Archiwum dla Lipiec, 2009»
Może to w bloku straszyć?
Niby to w starych zamczyskach i przaśnych chałupach straszy najlepiej. Tak dziadkowie opowiadali, klasycy opisywali to i na tym stanęło. Tym bardziej, że w starych miejscach i duchy stare. Stare spokojne zdąży pajęczyną obrosnąć, a ona zawsze jest na topie. Nietoperze lubią jak jest cicho, więc ruiny im w smak, a jeszcze bardziej robactwo czy owady, co się tam zalęgły. Nietoperze mają na rynku grozy pozycję na tyle gruntowaną, że w modzie są zawsze.
Ale czas płynie, ruiny rozkradają złomiarze; malowane na murach “chuje” i “kurwy” splendoru nie dodają, tak jak też gotyckiego dreszczyku. Ja sobie mieszkam w starym domku, ale jak na studia wyjadę, to wita mnie mnie szary, miejski akademik. Bloki są w Polsce jak długa, szeroka i ludzi pełna. Pobudowali, ludzie zamieszkali więc i umierają. Kto umarł ukontentowany, po śmierci siedzi cicho. Kto żal ma do świata – straszy. A nie zawsze jest blisko na cmentarze czy do gotyckich murów. Takie życie, taka śmierć – trza w bloku straszyć.
Jak to ludzie z duchami…
Nie mogę przestać chwalić sobie inicjatywy wydawnictwa C&T o nazwie Biblioteka grozy. Prawda, że na świecie podobne serie prowadzi się z większym rozmachem, w skórzanych okładkach, z większą częstotliwością i z suszonymi nietoperzami w rolach zakładek. Ale to jest nasze, polskie i właściwie jedyne prowadzone w tak dobry sposób.
Zbiór opowiadań grozy Duchy i ludzie autorstwa Edith Wharton ma już z rok chyba. Od listopada leżakował u mnie na półce, aż w końcu nadszedł czas właściwy i kniga poszła w obroty.
Jak to już wcześniej bywało, jest to tłumaczenie dobrej anglojęzycznej antologii, co za tym idzie – rzeczy solidnie dopracowanej. W przypadku tejże pisarki nie ma to większego znaczenia, bo z grozą romansowała ona jedynie sporadycznie, poświęcając się raczej mariażowi z realizmem i psychologią. Tak w duchu Henry’ego Jamesa (nota bene również parającego się na boku straszeniem). Dostaliśmy więc właściwie komplet tych teksów – tak jak i w poprzednim tomiku pani Mary Wilkins. I znów dostaliśmy rzeczy godne uwagi. Wszak to klasyka nie dlatego, że stara, jeno gdyż się zachowała i mimo lat dalej dostarcza wrażeń.
Moździoch z aluminiowym…
Jarosław Moździoch jakoś specjalnie znanym pisarzem nie jest. Swego czasu sporo mówiło się o Masce Luny, jego debiutanckiej powieści. Chwalono, szczególnie, że gdy wychodziła, polski horror był jeszcze rzeczą piekielnie niszową. Nie czytałem tej książki, muszę więc polegać na cudzych opiniach. I trochę nie dowierzam.
Wpadł mi w ręce ostatnio zbiór opowiadań Moździocha Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni. Gdzieś tam jeszcze miałem w głowie powyższe superlatywy, więc nastawienie miałem dobre. Przy pierwszym opowiadaniu mina nieco mi zrzedła. Nie mam nic przeciwko nowoczesności prozy, przeciwko wtrącaniu potoczyzmów i stylizacji, ale moździochowa makabreska zdawała mi się nieco przesadzona. Za dużo ordynarności, naprawdę. Toć już Masłowska potrafiła lepiej nią operować. Była potoczna do bólu, ale nie banalna. Ale pomyślałem: postmodernizm i czytałem dalej.
