Rezultaty dla "inside"



Tydzień z głowy (23)

Obejrzałem „Skazanych na strach”, czyli francuski „Martyrs”, który od niedawna leci w kinach i z pewnością nie zasługuje na cenę normalnego biletu, więcej, wydaje się być wydanym bezpośrednio na sieci p2p. Choć nie jest bardzo źle, druga sekwencja, w której dziewczyna rozwala czteroosobową rodzinę z dwururki zapada głęboko w pamięć, no a dalej jest już gorzej, dostajemy sprawnie nakręconą masakrę, z niezłymi aktorami i wartością dodaną w postaci tandetnej mistyki pod sam koniec. Pieklę się, bo słyszałem i „Martyrs” dużo dobrego, w rzeczy samej, fatalne to nie jest, zwyczajnie, oczekiwałem więcej. Natomiast, wykumałem wreszcie specyfikę nowej fali francuskiego horroru. Zabieg numer jeden polega na pozornej rezygnacji z warstwy nadnaturalnej, koncentrując się na celebracji makabry. Ukazywaniu kolejnych potworności podporządkowane jest wszystko, z fabułą na czele, aż po zanik pozorów: bohaterowie nawet nie próbują być psychicznie wiarygodni, wybierając w zamian wiarygodność konwencji. Facet pójdzie dostać siekierą w łeb, choćby musiał minąć szyld: WSZECHŚWIATOWE CENTRUM WALENIA SIEKIERĄ W GŁOWĘ, odstać ulotkę i podpisać regulamin. Zabieg znany, ale tu stosowany nie z braku umiejętności, kretynizmu nawet, lecz celowo. Podobnie z zabiegiem numer dwa – istnieje w horrorze tendencja do nadawania złowieszczości rzeczom i figurom z natury swej niegroźnym. Mam tu na myśli na przykład lalkę („Childs play”) a nawet bałwanka („Jack Frost”). Seksizm kina grozy sprawił, że mordują głównie faceci, więc Francuzi wykonali woltę i z uporem godnym lepszej sprawy kręcą dziełka w których kobiety (najczęściej bardzo ładne), zabijają, ćwiartują, krew chłepczą i robią wszystko inne, czego gatunek wymaga, tak mamy w „Haute Tension”, w „Inside”, coś podobnego przewinęło się we „Frontiers” jeśli mnie pamięć nie myli, teraz w „Martyrs”, słowem serce feminizacji kina grozy bije dziś w Paryżu.

Nowinka kulturowa: Romek Kostrzewski (zespół Kat), śpiewa Niemena:

Oraz pięknie tańczy do Ali Janosz:

Piszę tu o różnych rzeczach, najczęściej błahych lub nawet nieistotnych, niewiele pamiętam z tego co już napisałem i być może nawet się powtarzam, ale mam wrażenie, że nigdy nie wspomniałem o chodzeniu na siłkę. Zapewne dlatego, że nigdy nie było ku temu jakiegoś konkretnego powodu, powód znalazłby się, gdybym dostał zawału przy martwym ciągu, a przynajmniej, by spadł mi na łeb drążek do ćwiczenia tricepsa, co kiedyś się zdarzyło, ale wtedy jeszcze nie prowadziłem bloga. Więc, zdołałem wyrwać w postanowieniu noworocznym i chodzę na treningi trzy razy w tygodniu, co cieszy. Schudłem i czuję się lepiej, poza tym, w podnoszeniu ciężarów jest coś absolutnie niesamowitego, co łapiesz albo i nie łapiesz: jakaś powtarzalność, jakieś zwarcie i napięcie, a mówiąc po ludzku, przewalając tony żelastwa naprawdę czujesz się lżejszy. Czytałem gdzieś, że siłownie, czy też kluby fitness pełnią dzisiaj rolę łaźni w starożytnym Rzymie, gdzie bywali, gadali ze sobą ludzie z najróżniejszych szczebli, zjednoczeni w prostocie tej miłej czynności. Wtedy gąbka do podcierania była wspólna, teraz mydło pod prysznicem.

W kulturystyce jest w ogóle coś ponurego i niezdrowego, strasznie bowiem łatwo przekroczyć granicę pomiędzy dbaniem o wygląd a obsesją ciała, kulturystyka jest zaś obsesyjna i graniczna: zawsze znajdzie się coś do poprawienia, odtłuszczenia, napompowania, na tym polega też ten biznes, człowiek zadowolony ze swego wstrząsającego torsu, uznajcy go za tors kompletny, lub nawet ideę platońską męskiego torsu może chcieć przestać kupować suplementy. Coś mnie w tym odrzuca, choć nie powinno, bo szukanie piękna, choćby było to piękno ciała, jest jednym z najważniejszych celów człowieka, może dlatego, że to nie moje piękno, może tak pięknym być najłatwiej, a może sprzeciwia się mój żołądek: nie ma nic bardziej przerażającego od diety kulturystów. Nie mówię tutaj o sterydach, albo standardowych suplementach, lecz o gotowanym kurczaku z ryżem bez soli, o koktajlach z bananem, maślanką i jajkiem, przy jednoczesnym wzgardzeniu kotletem, golonką oraz pizzą. Do tego wypadałoby wyłącznie trenować, żreć i spać po czternaście godzin, żeby ciało się zregenerowało, oraz zapomnieć o winku czy papierosku, czyniących wysiłek włókien próżnym. Strasznie to wsobne i autystyczne, szkoda trochę, bo samo machanie szangą jest jak bicz eremity, wygania z głowy głupie myśli.

Branie na klatę ma też coś wspólnego z pisaniem książek. Nie ma sensu brać się za ciężar, który możemy podnieść i pisanie książek, które możemy napisać także jest bezsensowne. Więc zakładam, powiedzmy 130 kilo na ławeczkę prostą i wiem, że nie ruszę, więc stoi za mną kumpel i ujmuje parę kilogramów, aż, za dziesiątym, dwudziestym podejście, wykonam ruch samodzielnie. Kiedy trzy lata temu zabierałem się za pisanie „Świętego Wrocławia” nie umiałem tego zrobić, rzecz mnie przerastała, ale potem, trzy lata później, już nie mogłem, wydaje mi się że potrafiłem: asekurację dało mi kilka osób, odjęło ciężaru, bez nich nie dałbym rady. Dziękuję. Premiera powieści w środę.

Inside

Pamiętam, że jak pisałem opowiadanie do „Księgi strachu” wymyśliłem sobie, że nie ma większego lęku, jak lęk matki o dziecko. A wczoraj obejrzałem francuski „Inside” i wyszło po raz kolejny, że Francja jest w tej chwili stolicą horroru. Tak mocnego filmu nie widziałem od dawna a to takie proste – ciężarna w dziewiątym miesiącu i szalona kobieta, która chce wyciąć jej dziecko z brzucha. „Piły” i „Hostele” przy tym nie istnieją, to prawdziwa ból i ciemność, fotograficznie uchwycona przemoc, cierpienie tak wielkie, że znika szklana granica ekranu. Po kilkuset, może kilku tysiącach horrorów, które zobaczyłem, nie przypuszczałem że jeszcze raz powiem to sobie – jestem wstrząśnięty.

À l’intérieur (AKA Inside), reż. Julien Maury , Alexandre Bustillo, wyst. Béatrice Dalle, Alysson Paradis, Francja 2007