Archiwum dla Październik, 2008»
Właściwie wstyd mi trochę się przyznać, że Mnicha przeczytałem dopiero przed kilkoma dniami. A to przecież jedno z najważniejszych i fundamentalnych dzieł w literaturze grozy; jedna z najsłynniejszych powieści gotyckich. Ale jak by nie było – zaległość nadrobiłem i wielce jestem z tego kontent.
To, czym różni się powieść Lewisa od romansów na przykład Ann Radcliffe, jest fakt, iż mamy tutaj autentyczną, nadnaturalną grozę. Powieści królowej sentymentalnej nastrojowości właściwie w niewielu momentach zbliżały się do ukazania czegoś autentycznie strasznego. Zazwyczaj poprzestawała na jakimś pościgu, schadzce pod ponurym i srogim mostem – słowem: było u niej nastrojowo, ale w ramach dobrego smaku, bez elementów, które u dobrze wychowanej damy mogłyby wywołać coś więcej niż rumieniec. Co innego Lewis, debiutujący Mnichem w wieku lat dwudziestu. Jeszcze młody, z głową napchaną antyklerykalizmem, literaturą markiza De Sade; ze swoimi świeżymi i młodymi żądzami i chuciami. Temu nie straszne ni gwałty, ni diabły. Nie sili się na budzące niesmak, na siłę racjonalistyczne i cholernie nudne zakończenia. Bo i po co, lepiej zaszaleć. Dlatego czytając tę powieść można spotkać nie tylko diabły, demony i szaleńców, ale także wiernego druha Hoffmanna i Meyrinka, czyli Wiecznego Żyda Tułacza. Jest nieco kabały i całe mnóstwo mrocznych tajemnic zakonników płci obojga.
Zielona twarz
Trudno jest mi pisać o twórczości Gustava Meyrinka. To zadanie zwyczajnie zdaje się mnie przerastać. Jakiś czas temu dzięki lekturze kilku jego opowiadań w antologii Gabinet figur woskowych i w Spotkaniu poza czasem doznałem silnego szoku, spotęgowanego jeszcze powieścią Noc Walpurgii. Czegoś takiego wcześniej nie spotkałem, ni do tej pory nie znalazłem w innym wydaniu. Jakiś czas później odważyłem się podjąć lekturę jego pierwszej powieści Golema. Nieco obawiałem się, czy ogarnę, czy podołam. Cóż, nie udało mi się do końca, bo nie jestem kabalistą, ni znawcą okultyzmu. Czy przeczytałem? Tak: czytałem z wypiekami na twarzy, chłonąc każde zdanie jak czystą magię. Od tego czasu niewiele odkryłem lektur, które choć równać mogłyby się z dziełem Szatana z Pragi.
Prócz tego trafiłem jeszcze na powieść Biały dominikanin oraz kilka opowiadań luzem. Cały czas jednak czułem niedosyt. Trawiła mnie przede wszystkim chęć przeczytania następnej po Golemie powieści, czyli Zielonej twarzy. Kłopot z nią polega jednak na tym, że po wojnie w Polsce nikt nie pokwapił się jej wznowić, więc długo musiałem czekać, by w końcu wpadła w moje ręce. Oto jednak jest, znalazłem, przeczytałem i nie oddam za żadne skarby.
