Archiwum dla ‘Proza’ »
Opowieść o czarnych ścianach
Ostatnio dosyć głośno było o Palińskim. Niby, że to on jest teraz polskim Kingiem, nie Łukasz Orbitowski. Nie czytałem jeszcze Czterech pór mroku, więc nie wiem, czy rzeczywiście. Porównanie to jest jednak moim zdaniem całkiem szczęśliwe. Miano polskiego Kinga to dobra reklama dla pisarza. Wszak u nas czyta się więcej książek autora Miasteczka Salem, niż wszystkich Koontzów i Mastertonów i nawet Orbitowskich razem wziętych. A jeśli chodzi o tego ostatniego, to mu też powinno być na rękę, że mniej porównań do rzekomego króla horroru będzie musiał słuchać. Wszak to pisarz całkowicie samodzielny, doświadczony i dojrzały. O czym można się bardzo łatwo przekonać czytając choćby Święty Wrocław.
Oczywiście, większość zwolenników twórczości Łukasza już dawno ma tę powieść za sobą. Jest już zbiór Nadchodzi, jakieś koty były, psy i klechy. A ja nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z tym wszystkim. Cały czas stoję na Tracę ciepło, kilku opowiadaniach i wszelakich felietonach czy to z bloga, czy z prasy. Których chyba nie trzeba polecać, prawda?
Masterton na miękko

Masterton jawił mi się zawsze jako autor sympatycznych (co za słowo!), ale raczej niespecjalnie ambitnych powieści. Przy Wyklętym ciarki chodziły po plecach, Walhalla potrafiła przerazić całkiem mocno, a taki Manitou to nie była znowu taka żenada, jak często się powtarza. Tylko finał był z przysłowiowej dupy. To akurat zresztą zdarzało się Grahamowi nadzwyczaj często. Świetne pomysły jakoś traciły na subtelności i w finale zazwyczaj coś wybuchało, albo wielkie demony robiły generalny remont w organizmach bohaterów i ich otoczeniu. Do mnie to nie trafiało, a mimo to bawiłem się dobrze. Był seks, była makabra i dobrze kreowany (do momentu) nastrój, to się człowiek cieszył. I nie przeszkadzało mi specjalnie, że przemoc była wybitnie obrzydliwa a płyny fizjologiczne i alkohol lały się na prawo i lewo. Masterton robił horror, ustalał reguły tak, że trzeba było nieco przymknąć oko. Dlatego mam też do niego ogromny sentyment.
Róże cmentarne

Róże cmentarne
Uwielbiam cykl Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, tropiącym przestępców w przedwojennym Wrocławiu. Uwielbiam opisy miasta, choć – Bóg mi świadkiem – zupełnie nie obchodzi mnie, czy to Breslau, czy Opole. Uwielbiam opisy życia ludzi, jedzenia w knajpach, pejzaże brudnych ulic i równie brudnych kurew. Postać samego Mocka uwielbiam, bo to cham z klasą, taki prawdziwy mężczyzna, taki Franc Mauer z Psów Pasikowskiego, tylko lepszy. To jest gorszy, bo czystej krwi skurwysyn. Gdzieś czytałem, że Krajewski tak go wykreował, by był odpychający. A później dostawał rozmiłowane listy czytelniczek, które szanownego Eberharda zjadłyby na śniadanie. Wątki kryminalne nie są najmocniejszą stroną tego cyklu. Wszystko niby poprawne, inteligentne i daje radość czytelniczą, ale pozostaje jakby cały czas na drugim planie.
Dokładnie odwrotnie jest w Różach cmentarnych duetu Czubaj, Krajewski. Zacznę od tego, że to druga powieść o Jarosławie Paterze – wcześniej była Aleja samobójców. Czas i miejsce akcji to nam już współczesne Trójmiasto. Główny bohater to człowiek chyba od Mocka lepszy, o mocniejszych fundamentach moralnych i oczywiście nieszczęśliwym życiu. Współpracownicy nazywają go Antypater, co znaczy tyle, że nie przepadają za nim. Pomny swej przeszłości studenta filologii polskiej pastwi się ciągle nad rozmówcami, raz za razem poprawiając im szyk i budowę zdań. Pracę stara się wykonywać sumiennie, czasem aż do bólu – trzeba, to zleje dobrze po ryju tego i owego. W życiu osobistym nie dzieje mu się najlepiej – rozwiedziony, stara się budować nowy związek. Próbuje, ale z ogromnymi problemami.
Mordercze sarny?

Okładka
Najnowsza powieść Olgi Tokarczuk wzbudzać może mieszane uczucia od pierwszego wejrzenia. To jest od tytułu – Prowadź pług swój przez kości umarłych. Dziwić się można, dumać, ale wszystko jest w środku. Nie trzeba zębami zgrzytać, że od okładki pretensjonalne. Bo z tym właśnie epitetem autorka niewiele miała i ma wspólnego.
Słowa z jakiegoś utworu Blake’a – nie pomnę, jakiego – stanowią właśnie tytuł. Ten mistyk, poeta obecny jest w ustach i umysłach bohaterów przez całą długość powieści. Wszystko ma więc sens.
Zapomniałem jednak, że zacząć ten komentarz chciałem od mniej więcej takiej konstatacji: Olga Tokarczuk to niewątpliwie jedna z najoryginalniejszych i – z estymą – najlepszych pisarek polskich. To jest pisarzy w ogóle. Będę tak twierdził, pomny mojej ignorancji w kwestii znajomości literatury współczesnej a głównonurtowej. Przy takiej jak ta twórczyni jednak po porostu to zdanie przychodzi mi na myśl. A ja, mimo wszystko, trochę wierzę mojej głowie. Zresztą, nagroda Nike za Biegunów to duże, choć spóźnione wyróżnienie. Więc pewnie nie mylę się specjalnie.
Co więc jest oryginalnego i tak wspaniałego w tejże powieści? Już by tylko główna bohaterka: starsza już kobieta, mieszkająca samotnie w Opolskim, gdzieś w górach, lasach, na osiedlu, które tylko latem ożywa, wraz z wracającymi z miasta właścicielami.
Landrynki, krówki i toffi

Małgorzata Saramonowicz - Sanatorium
Wszyscy dobrze wiedzą, kto w Polsce pisze horrory: Orbitowski, Kain, Małecki, Grzędowicz i inni. Można by wymieniać, ale po co, skoro i tak wszyscy wiedzą, co tam wstawić. Dlatego ja dodam tylko jedno nazwisko: Saramonowicz. Małgorzata Saramonowicz. Powinna zostać wymieniona w ścisłej czołówce.
Poniekąd właśnie przed momentem skłamałem, bo przeczytane niedawno przeze mnie Sanatorium wcale horrorem nie jest. Ale nie jest nim tylko dlatego, że trzeba by rozciągnąć ramy tematyczne tego gatunku, by tę powieść weń wetknąć. Z drugiej strony, skoro Stephen King wymienił Malowanego ptaka Kosińskiego wśród najlepszych horrorów w historii, to dlaczego by Saramonowicz miała się krępować? Jej realizm magiczny może nie straszy stricte, ale jest niepokojący, jest mroczny. No i może zwyczajnie taka etykieta nieco dodała by wspaniałej pisarce rozgłosu?
