
Małgorzata Saramonowicz - Sanatorium
Wszyscy dobrze wiedzą, kto w Polsce pisze horrory: Orbitowski, Kain, Małecki, Grzędowicz i inni. Można by wymieniać, ale po co, skoro i tak wszyscy wiedzą, co tam wstawić. Dlatego ja dodam tylko jedno nazwisko: Saramonowicz. Małgorzata Saramonowicz. Powinna zostać wymieniona w ścisłej czołówce.
Poniekąd właśnie przed momentem skłamałem, bo przeczytane niedawno przeze mnie Sanatorium wcale horrorem nie jest. Ale nie jest nim tylko dlatego, że trzeba by rozciągnąć ramy tematyczne tego gatunku, by tę powieść weń wetknąć. Z drugiej strony, skoro Stephen King wymienił Malowanego ptaka Kosińskiego wśród najlepszych horrorów w historii, to dlaczego by Saramonowicz miała się krępować? Jej realizm magiczny może nie straszy stricte, ale jest niepokojący, jest mroczny. No i może zwyczajnie taka etykieta nieco dodała by wspaniałej pisarce rozgłosu?
Przyznam, że sam na Sanatorium trafiłem zwyczajnym przypadkiem. Błądząc wzrokiem po wypełnionych tomami półkach biblioteki, jakoś moje oko przyciągnął właśnie grzbiet tego olumenu. Nie wiem dlaczego – książka cienka, niepozorna. Może to niepokojąca ilustracja z okładki, czerwona, rozmyta sylwetka; może to tytuł pisany gotykiem. Coś mnie tknęło, postanowiłem że przeczytam.
I jakoś tak wsiąkłem między delikatnie zapisane strony, w na w pół magiczną polską wieś, pełną jeszcze nie zagojonych ran II wojny światowej; w miejsce, gdzie komunizm staje się nową plagą, ludzie są pełni bólu, gdzie jeszcze podłogi w niszczejących zabudowaniach kryją ślady krwi, przykryte kurzem. To miejsce magiczne, choć na pewno nie Kraina czarów. To kraina bólu, z którym nikt nie potrafi sam sobie poradzić. Może prócz dzieci. Sierot i pół sierot, dziwnych, samotnych, tworzących własny mały świat pełen dziwów. Jeden chłopiec jest kaleką bez nogi, inny chodzi w sukience, jest dziewczynka, rozmawiająca tylko telepatią i inna, jeszcze mała i nie rozumiejąca otaczającego ją świata. Tęskniąca za matczynym ciepłem. I jest narrator, chłopiec, rozmawiający z obrazami.
To pierwsza płaszczyzna. Druga to tytułowe sanatorium, gdzie główny bohater wiele lat później spotyka śledczego, niegdyś badającego sprawę morderstwa we wsi.
Gdzie ten horror? Gdzie groza?
W baśniowości, we snach i fantazji. W powieści Saramonowicz rzeczywistość miesza się ze snami, nie ma wyraźnej granicy. Są tu anioły schodzące z obrazów, duchy. Wszystko to uderza w czytelnika cicho, niepostrzeżenie wkradając się do serca. Opowieść snuje się delikatnie, usypia, albo po prostu przenosi w ten na poły realny świat. A kiedy czytelnik już się w nim znajdzie, wtedy jest czas na magię, na sen głębszy. I nawet przebudzenie nie jest do końca jawą.
Zastanawiam się, jak głęboko winno się interpretować tę powieść. Mam wrażenie, że jest tu podobnie jak u Kafki. Dogłębna analiza potrafiłaby przemaglować mnogość symboli, poukładać je i przetłumaczyć. Na wiele sposobów. Można by szukać tu różnych głębi i odnaleźć je doskonale głębokie. Ale można po prostu przeżywać, zamknąć obrazy w głowie i pozwolić im tam żyć i wstrząsać. Zatopić się w dziwach i niepokojach. I takimi je pozostawić, niebezpiecznymi, nieokiełznanymi.

Małgorzata Saramonowicz
Na koniec może jeszcze kilka słów o samej autorce. Wydała trzy powieści: Siostra (1995), Lustra (1998) i Sanatorium (2005). Niewiele, przyznacie. Do tego współtworzyła scenariusz do filmu Leidis oraz serialu Tango z aniołem. Może to już mniejsza chluba, bo o tym pierwszym nie można chyba zbyt wiele dobrego powiedzieć, drugiego nie znam. Niemniej podkreślę słowo współtworzyła, będąc święcie przekonanym, że spod jej ręki wychodziło tam wszystko to, co najlepsze. Więcej trzeba? Niewiele więcej znalazłem, więc niech starczy.
Małgorzata Saramonowicz. Saramonowicz. Będę powtarzał to nazwisko, bo warto je znać. Do tej pory moją polską pisarką numer jeden była Olga Tokarczuk. Teraz miałbym już problem z wyborem. Bo to jest, proszę państwa, lektura, która wstrząsa. To jest piękna powieść, magiczna i tajemnicza. Inteligentna i nietypowa. Sam sięgnę niedługo po poprzednie twory Małgorzaty Saramonowicz, czekać będę też na kolejne. I wam też to zalecam. Sanatorium nie leczy duszy, ale tak pięknie ją drażni, że nie mogę, po prostu nie mogę nie zachęcić do wizyty.

“Lejdis” to świetny film. Tylko facetom się nie podoba.
Pewnie masz rację, Crusiu. Dla mnie ten film nie był zły. Po prostu miał wiele braków. Ale dawno go oglądałem i niewiele pamiętam. Tyle, że dialogi było słabo słyszalne, a fabuła jakoś specjalnie się nie kleiła. Na pewno był lepszy od wielu, które teraz wychodzą, ale to dalej nie liga, jaką pokazała Saramonowicz w “Sanatorium”. Choć i sport to zupełnie inny.
ja tam nie znam żadnej dziewczyny, której Lejdis by się podobały, ale nie o tym…
Saramanowicz jest świetną pisarką. Nie czytałem jej Sanatorium, ale Lustra i Siostrę połknąłem wieki temu, a jeżeli Lustra stricte horrorem nie są, to na temat siostry można by się pokłócić. Mnie przeraziła, ale też czytałem ją w ekstremalnej sytuacji pod ławką na lekcji chemii, której nie znosiłem ;-)
W każdym razie o ile pamiętam, jakieś krytyczne teksty na temat jej powieści, to w mainstreamie Saramanowicz chyba uznaje się za kicz.
A nie pamiętasz, Cedro, skąd te teksty? Bo aż ciekawy się zrobiłem. Saramonowicz pisze raczej niemodnie, nie awangardowo i od serca. Mainstream nie zawsze to lubi ;)
Nic z tego, to były jakieś podręczniki do historii lit. współczesnej, ale nie pamiętam dokładnie.