Jest sobotni wieczór, piję pierwszą z trzech herbatek melissa, czyli, zabieram się za pisanie i walkę z bezsennością zarazem. Liczę, że tę ostatnią zdołałem przezwyciężyć, gryzę się w palce, które klepią te słowa – jeśli w coś naprawdę mocno wierzę, to w logikę zapeszenia. Bezsenność po prostu mi się zdarza, choć był czas, kiedy trwała i lata w następujących interwałach, tydzień spania od zera do dwóch godzin, potem noc jak kamień i heja, od nowa. Wówczas sam byłem sobie winny przyjmując tryb życia tak radosny, że nie starczało na sen, teraz, jak mój stary kumpel z Ameryki: do końca to nie wiem. Tylko się zmagam, a wyzmagałem się chyba na tyle, żeby na nowo o bezsenności napisać. Jest to jedno z nielicznych zjawisk, które nie oferuje niczego dobrego, chyba, że w jakimś dalszym ciągu zdarzeń, który szczęśliwym trafem, jeszcze się przede mną nie ujawnił. Do rzeczy. W skrócie chodzi o to, że człowiek sobie leży, przysypia i nagle bach, odnajduje siebie wybudzonym i to tak cudnie, że mógłby wyliczyć wszystkich cesarzy rzymskich wraz z datami panowania. A jednak nie wylicza, tylko wierci się w wyrze, dowiercić się nie może i w końcu doczekuje świtu, nie śpiąc z samej tylko rozpierającej wściekłości, że zasnąć się nie da. Kolega orzekł, że po czterech takich dniach pojechałby sobie karawanem, ja mogę ciągnąć, tylko po co. Kłopotliwość bezsenności nie polega na tym, ze się nie sypia: gdyby istniały tabletki regenerujące organizm bez konieczności snu, żarłbym je łyżkami do końca życia. Niknie jednak radość życia. Wstawałem (bez sensu pisać znów – człowiek), robiłem sobie kawę, siadałem do roboty, która szła może o trzydzieści procent wolniej, potem pędziłem do swoich spraw. Do przyjaciół, do dziecka, coś podpisać. Tylko, że wszelkie radości nikną, ludzie stają się obojętni, słowa tak straszliwie nie moje, jak dawne kobiety spotykane po wielu latach, żarcie to papka bez smaku, pet krztusi, piwo otumania i przyciska głowę do blatu, ulatują wszystkie marzenia i myśli, a we łbie kołacze się tylko jedno: żeby wreszcie skończył się ten pieprzony dzień. To się położę, to się wyśpię. A takiego!
Drugi kłopot przychodzi potem, po paru takich dniach. Dochodzi do kompletnego pogubienia emocjonalnego, zmieszania sensu z przeczuciem, celu ze środkiem, z pierzyny wyskakują najdziwniejsze przeczucia. Nie mówię, że pędzę przez miasto z siekierą, albo siedzę w kącie i kiwam się cudnie, wyglądam i ruszam się całkiem normalnie, nie zwróciłem przynajmniej uwagi, by patrzono na mnie jak na wariata częściej niż zwykle. Ale głowa nakręca się sama, wyobrażam sobie jakieś wykrzywione losy swoje i bliskich, wydaje mi się, na przykład, że jeśli zasnę to się nie obudzę, co nie jest prawdą, bo jak zasnę, to śnią mi się takie koszmarki, że wyskakuję w powietrze, mało wyrka nie połamię. Już minęło, ale ślubuję kiedyś napisać o tym opowiadanie, może nawet książkę. W tej obietnicy kryje się optymizm: nigdy nie podejmuję tematów, których nie przeżyłem do końca, nie przerobiłem i nie przebiłem kołkiem (co nie znaczy, że nie wrócą w sequelu). Czyli, przerobię.
Możliwe, że kłopoty ze spaniem mają (miały – od tygodnia, za sprawą meliski i treningów sypiam nie najgorzej) związek ze zmianami w moim życiu, które niebawem nastąpią, a jak nastąpią, to o nich wspomnę. Nie tylko to, jest jeszcze cisza. Zawsze otaczały mnie głośne dźwięki, całe dorosłe życie przemieszkałem w centrum miasta, nasłuchując samochodów, pijaków, konkubentów rzucających w siebie przedmiotami, a w tej chwili tłucze się dla mnie nowa, doskonała płyta Asphyx. Niemniej, przestanie. Nigdy za to nie umiałem zasypiać przy muzyce, telewizorze, czymkolwiek, tylko ciemność i szumy. Najbardziej lubiłem świerszcze, cykające mi ostatniego lata. Teraz, gdy się położę owładnie mną cisza. W moim bloku widuję sąsiada raz na miesiąc, wszyscy w koło samotni, niby Ikea, Marko blisko, ale jednak dzieli nas kawał nieużytku, osiedle jest ogrodzone płotem i nikt nie wlezie. Więc znika wszystko, wszelkie dźwięki, a ja czasem leżę, nie przejęty, nie przerażony, tylko zdziwiony nieodmiennie takim stanem rzeczy. Wsłuchuję się w dom, poddaję się złudzeniom i coś się odkrywa w końcu, jakis szmer, szelest człowieka albo ptaka, mało co, a uwierzę, że prąd szumi w kablach.
A w sumie to nie jest źle, mimo stałego natężenia problemów (problemy różne, stałe natężenie) , w tym tygodniu pomogłem zdarzyć się kilku naprawdę kapitalnym pomysłom, spędziwszy przy okazji jeden z najlepszych, kumpelskich wieczorów tego roku (dzięki, chłopaki), pisane idzie i to całkiem nieźle, no i spędzam weekend z moim synem. Trochę kulawo, jak to zawsze u mnie, ale coś się dzieje. Nawet byliśmy w gościach, pokazałem mu kota, mały oszalał ze szczętem, kładł się na ziemi i próbował warczeć, jak pies z kotem, jak kot z dzieckiem i te dwa wydarzenia są tylko częścią większej dobrej całości.
(dopisane rano)
Spałem.