tydzień z głowy (60)
Wpis pociągowy. Wracam sobie z Nordconu, czyli najdalszego konwentu w całej Polsce. Jednak pojechałem. Jest to przedziwna impreza, ujawniająca się w ramach zgody na alkohol. Przychodzisz, widzisz kumpla, piwko? I tak cały czas. Wydaje mi się jednak, że paradoksalny zamysł lokalizacyjny (jastrzębia Góra, nie ma nawet bankomatu) oferuje coś więcej niż dwie stówy za dojazd. Nie można się ulotnić, życie towarzyskie zyskuje status przymusu, a skoro trzeba, to też i można cieszyć się z tego, że są inni. Człowiek odnajduje siebie wyciętym w sensie dosłowym oraz metaforycznym, znika sobie czas, znikają troski i zmieniam się w przeżywanie. Pogadać, wymienić wrażenia. Rzecz cenniejsza niż się na ogół wydaje, do tego nastraja refleksyjnie.
Jaki błąd w życiu zrobiłem? Przez długie lata wydawało mi się, że nie ma takiej rzeczy której bym nie dźwignął, nie ma relacji, której bym nie utrzymał, w ogóle, trwałem w świecie z gry, kiedy skończyły się już save’y. zabić jeszcze jednego wroga. Wskoczyć na kolejną półeczkę, niekoniecznie w epiku. I nagle odnalazłem siebie godzącego najdziwniejsze światy. Muszę mieć czas dla bliskich. Muszę mieć czas dla Julka. Muszę pisać, fuchy napierdalać. Muszę odpocząć. Muszę spać. I tak to się kręci. Próba pogodzenia tego wszystkiego zasadzała się, po pierwsze, na przekonaniu, że na nic nie zasługuję, po drugie na myśli, że życie można realizować bez strat. O nikim nie zapomnieć. Nie zawalić terminu. A przecież to nieprawda, zawalamy terminy i opuszczamy ludzi. Czasem na trochę, czasem na zawsze. I tego nigdy nie zdołam zmienić, nie będę umiał naprawić, choćbym głową tłukł w kalendarz. Tyle wściekłości. Że książka za późno, że za mało czasu z synem. Nie poszedłem na piwo z kumplem. I dopiero teraz mi świta, że jest w tym tyle złego, ile w świecie, świat jest zły, a ja jestem jego częścią, zły w ten przykry mały sposób, wyrażający się w unikaniu bólu, no nie, w tym akurat nigdy nie byłem za dobry. Ale rozumiem. Nie mogę napisać książki szybciej niż piszę. Nie poświęcę bliskim tylu zadymionych chwil ile oni chcą. Nie będę budził się przy Julku bo kurwa nie mogę i cześć, poznaję swoje ograniczenia, uczę się na te ograniczenia nie wściekać, zaczynam chwytać – ja nie mogę, ja nie dźwignę. Nie ma w tym nic z lenistwa ani braku charakteru. Dowiaduję się, przeczuwam – że jestem. A człowiek wie że jest tylko wtedy, gdy czuje się kochany.
Co zrobiłem dobrze? Poza książkami, rzecz jasna. Te nie są dobre w sensie krytycznoliterackim, ale znajduję pocieszenie w fakcie, że nikt nie umiałby ich zrobić za mnie. Mógłby napisać je lepiej. Gorzej. Ale nie tak, jak są napisane. Nie te tematy, nie ten nastrój, nie to życie. Ale prócz książek, co zrobiłeś w życiu dobrego, Łukasz? Rzeczy złe są wyraźne, rzeczy złe kpią, choć przebrzmiały. A dobre dają się zapomnieć, to w nich też dobre jest. Lata temu szedłem, minąłem śpiącego pijaka, siedział na schodach w bramie, w garniaku za ładnych pare tysięcy, a w tłustym łapsku miał komórkę, też za parę tysiaków. Palnąłem go w łeb i powiedziałem, żeby ten telefon schował, bo ktoś zaraz go buchnie, mruknął, żebym wypierdalał, telefon jednak wsadził w kieszeń, ja wypierdoliłem – spełniliśmy swoje prośby nawzajem. Myślę, że Julek lubi gdy idziemy na huśtawki, albo gdy czytam mu bajkę. Jarek cieszy się, gdy zadzwonię z fuchą. A sąsiad, któremu żona zabiera całą wypłatę też raczej jest zadowolony z faktu, że wpadnę przed południem i przyniosę dwa piwka. Sam ich sobie nie kupi. Tylko tyle dobrego umiem zrobić. Wziąć dziecko na spacer. Kupić browara temu, kto na browara nie ma. Dużo i mało.
Co zrobiłbym gdybym wygrał w totka? Poza tym, że podzielił się bym? Dla siebie załatwiłbym dwie rzeczy. Nabyłbym drogą kupna chałupę, nie wiem, w Grecji, Portugalii, na Teneryfie, w każym razie tam gdzie nie dojechałaby mnie złota polska jesień i prażyłbym się w słońcu od listopada do marca. Musiałbym też mieć telewizor większy niż pisarz Twardoch. A dobroczynność? Milioner musi być dobroczyńcą, byłbym i ja, konkretnie kupiłbym wyspę i stworzył raj dla metali. Tylko najstarszych i najbardziej związanych kultem. Obowiązywałby skomplikowany sposób rekrutacji, łącznie ze zmuszaniem kandydata do wyliczenia wszystkich składów Salon i niespodziewanego wjazdu na chatę celem przeglądnięcia, skontrolowania kolekcji winyli. Warto zdać, bo na wyspie będzie się żyło za darmo, zamiast wody w kiosku będzie Jack Daniels, ulice, widziane z lotu ptaka przybiorą kształt loga Slayer, a każdy, zamiast mieszkania dostanie pokój w hotelu, z którego codziennie będzie mógł wyrzucić telewizor. Mało tego. Przyjadą dziewczyny z obrazów Borysa Valejo (facet będzie miał też swoją ulicę: Valejo Zasłużonych) oraz opłacone przeze mnie gotki, co tydzień zagra Venom, a zamiast mszy wiara zleci się na pogadankę mojego sąsiada (tego od piwa), który wyjaśni wszystkim, że życie to koszmar, po czym wróci do latarni morskiej, ufundowanej przeze mnie na cześć językoznawstwa. Nic tylko wypełnić kupon, a jak nie zdołam, to ufam że pomysł przejmą młodsi.