Archiwum dla Styczeń, 2009»
Baśnie uwielbiam od zawsze, baśnie tkwią we mnie co najmniej tak głęboko jak język i sztuka chodzenia. Mózg mi przeszedł nimi na wylot i chyba tak zostanie. Wszystko to dlatego, że czytano mi baśnie od małego. Andersen był smutny, przez co mniej czytany, ale przepiękny zbiór Bajarka opowiada był moją ulubioną lekturą przez lata. Takoż baśnie braci Grimm i kilka innych książek, które pogubiłem, zapomniałem, albo zwyczajnie muszę sobie dopiero przypomnieć. Ale baśnie były i rzeźbiły mi wyobraźnię, po to, bym odkrywał je na nowo w opowiadaniach Hoffmanna, w gotyckich romansach i w Śródziemiu Tolkiena. Baśń dojrzała, przybrała inne formy, ale dalej była priorytetem.
Rzadko czytuję powieści historyczne, bo zwyczajnie jest za dużo innych. Lubię ten gatunek, ale ma dużo mniejszy priorytet, niż na ten przykład horror. Niemniej jak się zdarzy dobra powieść, to i kilka dni dla niej zawalę. Tak było w przypadku Bliznobrodego Tomasza Łysiaka. Tak jest, nie Łysiaka seniora, a syna. Bliznobrody to jego druga powieść; zarazem druga z cyklu historii szalbierskich, która ma liczyć tomów trzy. I zły jestem, że zacząć cykl było mi nie od początku. Bo pozostałe dwie części nadrobić będę musiał tak czy tak. Zostałem wciągnięty i basta.
