Posty otagowane jako ‘opowiadania’
Masterton na miękko

Masterton jawił mi się zawsze jako autor sympatycznych (co za słowo!), ale raczej niespecjalnie ambitnych powieści. Przy Wyklętym ciarki chodziły po plecach, Walhalla potrafiła przerazić całkiem mocno, a taki Manitou to nie była znowu taka żenada, jak często się powtarza. Tylko finał był z przysłowiowej dupy. To akurat zresztą zdarzało się Grahamowi nadzwyczaj często. Świetne pomysły jakoś traciły na subtelności i w finale zazwyczaj coś wybuchało, albo wielkie demony robiły generalny remont w organizmach bohaterów i ich otoczeniu. Do mnie to nie trafiało, a mimo to bawiłem się dobrze. Był seks, była makabra i dobrze kreowany (do momentu) nastrój, to się człowiek cieszył. I nie przeszkadzało mi specjalnie, że przemoc była wybitnie obrzydliwa a płyny fizjologiczne i alkohol lały się na prawo i lewo. Masterton robił horror, ustalał reguły tak, że trzeba było nieco przymknąć oko. Dlatego mam też do niego ogromny sentyment.
Mamaloi
Tak się zdarzyło, że w tegoroczne Święta pod choinką znalazłem ponad osiemdziesięcioletnią książkę. Prezent ten ucieszył mnie tym bardziej, że było to Mamaloi H. H. Ewersa, na które już od dawna ostrzyłem sobie pazury. Niemalże czysto kolekcjonersko, bo większość tego i tak niewielkiego tomiku dobrze już znam.
Pokrótce postaram się opisać, co znaleźć można w środku. Opowiadania są tutaj trzy, tytułowe Mamaloi, klasyczny już Pająk oraz może mniej znana Śmierć barona Jezus Marja. Pierwsze z nich przeczytać można także w bardzo dobrze dostępnej Damie tyfusowej, cały czas do znalezienia na allegro, tudzież w antykwariatach. Tam też znaleźć możemy opowiadanie drugie, znane też pewnie wszystkim z antologii opowiadań grozy Czarny pająk. Trzeci z wymienionych tekstów, pod innym tytułem (Śmierć barona Friedela) został nie tak dawno wydany w antologii Maska śmierci, tom I, której to drugiej części jakoś nie możemy się niestety doczekać.
Jak to ludzie z duchami…
Nie mogę przestać chwalić sobie inicjatywy wydawnictwa C&T o nazwie Biblioteka grozy. Prawda, że na świecie podobne serie prowadzi się z większym rozmachem, w skórzanych okładkach, z większą częstotliwością i z suszonymi nietoperzami w rolach zakładek. Ale to jest nasze, polskie i właściwie jedyne prowadzone w tak dobry sposób.
Zbiór opowiadań grozy Duchy i ludzie autorstwa Edith Wharton ma już z rok chyba. Od listopada leżakował u mnie na półce, aż w końcu nadszedł czas właściwy i kniga poszła w obroty.
Jak to już wcześniej bywało, jest to tłumaczenie dobrej anglojęzycznej antologii, co za tym idzie – rzeczy solidnie dopracowanej. W przypadku tejże pisarki nie ma to większego znaczenia, bo z grozą romansowała ona jedynie sporadycznie, poświęcając się raczej mariażowi z realizmem i psychologią. Tak w duchu Henry’ego Jamesa (nota bene również parającego się na boku straszeniem). Dostaliśmy więc właściwie komplet tych teksów – tak jak i w poprzednim tomiku pani Mary Wilkins. I znów dostaliśmy rzeczy godne uwagi. Wszak to klasyka nie dlatego, że stara, jeno gdyż się zachowała i mimo lat dalej dostarcza wrażeń.
Moździoch z aluminiowym…
Jarosław Moździoch jakoś specjalnie znanym pisarzem nie jest. Swego czasu sporo mówiło się o Masce Luny, jego debiutanckiej powieści. Chwalono, szczególnie, że gdy wychodziła, polski horror był jeszcze rzeczą piekielnie niszową. Nie czytałem tej książki, muszę więc polegać na cudzych opiniach. I trochę nie dowierzam.
Wpadł mi w ręce ostatnio zbiór opowiadań Moździocha Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni. Gdzieś tam jeszcze miałem w głowie powyższe superlatywy, więc nastawienie miałem dobre. Przy pierwszym opowiadaniu mina nieco mi zrzedła. Nie mam nic przeciwko nowoczesności prozy, przeciwko wtrącaniu potoczyzmów i stylizacji, ale moździochowa makabreska zdawała mi się nieco przesadzona. Za dużo ordynarności, naprawdę. Toć już Masłowska potrafiła lepiej nią operować. Była potoczna do bólu, ale nie banalna. Ale pomyślałem: postmodernizm i czytałem dalej.
Maska śmierci, tom I
W końcu ziściły się moje marzenia! Na rynku dostępny jest pierwszy tom antologii opowiadań niesamowitych o tytule Maska śmierci. Cóż to za dziwo?
- Bogaty wstęp
- Dziewięć opowiadań Poego
- Dwa opowiadania L’Isle-Adama
- Dziewięć opowiadań Ewersa
- Cztery Bouteta
- Obszerny tekst o twórczości Poego
- Nieco mniej obszerny, ale i tak zadowalający tekst o twórczości Ewersa
W sumie 400 stron gęstego tekstu. Mógłbym oczywiści zacząć narzekać. Bo znowu Poe, do diabła!, jakby nie można było na przykład wrzucić na przykład, wspominanego we wstępie do antologii, Meyrinka; opowiadania Villersa są już znane i raczej dostępne, Ewersa też można było sobie odpuścić choćby Damę tyfusową, bo tomików o tym tytule można kupować na kilogramy. Boutet to dla mnie wielka niewiadoma, wiec o nim zamilknę.
