Gdyby ktoś poprosił mnie o stworzenie biblioteki „najlepszych powieści na świecie”, jaką to napuszoną etykietą sygnuje serię książek Prószyńskiego Nowa Fantastyka, na pewno postarałbym się dopiąć taką serię na ostatni guzik i cyzelowałbym rzecz na każdym stopniu produkcji. Dlatego nie potrafię zrozumieć, jak można było wydać powieść Lernera w równie fatalnej okładce i tak fatalnie przełożonym tytułem (w oryginale brzmiącym „Small miracles”). Można by się więc spodziewać, że powieść zachwyci treścią – ale w przypadku „Następców” istota dzieła zdaje się doskonale korelować z jakością wydania.
Nie przypominam sobie, bym kiedyś wcześniej czytał techno-thriller, więc oczekiwania miałem – przyznaję – spore. Tymczasem z dobrego, ekscytującego dreszczowca nici, a warstwa naukowa mając dobre zaczątki i tak spaliła na panewce. Autor we wstępie opowiada o tym, jak to zdobywał potrzebną do napisania powieści wiedzę na konferencjach związanych z nanotechnologią, mając możliwość rozmawiać z naukowcami i pasjonatami tej dziedziny. I rzeczywiście, te para-techniczne partie powieści wyszły całkiem przyzwoicie, choć próżno szukać w niej futurystycznego przepychu czy trafnych przepowiedni – za to w momentach, gdzie autor zdaje się wykraczać poza informacje autorytetów, a zaczyna fantazjować, robi to nie tylko mało efektownie, ale po prostu przeraża miałkość i toporność jego pomysłów.
Lerner temat nanotechnologii strywializował, przetwarzając w pulpę rodem z filmów klasy B, gdzie to seria niezwykłych zbiegów okoliczności prowadzi prosto do przypadkowego wytworzenia przez ludzi rasy ogromnie inteligentnych istot. I niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego owe od razu zyskują fantastyczne możliwości intelektualne (co nie jest przecież jednoznaczne z dużą mocą obliczeniową!), używane chyba jedynie w celach infekowania sobą kolejnych ludzi, by w efekcie opanować całą planetę. Nadludzie to hybrydy: homo sapiens z garstką przypadkowo wczepionych w mózg nanobotów, potrafiących w przeciągu kilku tygodni wytworzyć rozumną świadomość i przejąć kontrolę nad ciałem. I uwaga: istoty takie u kilkuosobowej próby nosicieli wykształcają się właściwie identycznie – szybko znajdują sposoby wzajemnej komunikacji i rozumieją się niczym rodzina – a to tylko komputery, połączone – jak można przypuszczać – w dosyć losowe miejsca mózgów różnych ludzi, którzy w różny sposób postrzegają świat! To jest – proszę państwa – wariactwo na kółkach!
Warstwa fabularna niestety również w najlepszym razie sprawia wrażenie nie dość, że sztampowej, to jeszcze zupełnie nie porywającej. Brakuje suspensu i dobrej intrygi, która na dobrą sprawę mogłaby choć próbować ratować powieść, sprawić, że czytelnik przymknie oko na niedociągnięcia i zwyczajnie da się pochłonąć w wir akcji. Ja powieść tę męczyłem dobry tydzień, czekając tylko na moment, gdy będę mógł ze spokojem odłożyć ją na półkę i znaleźć sobie bardziej interesujące zajęcie.
Zupełnie nie rozumiem, jak można podobnie słabą powieść promować jako jedną z najlepszych książek. Nie widzę jakiegokolwiek powodu, by akurat ta właśnie elukubracja dostąpić miała podobnego zachwytu. Właściwie nie miałem w ostatnim czasie wiele kontaktu z równie kiepską literaturą. Po lekturze przyzwoitego „Wilczego miotu” Swanna i fatalnych „Następców” Lernera wiarygodność serii wydawniczej Prószyńskiego spadła w mojej ocenie do minimum.