paź 14 2008

Zielona twarz

Napisał Paweł Mateja

Gustav MeyrinkTrudno jest mi pisać o twórczości Gustava Meyrinka. To zadanie zwyczajnie zdaje się mnie przerastać. Jakiś czas temu dzięki lekturze kilku jego opowiadań w antologii Gabinet figur woskowych i w Spotkaniu poza czasem doznałem  silnego szoku, spotęgowanego jeszcze powieścią Noc Walpurgii. Czegoś takiego wcześniej nie spotkałem, ni do tej pory nie znalazłem w innym wydaniu. Jakiś czas później odważyłem się podjąć lekturę jego pierwszej powieści Golema. Nieco obawiałem się, czy ogarnę, czy podołam. Cóż, nie udało mi się do końca, bo nie jestem kabalistą, ni znawcą okultyzmu. Czy przeczytałem? Tak: czytałem z wypiekami na twarzy, chłonąc każde zdanie jak czystą magię. Od tego czasu niewiele odkryłem lektur, które choć równać mogłyby się z dziełem Szatana z Pragi.

Prócz tego trafiłem jeszcze na powieść Biały dominikanin oraz kilka opowiadań luzem. Cały czas jednak czułem niedosyt. Trawiła mnie przede wszystkim chęć przeczytania następnej po Golemie powieści, czyli Zielonej twarzy. Kłopot z nią polega jednak na tym, że po wojnie w Polsce nikt nie pokwapił się jej wznowić, więc długo musiałem czekać, by w końcu wpadła w moje ręce. Oto jednak jest, znalazłem, przeczytałem i nie oddam za żadne skarby.

Zacznę od faktu, że nieco się rozczarowałem. Miałem oto nadzieję, że otrzymam coś na wzór Golema, coś przepełnionego poezją zaklętą w mury i speluny, że stanę jak żywy w praskiej knajpie, że patrzyć będę na pijaną Rozalkę, która w samej marynarce tylko tańczy. Chciałem jeszcze raz poczuć szaleństwo zaklęte w Golemie. Cóż, nie tym razem. Zda się, swym powieściowym debiutem Meyrink dokonał wszystkiego, czego mógł sobie życzyć na kanwie artystycznej i dalej postanowił skupić się na ezoterycznych właściwościach swej twórczości. Od właśnie Zielonej twarzy w górę widać, że Meyrink-pisarz staje się raczej Meyrinkiem-ezoterykiem, nauczycielem. Oczywiście, nie można odmówić tym dziełom wartości literacko-artystycznych, ale nie mogę nie odnosić wrażenia, że to wszytko tylko efektowna przykrywka dla wyższych wartości. Tak też zresztą było w przypadku Golema, jednak tam walory literackie mimo wszystko zdawały się stać na szczycie podium.

Jeśliby skupić się na czysto rozrywkowych aspektach Zielonej twarzy, otrzymujemy zgrabną, choć nieco przyciężką powieść grozy, czy raczej opowieść niesamowitą; lub jeszcze inaczej: opowieść okultystyczną. Historia, umieszczona w Amsterdamie po wielkiej wojnie, która zniszczyła świat na początku XX wieku (powieść została napisana w roku pańskim 1916!), to ponura, nieco post-apokaliptyczna wizja świata na wpółmartwego, choć zachowującego mocne pozory dawnej świetności. Pod pozornym blichtrem kryje się jednak pędzący niepokój, zmuszający ludzkość do poszukiwania się w nowym świecie, do odnalezienia nowej drogi i nowego życia.

Żyd wieczny tułacz - Gustave DoréAmsterdam przedstawiony tutaj w wielu aspektach przypomina brudną i mroczną Pragę znaną już z Nocy Walpurgii czy Golema. To miejsce niebezpieczne, pełne niespodzianek i szaleństwa. Można w nim znaleźć tanie speluny, sklepy okultystyczne; można trafić na zebranie kabalistyczno-chrześcijańskiej sekty, ale też wypić likier w ślicznej kawiarni. Nie od parady wspominam o tym wszystkim. Nie chcę wgryzać się zbyt głęboko w fabułę, by przypadkowo nie odsłonić za dużo. Poza tym takie streszczanie niespecjalnie mnie bawi. Mamy tu jednak ciekawą intrygę rodem z mrocznego kryminału, morderstwa i cienką tylko granicę między zaświatami a rzeczywistością.

Tak jak w poprzedniej powieści Meyrink posłużył się mitem golema do zawiązania fabuły, tak tutaj prezentuje historię Żyda Wiecznego Tułacza, czyli Ahaswera. To mityczna postać, która została skazana na wieczną tułaczkę po świecie za nieokazanie litości katowanemu Chrystusowi. Podobnie też autor bawi się mitem, przetwarzając go na własną potrzebę i nadając całości mocno ezoteryczny charakter. Czyli w finalnym efekcie niewiele ma ten motyw wspólnego z pierwowzorem. Czy to źle? Chyba nie, to po prostu meyrinkowa modła.

To, co najmocniej uderzyło mnie przy lekturze to fakt, iż jej groza nie jest właściwie efektem zastosowania klasycznych chwytów literatury spod znaku pająka i nietoperza. A trzeba przyznać, że i to możemy tu odnaleźć. Nie, prawdziwa groza jest tutaj metafizyczna. To strach przed tym co niezrozumiałe, przed gnozą. Nadczłowieczeństwo Meyrinka, jego wizja istoty wyższej ma w sobie coś przerażającego. Dla nas, ludzi zwykłych. Mamy emocje, które w efekcie okazują się jedynie przeszkodą w rozwoju, dbamy o życie doczesne, jesteśmy ludźmi prostymi, żyjącymi w swojej rzeczywistości. Jak ślepcy, kurczowo trzymający się życia, które prowadzi na manowce. Stracić to wszystko, to zrozumieć. Zrozumieć znaczy nie być już więcej tym, kim było się pozornie wcześniej. Nie będę wykładał tutaj całej filozofii pisarza, którą przedstawił w tej qasi-powieści. Obawiam się, że daleki jestem od jej zrozumienia. Gwarantuję jednak, że lektura dostarcza wielu wrażeń, które są zjawiskiem ponad zwykły niepokój, tak zwany dreszczyk. To oddech zaświatów, oddech wewnętrznego ja.

Jeśli mam być szczery, nie rokuję tej książce jakichkolwiek szans na wznowienie, chyba że znajdzie się wydawnictwo, które odważy się zrobić to wbrew koniunkturze, ot, dla czystej zasady i satysfakcji wąskiej garstki zainteresowanych. Sądzę, że jest jednak kilka pozycji w Polsce nieobecnych, których absencja jest odczuwana boleśniej. Kto chce poznać Gustava Meyrinka, niech na razie sięgnie po Golema, czy inne dostępne bez większego trudu na rynku pozycje. Dla reszty zostanie szukać w antykwariatach i na aukcjach. A wbrew pozorom warto poszukać tam Zielonej twarzy. To klasa sama w sobie, tyle że raczej dla maniaków.

Gustav Meyrink Zielona twarz
Lwów 1922, Spółdzielnia Nakładowa Odrodzenie
Tłumaczył R. S.

Plik w kategorii : Okultyzm, Proza, Sztuka | 1 komentarz »

One Response to “Zielona twarz”

  1. Cichy mówi:

    Gustav Meyrink to moim zdaniem jeden z bardzo niewielu pisarzy, którzy straszą kreując tło dla przekazania swej filozofii. Tak miał w pewnym sensie Poe, tak miał Lovecraft, i o nich się mówi “mistrzowie gatunku”. Myślę, że coś w tym jest, bo sam horror to pewnego rodzaju filozofia, używana nieraz jako silne podłoże pod przekazanie czegoś więcej. Meyrink z pewnością stanąłby na najwyższym piedestale klasyki grozy, uważany przez cały świat za kolejnego mistrza, gdyby nie ezoteryczność jego filozofii. Jak słusznie wspomniałeś Paweł – powieść w tym wypadku to tylko pretekst i jak o “Golemie” mówi się sporo, bo zawiera pewną historię, którą można śledzić z ciekawością, tak o “Zielonej twarzy” zapewne (sam bowiem nie czytałem książki) już nie, gdyż jest właśnie – jak przypuszczam – quasi-powieścią, quasi-traktatem filozoficznym, który raczej nie trafi do mas.

    Ale cieszy mnie, że zajmuje Cię ten autor. Mam nadzieję, że odkopiesz jeszcze kilku pisarzy, którzy zasługują na uznanie i oczywiście nam o nich opowiesz. :)

Leave a Reply

Spam Protection by WP-SpamFree Plugin