Archiwum dla Lipiec, 2008»
Między Skyllą a Charybdą
Lekturę Homerowskiej Odyseji zacząłem właściwie po to, by lepiej przygotować się do karkołomnego zadania pokonania Joyce’owskiego Ulissesa.
Wpierw zatrzymał mnie nazbyt długi początek i wręcz komiczny w kontekście współczesnego języka polskiego początek drugiej pieśni. Pozwolę sobie zacytować:
Gdy świt różanopalcą urodził Jutrzenkę,
Syn Odysa się z łoża porwał, wdział sukienkę
Nic nie pomógł fakt, że Telemach zdecydowanie nie był zwolennikiem damskich ciuszków, nie pomógł przypis, tłumaczący sukienkę jako chiton i chlajnę, ni to, że była ona chędoga. Na głowę spadł mi wtedy fortepian czy może dziesięciu tonowy odważnik. Po patosie, po czytaniu.
Będzie krótko.
Właściwie chciałem po prostu uprzedzić, że wakacje spędzam pod znakiem pracy. Całe szczęście, że tym razem w Polsce. Niemniej jako sezonowy pomocnik młodszego magazynowego mam mocno zajęty czas i raczej trochę muszę się opamiętać z czytaniem. Wszak tyle innych rzeczy jest do roboty, szczególnie że mam mimo wszystko wakacje.
No i z życiem trzeba się uporać. Tu poprawić, tam przygładzić, żeby się oddychać w końcu dało. A teraz biorę oddech i znikam. Za kilka dni postaram się napisać coś o grekach i morskich podróżach. Można to poraktować jako zagadkę, ale chyba zbyt to proste, prawda?
