horror, horror (20): “Rojo sangre”

Ogromne rozczarowanie. Nigdy nie załapałem się na kult Paula Naschy. Przeczytałem w sieci: umarł Paul Naschy. No szkoda, po chłopie, ale kto to był? Taki hiszpański Vincent Price, etatowy wilkołak. Acha. Ale z „Rojo sangre” łączyłem pewne nadzieje, że względu na ciekawy pomysł: Stary aktor próbuje utrzymać się za wszelką cenę w zawodzie, aktora aktorzy Naschy, a cały film nawiązuje do jego wcześniejszych dokonań, otrzymujemy rodzaj autotematycznej zabawy, liczyłem na coś mocnego i autentycznego, jakieś podsumowanie życia lokalnego gwiazdora filmów klasy B. dostałem bezsensowną opowieści o gościu, którego smutek zmienia w seryjnego mordercę, jest w tym diabeł, filmy snuff, jakieś laski, wszystko fatalnie nakręcone, jeszcze gorzej zagrane i tak idiotyczne, że nie mogłem uwierzyć. Ciekawy był tylko wewnętrzny moment utraty wiary w dzieło. Oglądam, pełen dobrych przeczuć, trafia do mnie bzdura za bzdura, przyjmuję je jago grę konwencją, ukłon w stronę tego, co rzeczywiście Naschy robił, aż znajduję siebie w wilczym dole, otoczonego przez kretynizmy. Jest to tak potworne, że wstyd trailer wrzucic, dobrze, że go nie znalazłem. Za to składak z co piękniejszymi momentami kariery Naschy’ego skłania do stwierdzenia, że jednak chłopa szkoda. Jedyny znany mi aktor który grał wyłącznie włosami a zaczeską zwłaszcza.

Warszawiacy, rozdział XXII i wcześniej

Jak szybko to leci, pomyślał Piotrek i wrócił do gazety. Kamila zerkała mu przez ramię.
– Nie możesz wytrzymać, co?
– Po prostu tego nie lubię. O, to może być niezłe.

Parter w domku na starym Mokotowie, dwa pokoje, słoneczna kuchnia z wyjściem na ogród. Ogrzewanie na węgiel.
– Nie piszą, jakie są okna. Trzaśnie mrozem i będzie do wiwatu.
Przejechała palcem po jego przedramieniu.
– Razem cieplej.
– Lepiej coś zamów.
Siedzieli w Doozo sushi na Brackiej, gdzie było biało i azjatycko, popijali japońskie piwo, a Piotrek wolał już garbić się nad ogłoszeniami mieszkaniowymi niż nad kartą. Dotąd myślał, że takie egzotyczne dziwadła wsuwają tylko turyści i popieprzeni bananowcy z prywatnych uczelni. Jakieś maki. Surowe ryby. Ryż jak butapren.
– Wybierz mi coś – poprosił. I zaraz dodał – ile by za to było whooperów?
– Czasem jesteś straszny dzieciak. No, hej, co cię gnębi.
– E tam.
– Żadne tam e.
Piotrek nabrał powietrza. Przecież nie mógł powiedzieć. Kamila to fajna dziewczyna i chyba ją kochał, ale pewne rzeczy lepiej zostawić dla siebie. Choć wytargała go spod kół. Stolik dalej siedzieli zmęczeni zakochani. On – podstarzały młodzieżowiec w luźnych portkach i koszulce adidasa, pod którą prężyły się bicepsy wymęczone na siłowni. Ona – śliczna blondynka z pornograficznym biustem. Pewno wołają na nią „Doda”. Trzymali się za ręce ale każde patrzyło w inną stronę.
– Myślę o tych oknach. Jop gadał, że to najgorsza rzecz. Jego chłopak wynajął niedawno mieszkanko na Hożej, niby tanio, niby wysoko, pokój z antresolą. A od grudnia, kochanie, dawało jak w psiarni. Grzał prądem i mało co poszedł z torbami.
– Jop to twój kumpel z pracy?
– No. A może lepiej to? – zastukał w ogłoszenie – tylko jeden pokój, ale na MDMie. Dojeżdżałbym na Pragę z placu Na Rozdrożach. Choć… – gadał tylko żeby gadać – to znów Klima sądzi, że jak dwoje zamieszka w jednym pokoju to rozwód murowany.

dalej

ze względu na urlop nie wrzucałem informacji o ukazujących się regularnie odcinkach. Przypominam, że można je znaleźć tutaj, na stronie projektu.

O “Innych” Ewy Dragi na onecie.

(…)
„Inni” są pochwałą procesu przejścia, pozbawioną nachalności i przez to mądrą. Draga ciepło odnosi się nie tylko do piw i ścisków, ale i zjawisk dla nastolatka przykrych: rodziców sprawdzających, czy ten nie zionie wóda, szlabanów, konieczności ganiania do szkoły. Jedno warunkuje drugie, a piwo nigdy nie będzie już tak smaczne i pożywne. W ten sposób, czytając „Innych” wędrujemy przez malinowy chruśniak, między „Bravo” a kruchtą, w stosownej od nich odległości.

Do wynurzeń na temat „Innych” Ewa Draga sprowokowała mnie osobiście. Otóż, Karolina z wyjątkową czułością wspomina wieczór autorski niejakiego Orbitowskiego, na który zapędziła się z bliżej nieznanych mi przyczyn. Opisuje mnie zresztą z właściwą licealistkom mieszaniną grozy i fascynacji. Na tym, jak sadze wymyślonym spotkaniu wyglądam „zupełnie jak dres”, jestem „przypakowany, łysy” strój tez przywdziałem stosowny i do tego bredzę jakbym „był ciągle pijany”. Pojawiają się wątpliwości czy spotkanie ze mną w ciemnej uliczce należałoby do przyjemnych. Nad całym tym opisem unosi się typowo dziewczęca zazdrość, związana zapewne z „wianuszkiem, którym otoczyły go szczebioczące fanki”. Pisarz Orbitowski oraz jego twórczość przewijają się przez całość książki.

Zabieg ten ma się nijak do fabuły, ta – co bardzo smutne – jest świetna i bez mojego cienia. Podbudowany takim wyróżnieniem sądzę, że pani Ewa Draga została urzeczona moją osobą, moją prozą może, czy nawet felietonami, dość, że jako pierwsza w tym kraju rozpoczęła uprawianie flirtu literackiego. Normalne flirtowanie dokonuje się w knajpach, na portalach społecznościowych i komunikatorach, ten natomiast zainicjował się w książce. Byłbym prostakiem nieczułym choćby na piękno prozy pani Ewy, uznajmy wiec proszę ten niniejszy tekst za moją chętną odpowiedź, zaczyn romansu. Teraz ruch należy po stronie autorki.

Oczekuję, że będzie nim kolejny tom tego obiecującego cyklu.

całość

horror, horror (19). “Zejście II”


Koledzy ostrzegali a ja nie wierzyłem – w końcu pierwsza części „Zejścia” dość jednoznacznie została oceniona jako najlepszy horror ostatniej dekady, z czym łatwiej się zgodzić niż zaprzeczyć. Sequel był kwestią czasu i chyba czas stanowił problem. Rzecz nakręcono niedbale, za szybko, starając się jakoś pozszywać kolejne sceny, w których ktoś na kogoś skacze. Do tego, toporne wykorzystanie dekoracji skazuje rzecz na umowność, co wypada nad wyraz rozczarowująco, nawet jeśli przywołamy dosłowny freudyzm/feminizm części pierwszej. Ale już sam scenariusz wskazuje, że wyjść nie mogło. „Zejście 2” dokładnie powtarza znane już rozwiązania, czyli wejście do jaskiń, tąpnięcie, oraz nierówne starcie ze stworami, które tam żyją, a którym tąpnięcia niestraszne. Przy tej okazji wychodzą niedociągnięcia zamysłu „jedynki”, tyle że tam magia kina lała się z ekranu, cała ekipa wraz z reżyserem Nilem Marshallem spisała się na medal – tu zostało nędzne wyrobnictwo. Poza tym, stwory z „Zejścia” doskonale nadają się, by przerzucić je na dowolną scenerie, chciałem zobaczyć je w metropolii, wieżowcu, na statku i w samolocie, teraz już oczywiście nie chcę, za to zapomnieć i owszem.

tydzień z głowy (96)

Zastanawiałem się, czego jeszcze w Ameryce nie ma. Nocnego nieba. Te u nas widujemy dość często i także to Amerykańskie chciałem zobaczyć. Tymczasem nie. Dość dobrze pamiętam niebo, które widziałem rok temu podczas lata na wsi zabitej, zaklepanej przez dobre powietrze. Ledwo jeden dom był w zasięgu zmroku. Mnóstwo, naprawdę setki gwiezdnych drobinek układały się w martwe piękno, w konstelację przygnębienia. Pomyślałem, że tam niczego nie ma, te wielkie paciorki nie przygarnęły żadnego życia. Z niebem obserwowanym w innym miejscu nie miałem tak przykrych myśli. To w które strzelały race na Sylwestra (a ja siedziałem na szczycie kopca Krakusa, o północy, z rozdziawionym pyskiem) było bardzo piękne. Lubiłem nawet te słabe gwiazdy nad moim ostatnim mieszkaniem w Krakowie, dzielnie radziły sobie z blaskiem Ikei. Te w Parku Decjusza – szał ciał. Mógłbym dalej dzielić się własnymi perspektywami oglądania ciał niebieskich, czy raczej uwarunkowaniami i grami w człowieku podczas zadzierania głowy. Na co to komu? Ale przed wyjazdem myślałem sobie – muszę zobaczyć nocne niebo z innego kontynentu, bo i ono musi być jakieś inne. Coś zniknie, czemuś miejsca ustąpi. A nie zobaczyłem. Podczas podróży nawet zapomniałem o tak ważnym zamierzeniu. Nowy Jork jest za jasny, Nowy Orlean to bajka o trupach, muzyce, wodzie i miłości, spojrzysz w górę to zobaczysz tylko bawiących się ludzi, potem już tylko świerszcze wyją jak dusze z gehenny, jak bardzo słychać to już nic nie widać. A potem jazda trwa w wielkiej kuli światła. Jest jasno przy motelu, zwłaszcza jeśli taplamy się w basenie, zakupy także robisz w blasku, nawet jeśli jest to licha stacja benzynowa, gdzie w niedzielę nie sprzedają piwa. W Rosswell powinno być niebo jak ta lala, zupełnie inne niż to nad wsią polską rok temu, niestety, żadna gwiazda nie błysnęła nad tymi paroma uliczkami, biednym muzeum i biedniejszą jeszcze figurką ufoludka. Gdzie indziej ulice rozświetlone, Vegas to przecież zjadło cały układ kosmiczny, jeśli nie więcej, wybrzeże Pacyfiku spowija mgła. Aby wywinąć się tym kolejnym kręgom należy umknąć w pustkę, na prostą drogę Kolorado, Kansas. No jak w mordę strzelił. Tylko tam aż strach stawać żeby ktoś w tyłek nie wjechał, zgasić świateł się nie da, bez zgaszonych świateł nic nie widać. Już lepiej jechać spokojnie. Księżyc cudownie odrywa się od ziemi. Więc, skoro ja nie widziałem, to może nikt, nad Ameryką nie ma gwiazd, ewentualnie nikt nie wie jak one wygądają dlatego należy je domyślić, z tego czarowania wykluł się Hollywood, scientolodzy i wyznawcy kosmitów – niestety, na żadną ze słynnych, ufologicznych stacji radiowych także nie zdołałem trafić.
Nie pisuję wierszy, chyba, że takie jak ten parę wpisów wyżej (poprzednim był ten do „Pana Śniega i pana Wiatra”, drukowany z sześć lat temu w Nowej Fantastyce), dziś jeden wymyśliłem i też nie zamierzam go spisać. Istnieje po temu przynajmniej jeden powód poza moją niechęcią do poezji. Mogę jednak opowiedzieć. Wychodząc do pubu Egon w Krakowie zacząłem nagle myśleć jakim chciałbym zostać zwierzęciem na wypadek, gdyby jednak buddyści mieli rację. Kotem złego człowieka. Tak naprawdę złego, do szpiku zeżartego przez potworności, zimnego i okrutnego względem innych. Tacy ludzie wyróżniają się szczególnie życzliwym stosunkiem względem zwierząt, najczęściej zwierzęta mają, w tym i koty. Każdy ma potrzebę dobra, każdy lubi dobrym się czuć. Wobec zwierząt okazywanie serca przychodzi szczególnie łatwo, naprawdę źli ludzie wyżywają się więc w tym rodzaju uczucia, odbębniają swoje i wyżywają się w hejtowaniu. Miałbym najlepsze żarcie, podusie, mleczko i zapewne zdołałbym zapomnieć, że zostałem wykastrowany. U osoby dobrej, względnie przyzwoitej, sprzeciwiającej się własnym demonom miałbym się gorzej, tacy są wiecznie zajęci i mogą nie mieć czasu na koty. A już na pewno raz na czas muszą kota opuścić no i nie głaszczą tyle ile trzeba. Wyobrażałem sobie, jak mógłbym opisać wrażenia kota zamieszkałego u potwora w ludzkiej skórze, jak niewiele dotyczyłoby mnie ze świata i jak doskonale mijałbym wszelkie nieszczęścia w około, nawet o nich bym nie wiedział i oddał ducha w przekonaniu, że świat jest perfekcyjnym miejscem. Oczywiście nie napiszę. Zrozumiałem, że mógłbym zostać posądzony o wstąpienie polityczne, o jakąś deklarację, co być może byłoby nawet mile widziane, tylko że sam zdumiałem się nad tym, że istnieje takie skojarzenie, przyszło do głowy wbrew wszelkim intencjom towarzyszącym zamysłowi karmicznego poematu. Zapewne trochę mi odbija w związku z tym. Interpretacja polityczna każdego tekstu jest zawsze możliwa lecz najczęściej nie warto jej robić, wychodzą przypadkowe bzdury i potworności.
Poza tym mam co pisać.


Strona 3 z 88« First...234153045...Last »