Zamiastkon 2009

Tako rzecze Rafał Kosik:

Koniec gadania, początek działania. ZamiastCon 2009 odbędzie się w Krakowie, w klubie Lokator, ul. Krakowska 27 (Dom Norymberski). Część oficjalna wystartuje w sobotę 28 lutego i trwać będzie do zamknięcia klubu, co zwyczajem krakowskim następuje naprawdę bladym świtem. Co bardziej chętni mogą nawiedzić Kraków już w piątek (ja na przykład jestem bardziej chętny) i wpaść w tenże piątek na nieoficjalną część, również do klubu Lokator. W niedzielę nastąpią indywidualne reanimacje w podgrupach i powrót do domów.

Zasada ta sama, co przed rokiem: Wszelkie punkty programu są mile widziane, o ile pomysłodawca zajmie się ich realizacją ;)

Aktualniejsza wersja tej strony znajduje się tutaj.

Jeśli impreza się uda, to organizatorami są: Jarek Urbaniuk, Łukasz Orbitowski i ja. Jeśli impreza się nie uda, to znaczy, że my jej nie robiliśmy.

Aktualna lista gości znajduje się na wątku na forum SFFH. Zgłaszać się można tam lub mailowo do któregoś z organizatorów. Przyjście bez zgłoszenia nie pociąga za sobą jakichkolwiek sankcji :)

Tydzień z głowy (15)

Oglądanie na ekranie swojej własnej historii zawsze jest dość dziwnym wrażeniem, nie mówię o tej wymarzonej opowieści, ale dokładnie takiej, jak się wydarzyła. Przypomniałem sobie „Amatora” Kieślowskiego, opadła mi szczęka. Przecież historia pana Mosza jest, w gruncie rzeczy odbiciem mojej, choć zakończenie jest inne, gdyby streścić, wyszłoby bez mydła, o tak – czyli losy ludzkie są jednak typowe i nie ma co podniecać się wyjątkowością własną i tego, co nam się przydarza. A jeśli coś jeszcze znajduję wspólnego to chyba to, ze w życiu, jak i w „Amatorze” wszystko, co najważniejsze dokonuje się poza kadrem, kiedy kamera zostaje wyłączona. To czego doświadczamy lub oglądamy stanowi wynik napięć, wydarzeń podskórnych, mrocznych, w każdym razie głęboko ukrytych w żyłach świata i naszych własnych.

Niewiele pisuję o swoim synu, choć może powinienem – albo głupio mi trochę, albo w ogóle niewiele miejsca tutaj poświęcam ludziom wokół mnie. Nawet tym najważniejszym. Nie mam też wielu cech, którymi wyróżnia się ojciec, na przykład mam serdecznie w dupie, jakie Julek słowo wypowie jako pierwsze. Za to w piątek się wzruszyłem, mój milczący synek rozpoznaje więcej niż sądzę. Czytaliśmy bajkę, z obrazkami, było tam wnętrze domku. Poprosiłem żeby pokazał okno, najpierw w książeczce, potem w domu. Lustro. To samo i tak dalej, pokazywał mi wyraźnie dumny, że już potrafi, a ja cieszyłem się, że kolejny fragment świata otworzył się przed nim i razem możemy go dzielić.

Czasem trzeba ująć się za tym, za którymi nikt się nie ujmie. Czytam sobie czasem o nowej etyce pracy, wyznaczonej przez zwalczanie mobbingu i molestowania seksualnego. Najpierw aspekt praktyczny, czyli czemu ludzie do pracy chodzą. Nie wędrują tyrać po osiem, dziesięć godzin żeby realizować siebie albo się nie nudzić, chodzi oczywiście o pieniądze, ale nie tylko o nie – gdyby tak było, zamiast pracować, zostalibyśmy złodziejami lub szantażystami. Oprócz forsy, ludzie dymają do roboty żeby jednych kolegów/koleżanki z pracy podrywać a innych dręczyć, innych przyczyn nie ma i raczej nie będzie (myśl tę zapożyczam od Jerzego Urbana), w konsekwencji czego próby rugowania zjawisk niszczą kompletnie motywację, a dalej, wydajność firmy. Być może – ja nie mam wątpliwości – całe szaleństwo związane z treningami asertywności, motywacji, autoprezentacji i innych czarodziejskich umiejętności stanowi komponent, łatę naklejaną na tę dziurę w przestrzeni, w której niegdyś szef podrywał sekretarkę, a ona rozważała, czy opłaca się jej być uwiedzioną. I moje współczucie biegnie właśnie ku niej, lub też ku niemu w każdym razie, ku dziesiątkom tysięcy pracowników, którzy budowali swoją karierę na dupie, w czym byli dobrzy, pożyteczni czy nawet zachwycający, teraz ta ścieżka kariery została im odjęta, snują się więc smutni bez planów na przyszłośc. Żal mi ich straszliwie i szczerze, jak żal każdego zmarnowanego talentu, w tym wypadku daru do flitru, podrywu, całej sztuki uwodzenia, co zostało wyrzucone ze świata pracy, czyniąc tę przestrzeń przygnębiającą, do tego, całe to wydarzenie dokonało się w trosce o tych ludzi właśnie, jakby nie wierzono, że człowiek sam o siebie może się zatroszczyć, obronić, nawet przed silniejszym.

A skoro już Urban to parę słów o nim. Otóż, Urbana zwyczajnie lubię zdając sobie sprawę, że jest to bydle i prosię, cóż, wielu moich serdecznych kolegów to również bydlęta zamieszkałe w chlewiku. W dniach ostatnich Polski Ludowej sprawdził się świetnie jako rzecznik, realizując polityczną wersję starożytnego paradoksu kłamcy, innymi słowy – czy jeśli ktoś, kto kłamie, wie że kłamie i wszyscy też to wiedzą, to wciąż pozostaje kłamcą. Casus Popiełuszki był tylko tego brutalną konsekwencją. Tygodnik NIE był zwyczajnie potrzebny, nie wiem jak jest dzisiaj, bo skręt w uliczkę gjowsko-feministyczno-ekologiczną jednak mi nie bardzo, zresztą, ten rodzaj sympatii przejawiany przez Urbana wydaje mi się raczej konsekwencją koniunktury. Podzielam pogląd, że Solidarność była ruchem w gruncie rzeczy zbudowanym na oczekiwaniach pieniężnych i gdyby komuchom kasy starczyło, wała byśmy mieli a nie zryw narodowy. Nie mogę tylko pojąć tego zakochania w Jaruzelu, w ogóle, pomysł miłowania kogoś tak w rodzaju Jaruzela wydaje mi się dziwny na gruncie ateizmu, jak i dowolnej religii. Jeśli coś Urbanowi – poza zaszczepieniem niechęci do księży – zawdzięczam, to tytuł niniejszej rubryczki, oraz masę warsztatowych spostrzeżeń. Ten cwaniak z uszami ma przecież jedno z najlepszych piór polskiej publicystyki, a już na pewno najbardziej błyskotliwym.

I właśnie w kontekście błyskotliwości patrzę sobie na tego gasnącego starca, na to tłuste sado-maso, rozumiem także jego dramat, gdyż nie mam wątpliwości, ze Urban swoją wrażliwość posiada i wie, co się z nim dzieje. Istnieje różnica pomiędzy mądrością a błyskotliwością. Tej pierwszej jakoś brak Urbanowi, mógłbym iść do niego po radę w sprawach konkretnych: jak tekst poprawić, dać sobie radę z dziewczyną, jaką tu wódkę kupić i gdzie szukać kasy. Mądrości zaś poszedłbym szukać gdzie indziej, właściwie nie wiem gdzie, coś mądrali ostatnio nam nie dowieźli. So what, mądrość jest takim dziwnym zjawiskiem, że wykształcona raz, minimalnie pielęgnowana nie zanika, można być trzęsącym się dziadem, niezdolnym do podtarcia się lub wypowiedzenia słowa, zarazem pozostając mądrym. W najprostszym sensie tego słowa. Tymczasem, błyskotliwość ma tę przykrą cechę, że przechodzi z wiekiem, człowiek durnieje na starość i z trudem zbiera słowa, ten przypadek dotyka Urbana, jego jedyna siła więdnie i zaczyna przypominać starego aktora porno, brandzlującego się do świerszczyków, by jeszcze ten jeden, no, przynajmniej jeden raz pingnął mu przed kamerą.

Please don’t leave me

Czyli trzeci klip Pink promujący “Funhouse”

zwracam uwagę, że jest to prawdziwie horrorowy teledysk, nawiązujący do ekranizacji prozy Stephena Kinga, co redaktorzy serwisu www.stephenking.pl powinni skrupularnie odnotować w swoim kompendium.

Zdjęcia

Autorem jest Jarek Urbaniuk. Do wykorzystania. Po wyższą rozdzielczość proszę zgłaszać się do mnie.

Tydzień z głowy (14)

Zastanawiam się nad mechanizmami, które rządzą ojcostwem – towarzyszy temu oczywiście przekonanie, że nie radzę sobie z tym zbyt dobrze. Wyobrażam sobie, że jest gdzieś kraina ojców owładniętych właściwym instynktem, którzy odnajdują bez chwili wahania drogę do nauki i zabawy, albo cieszą się że mały coś zrobił. Ja tak nie umiem. Teraz Julek zaczyna mówić, a ja połapałem się, że jest mi właściwie obojętne jakie słowo powie pierwsze (czasy, kiedy chciałem by było to „Hello”, wkręcałem mu nawet, minęły), właściwie jaka różnica. Interesowałem się, na przykład, jego chodzeniem, jak zaczynał, jak mu szło w sensie dosłownym, czy krzywo, czy prosto, czy zrywa się do biegu, bo ruch u faceta to podstawa, mielenie ozorem niekoniecznie. Czyli spokojnie czekam, za to mam problemy z wychwyceniem, mowa to czy nie mowa, a zlepek sylab. No bo czy mówi, tak naprawdę „tata dada” czy „tata da?”, w gruncie rzeczy nie wiadomo. Milkę pokornie, rozumiejąc świetnie, że nie ma nic nudniejszego od faceta, opowiadającego o dzieciach.

Więc może o dziecku innego rodzaju: pierwszy, ogromny rozdział „Widm” jest skończony, trochę boję się rozmiarów, jakie przybrać może ta książka, no ale to mój lęk, niczyj inny, szczęśliwie nikt w tym pięknym kraju książek nie musi czytać. Wydaje mi się, po pierwszej lekturze, że w miarę osiągam swoje zamierzenia, oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe. W każdym razie, mniej więcej tak wyobrażałem sobie początek tej książki, szalenie dla mnie ważnej, właściwie, ważniejszej od wszystkiego, co napisałem wcześniej. A skoro już przy oczekiwaniach, to jak powstają dobre książki? Otóż wydaje mi się, że należy zawsze, siadając do pisania, porwać się na coś, co jest dla nas niemożliwe do wykonania na ten moment. Tak jak ja, teraz nie umiem napisać alternatywnej historii Warszawy, tak jak biorę się za to z nadzieją, ze będę już umiał kiedy pisanie skończę, oczywiście nie pierwszą wersję książki, ale kiedy naniosę ostatnią kropkę w ostatniej korekcie.

Poza tym, Lego ponownie:

Raz na jakiś czas oglądam Bruce’a Wszechmogącego. To naprawdę niezła komedia, do tego zmusza mnie do myślenia, co zrobiłbym ujrzawszy Boga i gdybym – jak bohater grany przez Jima Carry’eya mógł z nim ugrać coś dla świata. Bo dla siebie, wiadomo, milion dolarów. Myślę, że powiedziałbym coś w tym stylu: dobry Boże, kiedyś cię strasznie nie lubiłem, ale to dlatego, że słuchałem Slayera i Burzum i nikt mnie nie lubił, więc może to rozumiesz, w swoim czasie też nie byłeś specjalnie popularny. Burzom to gówno, ale Slayer jest naprawdę świetny, chyba z tym się zgodzisz. Ludzie, którzy ci złorzeczą nie mają racji, dałeś nam przecież kupę fajnych rzeczy: kumpli, morze w lecie, piwo i dziewczyny z wielkimi cyckami. Rozumiem dobrze, że pewnych rzeczy nie można zmienić, bo na nich świat się opiera, musimy chorować i się starzeć, a ludzie, których kochaliśmy nas porzucają – ot, taka kolej rzeczy. Umieramy na wylewy, zatory i nowotwory, czasem sprokurujemy kryzys albo wojnę światową i to też jest w porządku. Muszą też być bogaci i biedni bo jeśli każdy dostałby milion dolarów (taki, jaki ja, mam nadzieję, zaraz otrzymać) na świecie byliby tylko nędzarze. Tak samo, jakbyś każdemu dał spełnienie w miłości, to jak poradziłaby sobie ta nieszczęsna Angelina Jolie? Więc, dobry Boże, który chyba naprawdę lubisz ludzi, zróbmy tak, by było tylko ciut lepiej. Niech nikogo już nie bolą zęby, z bogatego katalogu chorób odejmij jedynie stwardnienie rozsiane i rak jelita grubego – wymiotowanie własnym gównem to średnio przyjemna sprawa. Reszta niech sobie zostanie. I jeśli nie jestem zbyt natarczywy, jeśli jeszcze mogę, niech na Boga – nomen omen – te opowieści o globalnym ociepleniu okażą się prawdą, w istocie rzeczy, niech tutaj, w Polsce, temperatura statystycznie wzrośnie. Niedużo. Powiedzmy, o pięć stopni. To byłoby na tyle, bo poza tym, co wymieniłem, świat naprawdę ci wyszedł. Dzięki. W zamian spróbuję być lepszym człowiekiem, a przynajmniej nie będę lżył pań na poczcie.

Powraca również wątek „walki z paleniem” czyli zakazania w drodze ustawy dymienia w lokalach, choć są pomysły bardziej restrykcyjne – że w samochodzie też nie będzie wolno. Pomysłodawcy powołują się na zdrowie, oraz oczywiście na Unię, gdyż tam już zakazali. Zastanawiam się więc, czy jeśli w Brukseli zaczną chodzić na rękach i jeść własne gówno to ujrzę też polskich posłów głową w dół i z kałem na gębach. Otóż sam pomysł zakazania palenia w prywatnym lokalu nie mieści mi się zwyczajnie we łbie, przecież to nie wasze, moi posłowie, ale kogoś, faceta co knajpę urządził i to on, nikt inny ma prawo decydować, czy pod jego dachem kurzy się, nie kurzy, chodzi w różowym albo tańczy. Ludzie mają prawo wybierać, a lokali dla niepalących mamy na ten moment do usrania. Zresztą, te argumenty już znnamy więc może odpuśćmy, za to do białej gorączki doprowadza mnie schizofreniczna postawa państwa, które drze potężną kasę z akcyzy, jednocześnie próbując nam, palącym, życie utrudniać, jakby jeden poseł z drugim nie mógł pojąć, że gdyby te dziesięć milionów luda rzuciło fajki, skończyłby się szmal na rauciki, jubo-jety i szparki sekretarki. Byłoby też cholernie fajnie, gdyby najdroźsi niepalący, którym nasz dym tak przeszkadza pomyśleli, nim zwyczajowo zaczną wrzeszczeć. Otóż ja na przykład, palę, odprowadzając tym samym spory szmal do budżetu, miech w miech, fundując tym sposobem szkoły dla waszej dziatwy i trawniczki obok waszych cudnych domów, do tego, palenie, jak wiemy szkodzi, więc jest spora szansa, ze zdechnę stosunkowo szybko, nie naruszając kruchego funduszu na opiekę zdrowotną i utrzymanie staruszków. Jestem więc bytem szalenie pożytecznym, prawdziwym patriotą fundującym zdrowej części społeczeństwa dalsze trwanie, samemu przyspieszając własny pogrzeb. W zamian oczekuję tylko drobnego ustępstwa, mianowicie, aby „przeciwnik kopcenia” uświadomił sobie tę prostą zależność, z pokorą przyjął rolę palacza biernego, zabrał się z knajpy gdzie ja siedzę, lub otworzył lokal dla sobie podobnych, gdzie będzie zwyczajnie miał prawo mnie nie wpuścić.

Pamiętajmy też, że papieros jest czymś absolutnie cudownym właśnie przez szkodliwość i smród, bowiem to fetysz, nie posiadający żadnego sensownego uzasadnienia, absurdalny wytwór cywilizacji, który ukochały miliony – słowem, to nie samochody, książki albo ustawy sejmowe, lecz palenie właśnie jest tym, co odróżnia nas od zwierząt.


Strona 45 z 70« First...102540«444546»5570...Last »