Archiwum dla Wrzesień, 2009»
opętanie.usa.pl
Choć Izabela Szolc jest jedną z pierwszych autorek nowej (i właściwie jedynej) fali polskiego horroru, nie doczekała się specjalnej popularności. Kilkukrotnie publikowała opowiadania w fantastycznych periodykach, antologiach; wydała siedem powieści. Opowiadania pamiętam jako świetne. Powieści ktoś czytał? Chyba niewiele osób.
Opętanie, szumnie reklamowane jako konkurencja dla Dziecka Rosemary, czy Egzorcysty to druga z nich, opublikowana w roku pańskim dwa tysiące czwartym. Długo kusiło mnie to tomisko z półek biblioteki, ale zawsze, gdy sięgałem już po nią, gdy wertowałem dla zasmakowania kartki, przychodził sygnał: nie.
Nie lubię niezwykle, gdy autor polski pisze o Stanach Zjednoczonych, nie mając w tym większego interesu. Chyba tylko taki, że USA w literaturze to taki teren uniwersalny, przemawiający do każdego telewidza, każdego amatora czytadeł. I muszę przyznać, że pani Szolc ta literacka emigracja wyszła nawet dobrze. Tyle, że sam zabieg to zwykła literacka kastracja.
Wspominałem już, że bardzo lubię netmuzykę. Taką, co to można za darmo i legalnie pobrać z Internetu i radować się jej dźwiękami bez większych ograniczeń. Czas więc na drugą odsłonę muzyki mrocznej a darmowej, nieco skromniejszą ilościowo niż uprzednio, ale jakże bogatą treścią.
Towary Zastępcze, to polski zespół wykonujący muzykę z pogranicza electro, alternatywy rockowej, jazzu i poezji śpiewanej. Pierwsze i jak na razie nieodzowne skojarzenie numer jeden to Świetliki. Tyle, że Towary są tworem już dojrzałym i o własnej tożsamości. Niemniej muzyka i koncept artystyczny przypomina ten Świetlickiego.
Pierwszą płytę wydali trzy lata temu. Były to smutne, melancholijne dźwięki i jeszcze smutniejsze, jeszcze bardziej melancholijne wiersze. Bez wielkiego zadęcia, ale pięknie wykonane pod każdym względem. Album nosi nazwę Ciche dni.
Ptaki w stanie wściekłym
Był to jakiś niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności, że na nadmorski wypoczynek wziąłem ze sobą – już od dawna na półce zalegające – Makabreski Daphne du Maurier.
Zacząć należy od tego, od czego zaczyna się zbiór. To jest od osławionych przez Hitchcocka Ptaków. Właśnie to opowiadanie, czytane pod namiotem, a wspominane na plaży, jest największą perłą w kieszonkowo wydanej kolekcji. Tam ataki ptaków obserwowane były przez bohatera w nadmorskim domku, tam mewy i kormorany wirowały chmurą nad wodą, kołysały się ogromnymi stadami na falach, czekając pory do ataku. W Ustce było o wiele bezpieczniej – ptaszyskom niespieszno było dzioby moczyć w ludzkiej krwi. Ale jak to działa na wyobraźnię! Tekst taki niby prosty – ot, jak pierwowzór Nocy żywych trupów, jeno zwłoki ludzkie zastąpiły żywe i wściekłe ptaki. Poza tym to absolutnie klasyczny survival horror. Arcydzieło gatunku.
Przez miesiąc nic na blogu nie napisałem, więc troszkę mi wstyd. Kilka zdań w ramach zadośćuczynienia światu skreśliłem o Błędach Małeckiego, ale jeszcze się wytłumaczę.
W dużej mierze nie pisałem nic, nie przeczytałem stosownych książek. Poza tym kilka dni spędziłem w pracy jako młodszy łopatowy, także pomocnik taczkarza. To jest tworzyłem łopatą parking, jakieś ładne skarpy i takie tam. Banalna wakacyjna praca, po której miałem siłę tylko na Family Guy’a.
Jeszcze byłem nad morzem na tydzień, aby się wymoczyć w słonej zalewie. Jeszcze odwiedziłem Off Festival, Magię Rocka, jakieś Dni Miasta Kędzierzyna-Koźla; gdzieś łaziłem po ludziach, dawałem się wrobić w bycie kierowcą. A bywało, że mi się nie chciało. Ale teraz nie planuję cudów, to kilka rzeczy tutaj napiszę w ramach nadrobienia. O ile wrzesień mi panów nie zmieni. A zmieni na pewno, z czym walczyć zamierzam.
Amen.
Błędy
Pamiętam, że kiedy zobaczyłem w jakiś zapowiedziach, jeszcze z rok temu, okładkę Błędów Małeckiego, pomyślałem, że też taką chcę. Co prawda nie napisałem nic, co byłoby godne wydania, tym bardziej powieści, z makabrycznym pluszakiem w treści, ale dalej zazdroszczę tej okładki.
Nie wiem tylko, skąd właściwie się wzięła. Może minimalnie nawiązuje do historii za okładką opowiedzianej, ale w stopniu raczej marginalnym.
W ogóle Małecki swym debiutem zaskoczył mnie o tyle, że spodziewałem się rzeczy zupełnie, ale to zupełnie odmiennej, niż otrzymałem. Ani to dobrze, ani źle, skoro gdybałem tylko zapatrzony w obrazek i ledwie przeczytałem zapowiedź. Sytuacja zmieniła się gdy zacząłem czytać. Zacząłem i zrozumiałem, że nie ma co liczyć znów na nową jakość w polskiej literaturze. Bo niby mamy wielki boom na horror, namnożyło się nam tych postaci, twórców prozy, czytelników też przybywa; już nie tylko King i wszelkiej maści badziewia i pół-badziewia spod znaku Smitha; już nie tylko mielonka Mastertona i Koontz, dla których nie potrafię znaleźć dobrego epitetu.
