Zastanawiałem się, czego jeszcze w Ameryce nie ma. Nocnego nieba. Te u nas widujemy dość często i także to Amerykańskie chciałem zobaczyć. Tymczasem nie. Dość dobrze pamiętam niebo, które widziałem rok temu podczas lata na wsi zabitej, zaklepanej przez dobre powietrze. Ledwo jeden dom był w zasięgu zmroku. Mnóstwo, naprawdę setki gwiezdnych drobinek układały się w martwe piękno, w konstelację przygnębienia. Pomyślałem, że tam niczego nie ma, te wielkie paciorki nie przygarnęły żadnego życia. Z niebem obserwowanym w innym miejscu nie miałem tak przykrych myśli. To w które strzelały race na Sylwestra (a ja siedziałem na szczycie kopca Krakusa, o północy, z rozdziawionym pyskiem) było bardzo piękne. Lubiłem nawet te słabe gwiazdy nad moim ostatnim mieszkaniem w Krakowie, dzielnie radziły sobie z blaskiem Ikei. Te w Parku Decjusza – szał ciał. Mógłbym dalej dzielić się własnymi perspektywami oglądania ciał niebieskich, czy raczej uwarunkowaniami i grami w człowieku podczas zadzierania głowy. Na co to komu? Ale przed wyjazdem myślałem sobie – muszę zobaczyć nocne niebo z innego kontynentu, bo i ono musi być jakieś inne. Coś zniknie, czemuś miejsca ustąpi. A nie zobaczyłem. Podczas podróży nawet zapomniałem o tak ważnym zamierzeniu. Nowy Jork jest za jasny, Nowy Orlean to bajka o trupach, muzyce, wodzie i miłości, spojrzysz w górę to zobaczysz tylko bawiących się ludzi, potem już tylko świerszcze wyją jak dusze z gehenny, jak bardzo słychać to już nic nie widać. A potem jazda trwa w wielkiej kuli światła. Jest jasno przy motelu, zwłaszcza jeśli taplamy się w basenie, zakupy także robisz w blasku, nawet jeśli jest to licha stacja benzynowa, gdzie w niedzielę nie sprzedają piwa. W Rosswell powinno być niebo jak ta lala, zupełnie inne niż to nad wsią polską rok temu, niestety, żadna gwiazda nie błysnęła nad tymi paroma uliczkami, biednym muzeum i biedniejszą jeszcze figurką ufoludka. Gdzie indziej ulice rozświetlone, Vegas to przecież zjadło cały układ kosmiczny, jeśli nie więcej, wybrzeże Pacyfiku spowija mgła. Aby wywinąć się tym kolejnym kręgom należy umknąć w pustkę, na prostą drogę Kolorado, Kansas. No jak w mordę strzelił. Tylko tam aż strach stawać żeby ktoś w tyłek nie wjechał, zgasić świateł się nie da, bez zgaszonych świateł nic nie widać. Już lepiej jechać spokojnie. Księżyc cudownie odrywa się od ziemi. Więc, skoro ja nie widziałem, to może nikt, nad Ameryką nie ma gwiazd, ewentualnie nikt nie wie jak one wygądają dlatego należy je domyślić, z tego czarowania wykluł się Hollywood, scientolodzy i wyznawcy kosmitów – niestety, na żadną ze słynnych, ufologicznych stacji radiowych także nie zdołałem trafić.
Nie pisuję wierszy, chyba, że takie jak ten parę wpisów wyżej (poprzednim był ten do „Pana Śniega i pana Wiatra”, drukowany z sześć lat temu w Nowej Fantastyce), dziś jeden wymyśliłem i też nie zamierzam go spisać. Istnieje po temu przynajmniej jeden powód poza moją niechęcią do poezji. Mogę jednak opowiedzieć. Wychodząc do pubu Egon w Krakowie zacząłem nagle myśleć jakim chciałbym zostać zwierzęciem na wypadek, gdyby jednak buddyści mieli rację. Kotem złego człowieka. Tak naprawdę złego, do szpiku zeżartego przez potworności, zimnego i okrutnego względem innych. Tacy ludzie wyróżniają się szczególnie życzliwym stosunkiem względem zwierząt, najczęściej zwierzęta mają, w tym i koty. Każdy ma potrzebę dobra, każdy lubi dobrym się czuć. Wobec zwierząt okazywanie serca przychodzi szczególnie łatwo, naprawdę źli ludzie wyżywają się więc w tym rodzaju uczucia, odbębniają swoje i wyżywają się w hejtowaniu. Miałbym najlepsze żarcie, podusie, mleczko i zapewne zdołałbym zapomnieć, że zostałem wykastrowany. U osoby dobrej, względnie przyzwoitej, sprzeciwiającej się własnym demonom miałbym się gorzej, tacy są wiecznie zajęci i mogą nie mieć czasu na koty. A już na pewno raz na czas muszą kota opuścić no i nie głaszczą tyle ile trzeba. Wyobrażałem sobie, jak mógłbym opisać wrażenia kota zamieszkałego u potwora w ludzkiej skórze, jak niewiele dotyczyłoby mnie ze świata i jak doskonale mijałbym wszelkie nieszczęścia w około, nawet o nich bym nie wiedział i oddał ducha w przekonaniu, że świat jest perfekcyjnym miejscem. Oczywiście nie napiszę. Zrozumiałem, że mógłbym zostać posądzony o wstąpienie polityczne, o jakąś deklarację, co być może byłoby nawet mile widziane, tylko że sam zdumiałem się nad tym, że istnieje takie skojarzenie, przyszło do głowy wbrew wszelkim intencjom towarzyszącym zamysłowi karmicznego poematu. Zapewne trochę mi odbija w związku z tym. Interpretacja polityczna każdego tekstu jest zawsze możliwa lecz najczęściej nie warto jej robić, wychodzą przypadkowe bzdury i potworności.
Poza tym mam co pisać.