Posty otagowane jako ‘makabra’
Masterton na miękko

Masterton jawił mi się zawsze jako autor sympatycznych (co za słowo!), ale raczej niespecjalnie ambitnych powieści. Przy Wyklętym ciarki chodziły po plecach, Walhalla potrafiła przerazić całkiem mocno, a taki Manitou to nie była znowu taka żenada, jak często się powtarza. Tylko finał był z przysłowiowej dupy. To akurat zresztą zdarzało się Grahamowi nadzwyczaj często. Świetne pomysły jakoś traciły na subtelności i w finale zazwyczaj coś wybuchało, albo wielkie demony robiły generalny remont w organizmach bohaterów i ich otoczeniu. Do mnie to nie trafiało, a mimo to bawiłem się dobrze. Był seks, była makabra i dobrze kreowany (do momentu) nastrój, to się człowiek cieszył. I nie przeszkadzało mi specjalnie, że przemoc była wybitnie obrzydliwa a płyny fizjologiczne i alkohol lały się na prawo i lewo. Masterton robił horror, ustalał reguły tak, że trzeba było nieco przymknąć oko. Dlatego mam też do niego ogromny sentyment.
Chwała za ramola na potęgę!

Andrzej Sarwa - Cień władcy sabatu
W naszym polskim światku literackim Andrzej Sarwa jest pisarzem niezwykłym. Powodów wymienię kilka, mając przy tym świadomość, że są to tylko niektóre i niekoniecznie najważniejsze. Pierwiej więc wydaje on prócz beletrystyki także tłumaczenia eposów i wszelakich mocno wiekowych tekstów, także literaturę z zakresu religioznawstwa i zjawisk paranormalnych oraz – uwaga – poradniki jak Egzotyczne rośliny użytkowe w domu i w ogrodzie. Druga sprawa, że posiada własne wydawnictwo – efemeryczną Armorykę. Dalej miast pisać o Warszawie czy Londynie, jak to wielu czyni, osiadł literacko w swoim Sandomierzu. I ostatnie: na przykładzie powieści Cień władcy sabatu stwierdzam, że przystaje do głównego nurtu współczesnego horroru jak pięść do nosa.
I wszystko to powyższe sprawia, że obdarzam pana Sarwę olbrzymią estymą. To jakby kontrkultura bez parcia na szkło, bez prowokacji i awangardy. Taki raczej ogród własnych pasji, do którego właściciel zaprasza chętnych, gdy ładnie poproszą. Spróbujcie wpisać w google Andrzej Sarwa i poszukać jego zdjęcia. Ja widzę jeno okładki wydanych przez niego książek.
Żydzi z Ieb
Książkę tę kupiłem z racji tego, że lubię starocie. Wszystkie trzy zawarte w nim opowiadania są dostępne w Masce śmierci i Damie tyfusowej, ale ja chciałem i kupiłem – szczególnie, że wręcz nieprzyzwoicie tanio. No i właściwie wyszło na to, że przeczytałem wstęp Lucjana Franka Erdrachta, pomacałem, obwąchałem dokładnie i popłakałem nad spisem innych pozycji Renaissance’u, których nie mam i pewno mieć nie będę. A później poszło na półkę i raczej tam zostanie. Dzięki temu prostemu zabiegowi mogę powiedzieć o sobie: kolekcjoner. I pęknąć z dumy.
Raz już pisałem o tej mało znanej i raczej świeżej jeszcze antologii. Wtedy jednak zapoznany z nią byłem jedynie in promptu. Przyznam szczerze, że i teraz nie przeczytałem jej od deski do deski. Ot, po co, skoro sporą część tekstów w niej się znajdujących już znam.
I fakt ten – iż kilka tekstów ze zbiorku jest łatwo dostępna i właściwie zbędna (bo ktoś nieznający zupełnie twórczości Poego na przykład raczej od tego tomiku nie zacznie) to właściwie jedyny minus, jakiego się dopatrzyłem. Poza tym drobiazgiem jest to jedna z najlepszych antologii, które dane było mi czytać. Raz: dobry dobór autorów, dwa: estetyczne i skromne wydanie, trzy to dobre przypisy i teksty niebeletrystyczne dotyczące Poego i Ewersa, cztery: czterysta stron. Czyli po prostu jest się z czego cieszyć i tym bardziej jest co czytać.
