Metal na dziś (4)

rzadko jest tak, by nazwa zespołu oddawała nastrój muzyki, jej charakter. w wypadku Kataklysm też tak się podziało, mianowicie, rzeczony kataklizm kojarzy mi się z chaotyczną rozpierduchą, tymczasem, ta kanadyjska kapela to niemal matematyka czadu, rzadko trafia się  równie precyzyjny zespół. Pewno przeminą, nie wpiszą się nawet w gatunkową historię, brak im szczególnej oryginalności, czy nawet szaleństwa wyróżniającego nagrania innych. Co z tego? metal nie ma być sztuką najwyższych lotów, ma urywać głowę, a moja toczy się juz, hen, po mieście, mam nadzieję, ku jakiemuś miłemu miejscu. Ewidentnie, poniedziałkowy kawałek.

Tydzień z głowy (34)

Może nie dochodzę do granicy przegrzania się – jeśli 32 letni facet nie daje rady to znaczy, że jest z nim coś nie tak – ale zaczynam dostrzegać przykrą konieczność przeorganizowania sobie pracy. Ale takiej najprostszej, najbardziej oczywistej, zwyczajnego klapnięcia z ołówkiem, kartką i wypisania sobie zadań w perspektywie roku, następnie przydania im priorytetów, najlepiej wyrażanych liczbowo i działania wedle tego schematu. Jest to trudne ze względu na ilość zajęć i zarazem konieczne z tego samego powodu. I trochę boję się tego momentu planowania. Jestem raczej terminowym człowiekiem, wszystkie zobowiązania spełniam wtedy kiedy powinienem i jedyne na czym mi zależy to utrzymanie tego stanu rzeczy. A czego się boję? Bo kiedy siądę nad planem najbliższego roku, kiedy powypisuję to wszystko, nadam ważność liczbową, dowiem się, co w życiu jest dla mnie ważne, a co nie. Przecież niektóre teksty pisane są z najgłębszej, intymnej potrzeby, rodzącej się w sposób, któremu nie sposób się przeciwstawić. Inne znów biorą się z potrzeb płytkich, mianowicie, chęci podzielenia się częścią swojego świata, jak na przykład ten blog, albo felietony w Nowej Fantastyce. Jeszcze inne stanowią rodzaj wyzwania podpartego monetą – czy dam radę, pytam siebie, czy nie jestem za cienki i czy zdołam, w konsekwencji danego ruchu uczynić swoje życie lepszym. I wreszcie są czysto zawodowe przecież przedsięwzięcia związane z innymi ludźmi, bardzo mi bliskimi. Nie chodzi oczywiście tylko o to, że powinienem zapewnić mojemu synowi dobre życie teraz i sensowną przyszłość w tym popieprzonym świecie, ale samą radość pracy z kimś albo i dla kogoś. No i będę wiedział, w jakiś sposób, kim jestem, bo przecież my, ludzie dowiadujemy się prawdy o sobie rozpoznając swoje własne potrzeby, mało tego, ta metoda daje szase na zmiany. Pamiętam, jak dwa lata temu, gdy próbowałem siebie rozgrzebać, cofnąłem palec ze zgrozą i teraz mogę mieć tylko nadzieję, że obopólna sympatia, pomiędzy mną a mną uległa pogłębieniu. Pojawiła się.
Bezsenność przypomniała mi stare czasy. Nie spałem w tym tygodniu przez jakieś trzy dni pod rząd, co zupełnie rozpieprzyło mi głowę, chyba głównie dlatego, że nawykłem do spania, siedem godzin snu dziennie umożliwia mi pracę i kontakt z ludźmi. Ale kiedyś właściwie nie sypiałem, choć nie istniał po temu jakiś wyraźny powód, nie żarłem żadnego gówna, nie miałem alkoholowych dreszczy. Teraz mi się przypomniało. Kładłem się u Urbaniuków, na twardym, dobrym materacu, w dachu miałem okno, owijałem się kołdrą mając nadzieję, że zaraz zasnę, zasłuchany w rozkoszny łomot generowany przez kota Borysa. Tymczasem, gdzieś ze mnie wyłaziła stalowa szpica, topniała i rozlewała się wrzątkiem niepokoju po ciele, niepokój ten nie miał źródła ani sensu – czyli, nie nastąpiło żadne, mogące wpędzić w dygot wydarzenie – niemniej narastał, a wraz z nim pojawiały się myśli, których nie umiałem rozpoznać, a tym bardziej odpędzić. Gdyby jeszcze kołatały się we mnie jakies zwerbalizowane okrucieństwa, seksualne fantazje, bolesne wspomnienia, czy gdyby nawet targało mną sumienie, pamiętające najróżniejsze draństwa z bliższej lub dalszej przeszłości, byłoby spoko, nie znalazłbym powodu do niepokoju. Spałbym. Ale coś skrzeczy i mówi w bardzo szybkich metalicznych frazach, opowiadając mi o zupełnie obcych wydarzeniach, wypowiada imiona, nazwiska, co nic mi nie mówią i czuje się, jakby jakiś paranoik szczekał mi w ucho fragmenty filmów, które mu się podobają. Dziwne. A potem nakręcam już sam siebie, leżałem wściekły pod gwiazdami, piorunując na ciało mi nie chętne, na głupi łeb, na wstający dzień, który spędzę na snuciu, choć powinienem pisać, bawić się z małym, grać, oglądać horrory i cieszyć się towarzystwem kumpli. Takiego wała! Przysypiałem o świcie na jakieś dwie, trzy godziny, a potem łaziłem jak głupi zapominając o najważniejszych rzeczach. Minęło.
Znów nie siadam do “Widm”, pogodzony pomalutku z tym, że pisanie tej powieści zabierze więcej czasu niż zakładałem, ale na pewno nie więcej niż poprzednich, czyli dwa, trzy latka. Próbowałem inaczej, a skoro nie umiem, to muszę z tym się pogodzić i pracować swoim tempem. Czas opowiadań. W najbliższym czasie powstaną trzy, utrzymane w różnych konwencjach. Groteskowy horror społeczny, opowiadanie wojenne i lovecraftowski pastisz. Będę na bieżąco informował co akurat udało mi się zawalić.
Gnębi mnie też dramat innego rodzaju – zaciąłem się w GTA 4 i nie mam pojęcia co dalej. Może ktoś wie? Stanąłem przed wyborem zabicia Playboya X lub Dwayna, kulkę dostał Playboy i dalej nic, nic się nie dzieje. Z solucji znalezionej na sieci wynika, że pominąłem jakieś misje, tylko niestety nie wiem w jakim momencie do tego doszło, może zwyczajnie na nie nie natrafiłem, grając na opak. Nie latałem hel;ikopterem, choć powinienem. Internauci na forach twierdzą, że ktoś w końcu do mnie zadzwoni i da robotę, kręcę się jak głupi po mieście i nic z tego nie wynika. Więc, tym razem używam bloga do wołania o pomoc: ktoś wie, co powinienem zrobić? Albo czy istnieje sposób na wejście do listy misji i znalezienia tych, które pominąłem. Albo – co nie do końca uczciwe, a zarazem sensowne – jakiś trik, kod, który pchnie mnie dalej? Od tygodnia kręcę się bez sensu po “Liberty City” i nie wiem co robić.
Swoja drogą, wstyd. Nie umiem przejść, a ludzie wyczyniają takie cudeńka:

Obejrzany „Storm warning”. Klisza na kliszy ale fajnie sklecone. Opowieść o parze, która, żeglując sobie w Australii gubi się, trafia na odludzie, a tam marychę uprawia zdegenerowana rodzinka z uroczym tatusiem na czele. Czasem lubię takie filmy, niby nic, nie zostają w pamięci, ale człowiek oglada i czuje się jak w domu. Plus silny wątek feministyczny, heroina z wielkim nosem rozkłada facetów jak trzeba i do tego z fantazją. Dla wielbicieli „Wrong turn”, nowej wersji „Teksaskiej masakry piłą łańcuchową” i pochodnych.

Mariusz Szczygieł na łamach “Dużego Formatu” śmieje się z mojej książeczki o kotach a następnie zdradza powściągliwe oburzenie moim wpisem sprzed niemal roku, dotyczącym wyprawy do Jaromera, a konkretnie opinii na temat miejscowych Czechów, do tego podpartych zdjęciem. Już raz obruszył się o to jakiś człowiek z portalu poświęconego naszym dzielnym sąsiadom z południa. No i co. Mógłbym napisać teraz, że moje słowa były chamskie i durne, albo nawet skasować tamtego wpisa i wkleić w zamian jakieś czecholubne zdjęcie. Ale nie. Blog, przynajmniej ten, nazywa się Orbitowski, ja tez tak mam na nazwisko i piszę o sobie, o tym co u mnie nowego, co przeczytałem, zobaczyłem, pomyślałem i właśnie funkcjonuje także jako zapis. Wielokrotnie walnąłem tutaj ewidentną bzdurę, byłem chamski, przesadnie ckliwy, zwyczajnie durny i to bezdennie, tak samo jak, mam nadzieje, czasem napisałem coś mądrze, z sensem, coś co ktoś przeczytał, uśmiał się, albo nawet zadumał i nie chcę za jasną cholerę stracić swojego prawa do ułomności i skretynienia, nie zamierzam oddać zapisu wczorajszych stanów, choćby komuś było źle i przykro z tego powodu. Zresztą, w tym roku także jadę do Jaromera, słuchać metalu, pić piwo i spać w paskudnym hotelu. Zobaczymy. A, Szczygieł się myli, zdjęcie metala, które wspomina nie jest moje, kolegi, lecz zajumane z sieci.
Tak przeleciałem sobie ten “Tydzień z głowy” i wychodzi z tego jakiś obraz nędzy i rozpaczy, ponura figura ludzka, która nie wie co ze sobą zrobić, nie śpi, nie umie przejść gry dla nastolatków i jeszcze rozdrażniła Szczygła. A przecież to fałszywe wrażenie, więcej nawet, mam głębokie poczucie, że w moim życiu wszystko jest jak powinno, oczywiście przy skrzywieniu, że moje “powinno” ma nieco inny, choć nie lepszy charakter niż u innych ludzi. Rok temu siedziałem sam na nowym mieszkaniu i patrzyłem w lampę u sufitu widząc w niej szansę na rozwiązanie kłopotów, teraz zaś niczego mi nie brakuje. To znaczy, rzeczy, których mi brakuje są poza mną, a ja przestałem martwić się tym, że nie będą moje. Zachowałem kontakt z synem. Robię to co chcę robić, wokół mnie są najlepsi ludzie na całym świecie, jestem zdrowy jak koń i czasem śmieję się jak głupi – sam z siebie, z życia, dziękując za życie, które mam – gdy wracam do domu.

pogadanka o wampirach

Nowe wątki wampiryczne. Od Anny Rice do Stephanie Meyer.

6 czerwca (sobota) w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.  Ul Kredytowa 1. Zapraszam o 14.30

jak Rambo Hitlera pokonał

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Steven Spielberg wydawał się człowiekiem z rozdwojeniem jaźni.

 

Spielberg kręcił, niemal naprzemiennie, ponure filmy rozliczeniowe, a nawet nastawione na zdobycie nagrody Akademii Filmowej, z drugiej strony jednak konsekwentnie realizował bezpretensjonalne, wysokie budżety, gdzie mógł popisywać się reżyserską sprawnością. Zachowane wywiady jednoznacznie wskazują, że planował nakręcić swojego “Łowcę jeleni”, lub “Pluton”, tyle że o wydźwięku jednoznacznie optymistycznym, gloryfikującym ciężką dolę żołnierza. Wyobraźnia reżysera skierowała się ponownie ku II wojnie światowej. Ta tematyka była mu znana i raczej szczęśliwa – przecież to właśnie “Lista Schindlera” przyniosła mu upragnionego Oscara. Gdzieś, w rejonach 1995 roku projekt uzyskał konkretne kształty. Reżyser postanowił zająć się lądowaniem w Normandii, a następnie, losami grupki żołnierzy, otrzymujących bezsensowne zadanie wyciągnięcia pewnego szeregowca zza linii wroga. Projekt, oznaczony po prostu jako “Ryan” wylądował na biurku producenta.

Spielberg dysponował niemal nieograniczoną wolnością twórczą, o czym wspomina sam Wajda, traktując kolegę po fachu niemal jak filmowego Boga. Niestety, zaczęły się schody – pierwsza wersja scenariusza nie znalazła uznania do tego stopnia, że Tom Hanks, przewidziany do roli głównej i serdeczny przyjaciel Spielberga kazał mu popukać się w głowę. Naprawdę – wspominał po latach – tekst, który otrzymałem wręcz ociekał patosem, motywy bohaterów, szarpiących się między heroizmem a bezdusznością pozostawały niejasne. Pomyślałem sobie: wlaśnie tak, siedząc w swoim wygodnym domu, wyobrażam sobie II wojnę światową. Czyli to nie może być prawda! Teraz nie żałuję, że odmówiłem.

Wszystko wskazywało, że film o zagubionym Ryanie trafi do szafy projektów nienakręconych, gdy zainteresowanie zaczął zdradzać nim wielki konkurent Spielberga, James Cameron, chodzący akurat w glorii kasowego Titanica. Przyznał zarazem rację Hanksowi, twierdząc, że w obecnej wersji film wisi gdzieś pomiędzy poważnym dramatem wojennym, a kinem rozrywkowym. Steve, powiedziałem, co ty właściwie chcesz osiągnąć? On mi na to: pokaż, że umiesz zrobić to lepiej.

ciąg dalszy na onecie

metal na dziś (3)

nie wiem dlaczego, ale nie mogłem spać całą noc, do tego pojawiły się myśli z gatunku ciężkich, więc dzisiaj, jak na autora horrorów przystało, zmieniłem się w zombie. W takich chwilach niezbędny okazuje się Entombed, który rozruszałby nawet umarłego. Być może to Slayer jest największym metalowym bandem świata, Metallica najbardziej znanym, a Iron Maiden kochany ponad wszystko, ale właśnie to ta szwedzka załoga definiuje dokładnie to, o co w tym graniu chodzi. mógłbym wrzucić tu dowolny klim, wszystkie ich kawałki są świetne, jednak wybieram ten, ze względu na estetykę teledysku, który jest bardzo metalowy w zupełnie nowy sposób


Strona 30 z 71« First...152930314560...Last »