy bardziej przyziemnej – wyjaśnieniu morderstwa.
Ostatni dzień lipca to fascynująca powieść. Wędrówka po ruinach Warszawy, podróże szlakami powstańców są na tyle pasjonujące, że sama warstwa kryminalna powieści schodzi na dalszy plan. W ostatecznym rozrachunku dostajemy powieść historyczną wpisaną w ramy kryminału. I bynajmniej nie jest to wada, wręcz przeciwnie – obie te warstwy współgrają ze sobą bardzo dobrze, tworząc mieszankę, która zadowolić może bardzo wielu.