Tydzień z głowy (72)
Coś się udało, mianowicie, spotkanie w Pauzie. Byłem zaskoczony: ilością zgromadzonych, kierunkiem, w którym pobiegła dyskusja (dowiedziałem się, że jest Młody i Stary Orbitowski), wreszcie pytaniami. Jedno zapadło mi w pamięć. Dotyczyło bloga, konkretnie tego kącika: podobno odszedłem od pisania o swoim życiu na rzecz tematyki historycznej. W gruncie rzeczy to nieprawda, wydaje mi się nawet, że „nadchodzi” jest najbardziej osobistym kawałkiem, który popełniłem. Ale wróćmy do pytania. Skoro teraz historia a nie Orbitowski, czy to znaczy, że funkcję terapeutyczną zaczął spełniać „tydzień z głowy”? Piszę przecież po to, żeby z czymś się uporać, no i zarobić kaskę. Blog jednak jest niedochodowy. Cos w tym jest, bo to coniedzielne pisanie przypomina nieco znaną z filmów wizytę na kozetce psychoterapeuty. Nie zastanawiam się, po prostu piszę. Tak samo jest z książkami, tyle, że książki poprawiam, a jeśli mnie pamięć nie myli, to w życiu nie przeczytałem niczego, co tu naknociłem. Czy to możliwe, że blog zabrał mi coś ważnego, z zupełnie innego miejsca? Zagospodarował? Nie, ale to niepokoi jako perspektywa. Piszę serduchem, wywalam flaki, może dlatego nie lubię sam takiego pisania czytać (garbus nie lubi garbatych), uwolniony za to od ciężaru serca mógłbym sadzić przerażające, pięknie napisane książki, z wycyzelowaną fabułką, do tego w jakiś sposób mądre – wolałbym uniknąć takiego losu i mam nadzieję, że jeśli nie uniknę, to ktoś mnie kopnie w dupę i powie, daj sobie spokój. Zawsze mogę być pisarzem eseistą, czyż nie?
Tu chyba trzeba by było zaznaczyć, że nie mam żadnego kryzysu, „Widma” idą dobrze, a głowa aż puchnie od nowych pomysłów. Dzwonią mi przynajmniej dwa filmy, które chciałbym zrobić jako współscenarzysta (nie pytajcie o szczegóły), opowiadania, proszę, proszę, też dwa wymyślone i tylko czekają na moje paluszki. Wreszcie sprzedam swoje wspomnienia z Ameryki! Znalazłem jak to chwycić. Więc prę sobie do przodu, a ponieważ jestem zadowolony z życia, psuję to sobie pytając, teraz samego siebie. Bo z sobą się spotykam. Mam dar. Zachowuję się jak gość, co znalazł walizkę z forsą, następnie popędził do knajpy, stawia wszystkim i pilnuje, by każdej dziwce w mieście wsunąć stówkę za dekolt. Forsa może się skończyć. Lub wróci właściciel. Myślę wyłącznie podczas pisania, najdłuższy mój konspekt zmieściłby się na ramce fajek, pomysły po prostu przychodzą. Miało to ten walor, że mogłem koncentrować się na technicznym aspekcie pracy literackiej. Dar, jak nazwa wskazuje, jest czymś, co może zostać odebrane. Natychmiast, w każdej chwili. Pomysły przestaną się pojawiać, nie będę mógł ich składać i przywoływac ludzi w głowie. Jak będę umiał bez tego żyć? Nie wiem. Pewno sobie poradzę. Te rzeczy skądś się biorą. Dar został gdzieś znaleziony. Tylko nie wiem gdzie i tak serio, boję się szukać tego miejsca, choć czasem bardzo chcę.
Niezwykle radują mnie sukcesy naszych sportowców. Jak ta dziewczyna ślicznie się cieszy! Klops w tym, że nawet dziesięć kolejnych medali nie wyrówna mi mojej krzywdy, a nawet ją pogłębi. Podobnie miałem z Małyszem, może życie polepszyło się, gdy przestał tak daleko skakać. Przywykłem już do tego, że Polakom idzie wyłącznie w śmiertelnie nudnych sportach, przynajmniej od czasu, kiedy to Gołota okazał się palantem. Korzeniowskiego jeszcze mogłem znieść, zresztą, pokazywali go umiarkowanie. Nie wyobrażam sobie niczego nudniejszego od sportów zimowych, nie musze tego robić, bo jestem bombardowany nimi zewsząd. Skoki sa jak flaki z olejem, wolałbym już borowanie zęba, już lepiej czytać Żiżka albo, nie wiem, Putramenta, niż patrzeć na takie dziadostwo. Teraz biegi. Co jest już kompletnie nie do wytrzymania, lecą ludzie przez ten śnieg i to kawał czasu, wiem, imponujące i dla radości zwycięstwa, że naszym wreszcie cos wyszło, ale przecież na tym się nie skończy. Nieustannie, na całym świecie są te biegi i skoki, znam i takich, którzy chcieliby aby zima trwała okrąglutki rok z tego powodu. I teraz telewizor będzie nadawał to w kółko, skoki i bieg na nartach, pewno jeszcze strzelanie na każdym możliwym kanale, jak znam życie zawody są nawet w Pernambuko i tam też można wysłac tego sympatycznego, skromnego Małysza, możemy teraz brać w dupę od wszystkich okrągłą dekadę, ramówka jest ustawiona. Nawet wiadomości są o tym. Pomysł, żeby facet interesował się sportem jest zupełnie pomylony (głupsze jest tylko interesowanie się samochodami, o prawie jazdy nie wspomnę), lecz, skoro trzeba, to czy Urbaś nie mógłby biegać szybciej? Czemu nie boks? Nasi piłkarze nieszczęśni… Pudzianowski jest ciekawy, czemu jego nie pokazują non stop, jak dźwiga? Albo, skoro tak wszyscy lubią, żeby było biało, to chociaż hokej poproszę, wygrajmy ze Szwecją czy inną Kanadą. Cokolwiek. Tylko nie sporty zimowe. To niszczy mi życie, odbiera zdrowie, czekam tylko, aż wypadną zęby. Właściwie nie wiem czemu tak tutaj bredzę, mogłem po prostu napisać, że po raz pierwszy w życiu mam kablówkę i się dziwuję jak małpa bateryjce.
Poza tym dostałem album z rysunkami Mike’a Mignolii, z Hellboyem jako głównym tematem. Wielki i śliczny. Dzięki! Dziś przyszła wiosna. Trzeba się wydziarać.