11 cięć

Wbrew okładce, która mogłaby sugerować bardzo konkretny temat przewodni tej antologii, znajdujące się w niej teksty są naprawdę bardzo różne. Zarówno pod względem tematyki, jak i poziomu – można w niej znaleźć niewarte uwagi wypełniacze, ale i perełki literackiej grozy. Z jedenastu opowiadań pięć jest autorstwa polskich pisarzy i choćby z tego względu warto się tej antologii przyjrzeć z bliska.

Zbiór otwiera Graham Masterton i niestety robi to w bardzo kiepskim stylu – nie znam historii tego konkretnego opowiadania, ale założę się, że powstało po tym, jak ktoś wytrwale wiercił Grahamowi dziurę w brzuchu, by napisał cokolwiek. Masterton w krótkiej formie zazwyczaj jest świetny – do dziś wspominam lekturę „Dwóch tygodni strachu”, ale w „Sponiewieranej” zaprezentował zdecydowanie najgorszą stronę swojego pisarstwa – taśmową manufakturę i na jego miejscu byłoby mi wstyd, że daję coś takiego do druku.

Potem jest lepiej. Ba! Po tak demotywującym wstępie (swoją drogą – istny samobój!) głosu udzielono Palińskiemu, który udowadnia, że warto pokładać w nim nadzieje. Po tym, jak narobił wszystkim smaku świetnym zbiorem „4 pory mroku”, Paweł na długo przycichł i nawet jeśli „Marzenie” nie jest jeszcze znakiem jego trwałego powrotu na polską scenę grozy, to przynajmniej wiadomo, że jest na co czekać. Jego opowiadanie to doskonale niepokojąca gra kontrastów, niesamowite zabawy językiem, które może i miejscami przyjmują zbyt postmodernistyczną formę strumienia świadomości, ale poza tymi drobnymi wyjątkami dają czytelnikowi nieźle popalić. Zakończenie też może budzić pewne wątpliwości – przy tak świeżym spojrzeniu na dojrzewającego chłopca, który próbuje poradzić sobie z rodzinnymi problemami, sam finał i jego dziwne zbiegi okoliczności trochę rozczarowują. Mimo to widać, że Paliński mierzy wysoko i, co najważniejsze, nie brakuje mu talentu, by dotrzeć tam, gdzie sobie życzy.

Po tak odświeżającym tekście wydawca proponuje nam chwilkę odprężenia i serwuje przewrotnie proekologiczne opowiadanie „Futerka” F. Paula Wilsona – proste, ale mocne i dobrze napisane. Tekst w zakończeniu przyjmuje moralizatorski ton i mam nadzieję, że było to ledwie oczko puszczone w stronę PETA, ale trudno powiedzieć, czy przypadkiem Wilson nie potraktował swojego zadania odrobinę zbyt poważnie. W każdym razie opowiadanie z pewnością przypadłoby do gustu Joannie Krupie.

Kontrastów ciąg dalszy – po prostych w budowie i wymowie „Futerkach” przychodzi czas na najbardziej niejednoznaczny, pokręcony i absolutnie dla mnie niezrozumiały tekst Małeckiego. Nie mam zielonego pojęcia, czemu – pomijając nazwisko autora – tekst pojawił się akurat w tym zbiorze i czemu w ogóle Jakub go napisał. „Radość Hetmana” umykała moim próbom syntezy i interpretacji, a na ponowną lekturę tego opowiadania nie mam najmniejszej ochoty. Małecki zawędrował w rejony, do których dostęp mają chyba tylko posiadacze jakiegoś specyficznego klucza, a ja niestety nie znalazłam się w tym gronie.

Całe szczęście Mort Castle oszczędził mi kolejnej czytelniczej porażki i zupełnie inaczej podszedł do swojego opowiadania „Doktor, dziecko i duchy z jeziora”, serwując czytelnikom porządny kawałek nastrojowej, bardzo amerykańskiej grozy z Freudem i postkolonialnym brzęczeniem w tle. Trochę postrzępiona, ale świetna narracja doskonale współgra z tematem, a całość jest co najmniej godna uwagi.

 Potem przychodzi czas na kolejnego polskiego pisarza, tym razem kogoś, kogo wcześniej nie miałam przyjemności czytać – Jacka M. Rostockiego. Nie wiedząc, czego się spodziewać, dałam się szybko wciągnąć, nawet mimo trochę przegadanych opisów miasta, które Rostocki z radością serwował. „Wybór Lucy” to dobry tekst – prosty, ale dynamiczny i w odpowiednim stopniu zaskakujący. Trochę szkoda, że autor zdecydował się na takie, a nie inne zakończenie – przy ostatnim odkryciu Rostocki poszedł o krok za daleko i bardzo żałuję, że nie zostawił odrobiny niedopowiedzenia.

Następny w kolejce jest mało znany u nas Scott Nicholson, który w Polsce wydał tylko jedną powieść – „Czerwony kościół”. Przy pierwszym naszym spotkaniu autor rozbudził moje zainteresowanie, tworząc nową jakość z raczej ogranych motywów. Zakończenie „Powiedz im, że kochasz” to najlepszy, najbardziej zaskakujący i chyba najmocniejszy finał w całej antologii – naprawdę pisarzowi udało się przyprawić mnie o dreszcze.

Niestety nie można tego samego powiedzieć o „Głodzie” Cichowlasa, którego można postawić zaraz obok Mastertona, daleko za podium. Zbyt proste fabularnie, stylistycznie i zwyczajnie średnie opowiadanie, które przywodziło mi na myśl parę innych tekstów o tym samym motywie, nie dodając do schematu żadnych nowych treści. Choć doceniam, że Robert nie przeholował w swoich opisach i nie zbombardował mnie obrzydliwo-przerażającymi przymiotnikami.

Guy N. Smith, następny twórca z antologii, szczerze zaskoczył mnie. Obśmiewany na wszystkie strony, Smith zawsze jednoznacznie kojarzył mi się z najniższym szczeblem horrorowej hierarchii, a tymczasem, gdy zaczęłam czytać jego „Diabła z mrocznego lasu” (swoją drogą uroczy, bardzo obrazowy tytuł), opis walki bohatera z tajemniczym dzikiem był naprawdę niezły – mógłby to być dobry wstęp do całkiem przyzwoitego opowiadania. Niestety, następująca po nim rozmowa, odzierająca tekst z całej niesamowitości z prędkością światła, zniszczyła doszczętnie dobre wrażenie, pozostawiając tylko niesmak i przeświadczenie, że Smith wykazał się kompletnym brakiem polotu, a jego opowiadanie zwycięża w kategorii zepsutych zakończeń.

Łukasz Orbitowski zaserwował najdłuższe i najbardziej rozwinięte opowiadanie w antologii. Po królu polskiej grozy trudno spodziewać się słabego tekstu, a „Amerykański horror” nie jest wyjątkiem. Nie przypominam sobie żadnego innego utworu, w którym pierwszoosobowa narracja tak bardzo wydawała się na miejscu – dzięki poszatkowaniu historii i subiektywnej percepcji, opowiadanie Orbitowskiego nabiera bardzo specyficznego klimatu, a niezwykły język – składający się z równie urywanych, krótkich i wyrzucanych jak z karabinu zdań, świetnie oddaje sposób, w jakim myślimy i postrzegamy rzeczywistość. Ale oprócz doskonałego stylu Orbitowski ma do zaoferowania znacznie więcej – fabuła „Amerykańskiego horroru” jest naprawdę porażająca i dawno nie czytałam u tego pisarza nic tak otwarcie brutalnego.

Ostatni tekst to ucieczka od powagi „Amerykańskiego horroru” i zwrot o 180 stopni – „Dyniogłowy” Eversona to krótki, dosadny i kompletnie odjechany tekst, przy którym nie sposób się nie uśmiechnąć. Taki mały żarcik na zakończenie, wisienka na torcie oblana kwaśnym sosem zamiast lukru. Po „Ofierze” byłam przygotowana na dużą dawkę seksu i obrzydliwości, ale tekst przerósł moje oczekiwania i, szczerze mówiąc, rozbudził we mnie przypuszczenie, że może jednak grafomańska powieść Eversona niekoniecznie musiała być napisana w stu procentach na poważnie, co daje pewne nadzieje na przyszłość jego twórczości… choć niewielkie.

Ta antologia to świetny sposób na poszerzenie swoich horrorowych horyzontów – założę się, że spore grono miłośników tego gatunku zna ze słyszenia wszystkie nazwiska, ale nie miała jeszcze okazji zapoznać się z twórczością tych pisarzy. Książkę warto kupić dla choćby Orbitowskiego i Palińskiego, więc o wyrzucaniu pieniędzy w błoto nie może być mowy, a szanse na to, że najdzie was ochota na sięgnięcie po przynajmniej kilku z zaprezentowanych pisarzy, jest naprawdę spora.

11 cięć

Tytuł: 11 cięć

Autor: Graham Masterton

Wydawca: Replika

Data wydania: 2011-07-13

Opis z okładki:

Masterton, Orbitowski, Castle, Paliński, Wilson, Małecki, Nicholson, Rostocki, Everson, Cichowlas, Smith zadadzą Wam…
 
„11 cięć”
 
Poszatkują wyobraźnię, zaszokują, rozbawią, skłonią do refleksji, a nader wszystko przerażą!
 
Jedenastu polskich i zagranicznych mistrzów horroru połączyło siły, w wyniku czego powstał zbiór opowiadań, jakiego jeszcze nie było! Nigdy wcześniej niepublikowane w Polsce, zróżnicowane tematycznie, historie spod znaku grozy. Niektóre otrzymały prestiżowe nagrody, inne zostały sfilmowane, jeszcze inne dopiero co wyszły spod piór swych twórców. Łączy je jedno: są ostre jak noże i potną każdego, kto je przeczyta!

Przewiń na górę