metal na dziś (21)


Co jak co, od muzyki nie oczekuję żadnej wybitności, żadnego wyśrubowania i szukania granic, chłopcy i dziewczynki mają grać i cześć. W innym wypadku musiałbym słuchać tak nieznośnego objawienia jak Mastodont, albo wracać do starych nagrań Mekong Delta, którzy wrócili, choć nikt za nimi nie tęsknił. A ten, kawowo śledziowy poranek spędziłem, słuchając kawałków Hypocrisy z tubka, nowa płyta w drodze, koncert za miesiąc, więc już powoli się nakręcam. Poza wypracowaniem brzmienia, Szwedzi nie dołożyli żadnej nowej cegły do metalowego murku, a tłuką się tak fajnie, z umiarem, że noga sama chodzi. W gruncie rzeczy, nie rozróżniam ich płyt, nie wiem nawet ile ich dokładnie mają, co nie przeszkadza w porannej radości. I jeszcze ta zacna ufologiczna otoczka, w końcu kosmita to ciekawsza sprawa niż diabeł, a znam takich, którzy twierdzą, że mamy do czynienia z jednym i tym samym. Tak czy inaczej, zamiast tego numeru mógłbym wrzucić ze dwadzieścia innych, takich hitów na miarę klubu na trzysta osób, chciałbym w tym klubie się znaleźć i pomachać łbem do zerwania karku. W zamian, spróbuję reaktywować obie, zapomniane nieco rubryczki, metalową i horrorową, umordowałem się już wrzucaniem linków do własnych tekstów i pisaniem co niedzielę o tym, że im zimniej tym smutniej.

tołstoj jako komiks. o “ibikus” na onet.pl

W 1926 roku Aleksy Tołstoj wydał Przygody Niewzorowa, czyli Ibikus, propagandową powieść o wysokich walorach obyczajowych. Książka mówi o rzeczonym Niewzorowie, małym cwaniaczku, kombinatorze i łajdaku, który próbuje wzbogacić się na zawierusze Rewolucji Październikowej. Wymowa dzieła pozostawała zależną od sytuacji samego Tołstoja. Pisarz zdobył pewne uznanie jeszcze przed I wojną, emigrował z Rosji po dojściu bolszewików do władzy – Przygody Niewzorowa stanowią odbicie doświadczeń tego okresu. Tołstoj na Zachodzie radził sobie nie najgorzej, wykonał jednak zaskakujące posunięcie. Wrócił do kraju i bez większych kłopotów przystał na rolę literackiego trybika w systemie komunizmu, a nawet wzbudził w sobie głęboką miłość do Stalina. walor propagandowy jego książek przyćmiewa inne, choć Tołstojowi talentu – zwłaszcza obserwacyjnego – odmówić nie sposób, tak samo jak nie da się określić Przygód inaczej niż przestarzałego knota, który powinien interesować jedynie historyków literatury. A jednak. Trudno doprawdy stwierdzić, jakie licho skłoniło francuskiego autora komiksów Pascala Rabate’a do podjęcia karkołomnej próby przełożenia książki na komiks. Niemniej, efekt jest oszałamiający.

Cromwell Stone Andreasa był chyba najpiękniej zrobionym komiksem jaki czytałem, ale Ibikus plasuje się tuż za nim. Ale „Cromwell Stone” jest dziełem stosunkowo krótkim, nad którym autor ślęczał długie lata. „Ibikus” to pięćset stron z hakiem, wypełnionych przepysznymi, quasi-malarskimi kadrami, które chciałoby się zobaczyć w muzeum. Rabate umiejętnie balansuje pomiędzy surrealizmem z mistyczną wkładką a brutalną, naturalistyczną estetyką oddawania wydarzeń historycznych i nawet jego błędy u innych stanowiłyby sukces co niemiara. Ludzie jako plamy, rozchlapane kadry, zadziwiająca zdolność do zbliżeń, do twarzy to jeszcze nic – praca plastyczna Rabate’a rozrywa tołstojowski realizm, zlewając go z grozą, ze stanem parszywej duszy niemniej parszywego Niewzorowa. Żeby było prościej: demony z głowy wyłażą wprost na kartkę.

Kim jest Niewzorow? Ano, kanalią jakich mało. Wykonuje umiarkowanie barwny zawód księgowego i kombinuje, jakby tu uszczknąć coś z życia, czyli pofiglować z dziewczynami, napić się wódeczki i poszastać pieniędzmi, wszystko to w Petersburgu roku 1917, kiedy carska Rosja waliła się na łeb. Katastrofa, wyrażona w zabitych żołnierzach, głodujących cywilach i przekonaniu, że najgorsze dopiero nadejdzie, budzi w nim niekłamaną radość. Cyganka przepowiedziała Niewzorowi, że dojdzie do wielkich pieniędzy właśnie w takich czasach: kiedy brat będzie zabijał brata. Nasz księgowy wygląda więc z radością rychłego bratobójstwa. Czekał, czekał i się doczekał. Lenin przypuszcza szturm na pałac zimowy.

Rewolucyjny zamęt stwarza pierwszą okazję zarobienia wielkich pieniędzy. Wiadomo, w trudnych czasach łatwo stracić fortunę, lecz i łatwo się dorobić. Niewzorcow zaczyna od kradzieży, połączonej z morderstwem – sam tłumaczy sobie, że nie zrobił nic złego, skracając cierpienia antykwariusza, którego zranił ktoś wcześniej. Rabunek przynosi sporo pieniędzy, starcza na kokainę i otworzenie nielegalnego kasyna z przygodnie spotkanym wspólnikiem. Interes kręci się jak koło ruletki, oczywiście do czasu – kasyno zostaje zamknięte, wspólnik zapuszkowany a Niewzorow wyrusza na tułaczkę w niesłabnącej nadziei, że przepowiednia cyganki kiedyś jeszcze się spełni.

całość

tydzień z głowy (61)

Jest sobotni wieczór, piję pierwszą z trzech herbatek melissa, czyli, zabieram się za pisanie i walkę z bezsennością zarazem. Liczę, że tę ostatnią zdołałem przezwyciężyć, gryzę się w palce, które klepią te słowa – jeśli w coś naprawdę mocno wierzę, to w logikę zapeszenia. Bezsenność po prostu mi się zdarza, choć był czas, kiedy trwała i lata w następujących interwałach, tydzień spania od zera do dwóch godzin, potem noc jak kamień i heja, od nowa. Wówczas sam byłem sobie winny przyjmując tryb życia tak radosny, że nie starczało na sen, teraz, jak mój stary kumpel z Ameryki: do końca to nie wiem. Tylko się zmagam, a wyzmagałem się chyba na tyle, żeby na nowo o bezsenności napisać. Jest to jedno z nielicznych zjawisk, które nie oferuje niczego dobrego, chyba, że w jakimś dalszym ciągu zdarzeń, który szczęśliwym trafem, jeszcze się przede mną nie ujawnił. Do rzeczy. W skrócie chodzi o to, że człowiek sobie leży, przysypia i nagle bach, odnajduje siebie wybudzonym i to tak cudnie, że mógłby wyliczyć wszystkich cesarzy rzymskich wraz z datami panowania. A jednak nie wylicza, tylko wierci się w wyrze, dowiercić się nie może i w końcu doczekuje świtu, nie śpiąc z samej tylko rozpierającej wściekłości, że zasnąć się nie da. Kolega orzekł, że po czterech takich dniach pojechałby sobie karawanem, ja mogę ciągnąć, tylko po co. Kłopotliwość bezsenności nie polega na tym, ze się nie sypia: gdyby istniały tabletki regenerujące organizm bez konieczności snu, żarłbym je łyżkami do końca życia. Niknie jednak radość życia. Wstawałem (bez sensu pisać znów – człowiek), robiłem sobie kawę, siadałem do roboty, która szła może o trzydzieści procent wolniej, potem pędziłem do swoich spraw. Do przyjaciół, do dziecka, coś podpisać. Tylko, że wszelkie radości nikną, ludzie stają się obojętni, słowa tak straszliwie nie moje, jak dawne kobiety spotykane po wielu latach, żarcie to papka bez smaku, pet krztusi, piwo otumania i przyciska głowę do blatu, ulatują wszystkie marzenia i myśli, a we łbie kołacze się tylko jedno: żeby wreszcie skończył się ten pieprzony dzień. To się położę, to się wyśpię. A takiego!
Drugi kłopot przychodzi potem, po paru takich dniach. Dochodzi do kompletnego pogubienia emocjonalnego, zmieszania sensu z przeczuciem, celu ze środkiem, z pierzyny wyskakują najdziwniejsze przeczucia. Nie mówię, że pędzę przez miasto z siekierą, albo siedzę w kącie i kiwam się cudnie, wyglądam i ruszam się całkiem normalnie, nie zwróciłem przynajmniej uwagi, by patrzono na mnie jak na wariata częściej niż zwykle. Ale głowa nakręca się sama, wyobrażam sobie jakieś wykrzywione losy swoje i bliskich, wydaje mi się, na przykład, że jeśli zasnę to się nie obudzę, co nie jest prawdą, bo jak zasnę, to śnią mi się takie koszmarki, że wyskakuję w powietrze, mało wyrka nie połamię. Już minęło, ale ślubuję kiedyś napisać o tym opowiadanie, może nawet książkę. W tej obietnicy kryje się optymizm: nigdy nie podejmuję tematów, których nie przeżyłem do końca, nie przerobiłem i nie przebiłem kołkiem (co nie znaczy, że nie wrócą w sequelu). Czyli, przerobię.
Możliwe, że kłopoty ze spaniem mają (miały – od tygodnia, za sprawą meliski i treningów sypiam nie najgorzej) związek ze zmianami w moim życiu, które niebawem nastąpią, a jak nastąpią, to o nich wspomnę. Nie tylko to, jest jeszcze cisza. Zawsze otaczały mnie głośne dźwięki, całe dorosłe życie przemieszkałem w centrum miasta, nasłuchując samochodów, pijaków, konkubentów rzucających w siebie przedmiotami, a w tej chwili tłucze się dla mnie nowa, doskonała płyta Asphyx. Niemniej, przestanie. Nigdy za to nie umiałem zasypiać przy muzyce, telewizorze, czymkolwiek, tylko ciemność i szumy. Najbardziej lubiłem świerszcze, cykające mi ostatniego lata. Teraz, gdy się położę owładnie mną cisza. W moim bloku widuję sąsiada raz na miesiąc, wszyscy w koło samotni, niby Ikea, Marko blisko, ale jednak dzieli nas kawał nieużytku, osiedle jest ogrodzone płotem i nikt nie wlezie. Więc znika wszystko, wszelkie dźwięki, a ja czasem leżę, nie przejęty, nie przerażony, tylko zdziwiony nieodmiennie takim stanem rzeczy. Wsłuchuję się w dom, poddaję się złudzeniom i coś się odkrywa w końcu, jakis szmer, szelest człowieka albo ptaka, mało co, a uwierzę, że prąd szumi w kablach.
A w sumie to nie jest źle, mimo stałego natężenia problemów (problemy różne, stałe natężenie) , w tym tygodniu pomogłem zdarzyć się kilku naprawdę kapitalnym pomysłom, spędziwszy przy okazji jeden z najlepszych, kumpelskich wieczorów tego roku (dzięki, chłopaki), pisane idzie i to całkiem nieźle, no i spędzam weekend z moim synem. Trochę kulawo, jak to zawsze u mnie, ale coś się dzieje. Nawet byliśmy w gościach, pokazałem mu kota, mały oszalał ze szczętem, kładł się na ziemi i próbował warczeć, jak pies z kotem, jak kot z dzieckiem i te dwa wydarzenia są tylko częścią większej dobrej całości.
(dopisane rano)
Spałem.

przyjedź do Polski, dexter!

Niedawno bohaterem Litwinów został Drasius Kedys, który, wyczerpawszy możliwość dochodzenia sprawiedliwości w sposób standardowy, wziął krwawą pomstę na gwałcicielu swojej córki; teraz umknął i krąży legenda, że bawi się w samotnego mściciela. Tymczasem rekordy popularności bije serial „Dexter” – u nas pokazano trzy sezony, w Stanach leci już czwarty, co po prawdzie nie ma wielkiego znaczenia – wielbiciele seriali, za sprawą nielegalnej wymiany plików, mają dostęp do wszystkich nowości.

O ile Kedys – przynajmniej w ramach wizerunku stworzonego przez przychylne mu media – sprawia wrażenie człowieka skrzywdzonego, który w desperacji sięgnął po środki ostateczne, to Dexter jest postacią z gruntu odmienną, wytrenowanym, bezdusznym psychopatą, który w określony sposób skanalizował mordercze instynkty. Tych dwóch łączy jedno: sympatia telewidzów.

***

Dexter w dzieciństwie stał się świadkiem przerażającej zbrodni: bandyci porżnęli jego matkę piłą mechaniczną. To wydarzenie cokolwiek przemieniło chłopca. Przybrany ojciec, policjant świetnie znający profil psychologiczny przestępców, zrozumiał, jaka droga pisana jest chłopcu. Będzie zabijał, nie ma ludzkiej siły, innymi słowy: stanowi nieliche zagrożenie dla społeczeństwa. A gdyby tak – zapytał siebie zmyślny tato – obrócić te mordercze skłonności w coś może niekoniecznie dobrego, ale korzystnego dla słonecznego Miami? Nauczył więc małoletniego Dextera sposobów zabijania, zacierania śladów i umykania przed policją, następnie wbił do bezdusznego łba prosty kodeks. I tak to się zaczęło.

Nocami Dexter wyłapuje morderców, którzy wywinęli się prawu, następnie zabija ich w sterylny sposób, prawiąc przy okazji króciutkie kazanie. Ciała pochłania morze. A że pod latarnią najciemniej, dnie Dexter spędza pracując jako laborant policyjny i maskuje się jak tylko umie: odgrywa rolę dobrego brata i, świadom faktu, że psychopaci najczęściej żyją samotnie, nie bez wysiłku wdraża się w rolę przybranego ojca dwójki dzieci i cud chłopaka dla ich fajnej mamy. W rzeczywistości jest człowiekiem pustym, pozbawionym uczuć, któremu nawet seks nie sprawia przyjemności i choć w kolejnych sezonach scenarzyści próbują go uczłowieczyć, nie mamy wątpliwości: to bestia bez sumienia. Nie zdziwiłbym się, gdyby jego imię weszło do powszechnego użycia jako nazwa dla ucywilizowanego potwora.

Trudno stwierdzić, skąd Dexter czerpie taką samoświadomość – jakim cudem zdołał zrozumieć, że nie ma uczuć. Być może psychiatria zna odpowiedź na tę kwestię, ale gdybym nie rozróżniał barwy czerwonej od zielonej, żyłbym w słodkiej niewiedzy, aż wpadłbym pod rozpędzony samochód. Z uczuciami jeszcze trudniej. Psychopata najczęściej nie wie, że jest psychopatą, dokonując w sobie pomieszania wrażeń: jest mi z kimś dobrze, więc kocham tego kogoś (choć naprawdę nie umiem odczuwać miłości). Intuicja scenarzystów odsyła nas do postaci ojca, który pchnął naszego laboranta na drogę samopoznania.

całość w najnowszym wydaniu Tygodnika Powszechnego.

wywiad na gildia.pl

coś dużo tej gildii ostatnio

Bartosz Czartoryski: Spotykamy się na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału i od kryminału chciałbym zacząć. Czy ten gatunek literacki miał wpływ na kształtowanie Ciebie jako twórcy?

Łukasz Orbitowski: Jest to kłopotliwe pytanie, gdyż spotykamy się na Festiwalu Kryminału, a kryminał inspirował mnie umiarkowanie. Przerobiłem klasykę, Christie, Doyle’a, czarny kryminał. Przejechałem przez rzeczy współczesne, jak powieści Krajewskiego czy też zachodnie pseudo-kryminały z wydawnictwa Albatros. Jeśli pytasz o inspirację kryminałem… w sumie mógłbym powiedzieć, że inspirował mnie on tak, jak samo życie. To, co mnie spotyka na co dzień, wszystkie wydarzenia, wszystkie przeczytane książki, mają wpływ na moją pracę. Zacząłem pisać, interesować się sztuką, kiedy miało miejsce pierwsze uderzenie kryminału polskiego i kierując się instynktem, pomyślałem, że jedyne co mogę zrobić, to być jak najdalej od tej konwencji. Gdybym zaczął wtedy zajmować się kryminałem, byłbym po prostu spóźniony. Pojawili się wcześniej ludzie, którzy tchnęli życie w ten gatunek. Ja, jako epigon, czułbym się w tym świecie nie na miejscu. Podsumowując, mogę powiedzieć, że czytam książki kryminalne i na tym się mój kontakt z gatunkiem się zamyka.

A ja myślę, że jednak nie do końca, bowiem przerzucasz zainteresowanie kryminałem na film. Nie owijając w bawełnę, chodzi mi o bliski Tobie nurt giallo, będący, mówiąc w uproszczeniu, swoistym miksem kryminału i horroru…

Dario Argento, który może nie tyle jest ojcem, co popularyzatorem giallo, powiedział kiedyś rzecz, która stawia go w opozycji do tego, co mówią twórcy kryminału. W kryminale kunsztowna forma służy temu, by czytelnik dotarł do rozwiązania zagadki, tymczasem Argento twierdzi, że dla niego nie jest ważna fabuła filmu, lecz sam klimat, atmosfera, kolorystyka. Jeśli spojrzymy na giallo pod kątem kryminalnej zagadki, to widzimy, że jak najbardziej ją mamy: ktoś zabija, trzeba tylko odkryć kto. Z reguły odpowiedź jest bardzo prosta. Giallo bierze funkcję kryminału i przerabia ją na estetykę. Jest to walor kina giallo: bierzemy film jednocześnie bardzo brutalny, a zarazem piękny wizualnie. Na przykład moje ulubione giallo, “Dom o śmiejących się oknach”, urzeka urokiem prowincjonalności. Prowadzi to do tego, że w giallo znajdziesz zredukowaną strukturę kryminału, podporządkowaną estetyce. Giallo jest rodzajem kina, który nie może być powtórzony. Zastanawiam się, czy giallo można kręcić teraz, niby nie ma przeciwwskazań, scenariusz do takiej “Suspirii”, która jest wspaniałym filmem, mogłoby napisać dziecko. Istnieją jednak jakieś pozaracjonalne powody, dla których giallo nie mogłoby się udać teraz. Nawet Argento nie zdołał wrócić do tej formuły, którą sam udoskonalił. Jego “Giallo” nie jest przecież najlepszy, aczkolwiek pojawia się próba nawiązań estetycznych do wcześniejszych filmów. Weźmy na przykład fakt, że morderca jest chory na żółtaczkę, stąd tytuł!

całość


Strona 25 z 84« First...15242526304560...Last »