Archiwum dla Grudzień, 2008»
Dickens sam w domu
Pewnie w czasie Świąt oglądałbym telewizję gdybym się nudził. Po raz n-ty zliczyłbym rendez-vous z Kevinem, walczącym z przygłupimi złodziejami, czy inne osobliwe show, które telewizja przygotowała nam specjalnie na tę okazję. Kto wie, może i dobrze bym się bawił. Problem w tym, że ja raczej nie zwykłem się nudzić. Takie życie – książki leżą wszędzie i w milczeniu domagają się atencji.
Tak więc święta spędziłem pod znakiem książki – różnica w stosunku do reszty roku była głownie w intensywności lektury, bo zazwyczaj nie mogę sobie pozwolić na taką rozpustę. Książka, kilka filmów, masa jedzenia i takie tam. Może mało świątecznie, ale w tym roku nie było lepszych planów.
Miasto szuka mordercy
Nie znam się na filmach. Żaden to wstyd, więc z góry o tym uprzedzam. Nie znam się, ale lubię oglądać – szczególnie kino trochę już starsze dobrze mi robi na serducho.
Do filmu M – morderca Fritza Langa – genialnego niemiecko-austriacko-amerykańskiego reżysera początków kinematografii jakoś długo podchodziłem. Nie dlatego, że mnie nie ciągnęło. Stara czarno-biała groza jest wyjątkowa. To jest: wyjątkowo dobra. Przynajmniej często tak bywało, bo jak nie ma się komputerów, super-duper gadżetów i sztucznych jelit, to trzeba sobie radzić jakoś inaczej. Dali i Luis Buñuel w Psie andaluzyjskim, jak musieli przeciąć oko, to wzięli wole. A taki Lang w ogóle nie bawi się w podobne gore. Robi nastrój niepokoju i smaczniej i ciekawiej.
