O “Pontypool” w Nowej Fantastyce

Wiele lat temu postanowiłem zostać dziennikarzem – w tym celu zapisałem się na studia, podszedłem do egzaminu wstępnego, wskutek czego nie zostałem przyjęty. Szanowna komisja wzgardziła również kolegami, którzy stawili się przed nią z podobną intencją. Uznaliśmy bowiem, że zawodu pismaka nie wypada uprawiać inaczej niż stadnie. Wylatując na zbity pysk rozbudziłem w sobie żal za straconą szansą. Nie dla mnie rozmowa z Melem Gibsonem, kto inny wytknie nietrzeźwy brak konsekwencji prezydentowi Kwaśniewskiemu.

Drugie podejście do dziennikarstwa miałem pięć lat temu, kiedy podreptałem do pewnej krakowskiej gazety wyżebrać jakąś szansę. Pan naczelny uradował się na mój widok, zapytał, czy mam jakąś pracę, gdyż uprawiając zawód z misją utrzymać się nie zdołam. Posłał mnie następnie na konferencję do magistratu i na koncert Procupine Tree – ci grali tam, gdzie powinni, czyli w supermarkecie. Konferencja była w inny dzień, zespół nie wystąpił. Pomyślałem sobie: Bóg naprawdę nie chce bym dziennikarzył, przesyła mi w związku z tym znaki. Następnym będzie cegła spadająca na mój durny łeb.

To krótkie doświadczenie nauczyło mnie, jak trudny jest zawód dziennikarza. Przeżycia lat następnych dodały obserwację, że dziennikarz radiowy wyróżnia się szczególnie wysokim stopniem zabiedzenia. Krążą tacy po rozgłośniach, nieodmiennie w grupach, wbici w szare swetry i wytarte marynarki. Nieodmiennie ich żuchwy wysunięte są do przodu, co jak sądzę ułatwia chwytanie pokarmu, jednocześnie utrudniając mówienie. Przez moment myślałem, że zostanę rozszarpany. A ci ludzie niosą nam dobry humor po falach eteru, oferują informacje, dźwięki. Niekiedy – nadzieję. Przynajmniej w filmie “Pontypool”.

Incepcja. spojlery.


Skoro wszyscy o tym, rozmawiają, czy raczej rozmawiali, dorzucę swoje grosze. Byłem w kinie i dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem – sprawnie zrobiony blockbuster pozbawiony głębokich treści. Nolan dostał więcej swobody, jest perfekcyjny jak zawsze, ale „Incepcja”, zapewne ze względu na autorski charakter pomysłu jawi się filmem mniej bezdusznym niż jego Batmany. No i nie ma Christiana Bale. Znakomita końcówka sennego odcinka fabuły. Niemal zawsze, gdy reżyser stawia pytanie „czy bohaterowie zdążą?” ziewam, w tym wypadku obgryzałem palce. I znów, niemal zawsze, kiedy nie rozumiem filmu, który zrobił na mnie wrażenie próbuję obejrzeć go ponownie w domowym zaciszu, wyłapując sensy i na stopklatce. Tu też tak zrobię, sprawdzając jednak czy czegoś nie przeoczyłem. „Incepcja” wydaje mi się klarownie nakręcona, jasna i prosta, bez żadnych tajemnic. Gdyby nie wcześniejsze głosy w internecie i rozmowa z A. zaraz po wyjściu z kina w życiu nie przyszłoby mi do głowy istnieje jakiejś zagadki, wynikającej z niej konieczności poszukania odpowiedzi. Bohater grany przez Leo wykonał swoje zadanie i odzyskuje swoje dzieci w prawdziwym świecie, nie we śnie. Bączek zwalnia i wywraca się – to następuje już po ściemnieniu. Kiedy kochankowie razem opadają na łóżko, także mogę domyśleć się, co dalej będzie. Ten zabieg ma wprowadzić pozór niejednoznaczności, oszukać widza zmuszając do dyskutowania na temat, który w ogóle nie podlega dyskusji. Zabełtano wodę w stawie, poderwano muł z dna, dzięki czemu woda w bajorku uzyskuje pozór morskiej głębi. Przyjmijmy jednak, że Leo śni w ostatniej scenie. Co z tego wynika? Na płaszczyźnie fabuły nic, znaczy to, ze śnił od początku, całe azjatyckie zlecenie i ambaras z dziedzicem leżały w pudełku będącym własnością kogoś innego. Kogo, tego się nie dowiemy, chyba, że nakręcą sequel. Z punktu widzenia widza takie rozwiązanie nie ma sensu, cała „Incepcja” jest niepotrzebna, zmarnowano 160 milionów dolców tylko po to, żeby nakręcić film o tym, że czegoś nie było. Żadnego przekrętu, żadnego składu fajnych łotrów prowadzonych przez zacnego milionera, to wszystko bzdura, rzędy cyfr. Niepotrzebnie przejmowałem się i kibicowałem przez dwie godziny. A jednak potrzebnie. Tylko nie rozumiem tak wysokich ocen. „Incepcja” jest znakomitym filmem rozrywkowym, czystą zabawą nieobrażającą inteligencji widza, nawet takiego jak ja, levelem zero w kinie. Potem zaczynają się sny-windy, w górę, w dół i w bok.

Warszawiacy. R. 23

Grała Bryta, a Kosma tańczył. Za nim pochylał się rozświetlony napis DEKADA.
Próbował zgrać swe zwaliste ciało z młodzieżowym klimatem otoczenia: wbił się w obcisłe, białe dżinsy z kieszeniami obszytymi nitką czarną jak dżuma. Błyszczące mokasyny. Wykrochmalony kołnierz koszuli postawiony na sztorc i bransoleta.

Nie interesował się nikim wokoło.
– Patrz jaki dżolo – Świętek szturchnął Piotrka – kto by pomyślał, że facet się odnajdzie.
Świętek miał turecki sweter i żałobę pod paznokciami.
– Znasz Kosmę.
– Ale ja nie znam – Kamila zapaliła cienkiego papierosa, Świętek musiał zaraz rzucić żart:
– Jesteś pierwszą dziewczyną, która chce go poznać.
Uśmiechnęła się zalotnie i to tak, że nawet Świętek załapał.
Piotrek nagle poczuł się jak piąte koło u wozu, wstał po piwo i margarithę dla Kamili. Nie podobało mu się to miejsce, za kolorowo, za głośno, zaraz jakiś gówniarz chwyci go za tyłek – po co komu ręce łamać? I jeszcze tłum przy barze, krótkowłosa dziewczyna w garniturze, chłopak w zielonej bluzce, za to z tunelami jak denka od piwa, obok trzech studentów, a każdy, kurwa, w polo. Blond diablica w czerwonej sukience. Na gołe ciało jak nic. I gdyby jeszcze pili bronka jak ludzie, każdy chciał coś fikuśnego i kolorowego. A on, Piotrek o suchym pysku. Drażniło go czerwone światło.
– Dla mnie ciemne łamane – poprosił Świętek. Piotrek pokazał mu plecy.
A Kosma tańczył jak maszyna której kończy się zasilanie, rozgrzane baterie ślą ostatnie elektryczne kopniaki: nogi rytmicznie w górę, jak przy marszu. Balans ciała. W bok. Ramiona wyrzucał przed siebie, raz wysoko w górę, raz na wysokość twarzy.
– Powiem ci, że za moich czasów tośmy tak nie dokazywali – rzekł Świętek po swojemu, dziwnie, bełkotliwie. Nie wiadomo, chciał podtrzymać rozmowę, czy był ciekaw: co to za Kamila. Przechylił kufel. Ostatnia kropla piwa spadła mu do ust – kto to słyszał? – ale popatrz na to!
Pod sufitem dyndało kilkanaście srebrnych kul, każda wielkości piłki plażowej. Świętek wydął wargi:
– Kiedyś w Sopocie to taka jedna była. A teraz fiu fiu. Czasy idą ku lepszemu.

dalej

metal na dziś (30)


Pierwszy wokalista Iron Maiden, Paul DiAnno powiedział, że odszedł z zespołu bo nie wytrzymał rozwleczonych kompozycji Harrisa i to jest taka prawda, że gówno prawda, tyle, że teraz rzeczywiście nie da się ich słuchać. Na poprzedniej płycie dynamiczna struktura wielowątkowych kawałków umiała jednak porwać, to było jak wielki samolot bojowy, który wbrew wszystkiemu śmiga w chmury razem z człowiekiem na pokładzie, teraz to jest bidne jak sierota spod sklepu, jak niedopity bełt tyle, że za miliony dolców: już teraz „The Final Frontier” jest numerem jeden na liście w Wielkiej Brytanii. Dobrze, że metal się sprzedaje, tylko szkoda, że taki. Zdaniem Dickinsona to ludzie są winni że im się nie podoba, bo słuchają tego szajsu na tanich słuchawkach czy, o zgrozo, wprost z komputera. Strzeliłbym sobie w głowę, ale taki „The Trooper” można zagrać nawet na grzebieniu i chwyci za serce. Nie każdego oczywiście. Maiden zawsze wykorzystywało kilka prostych komponentów by porwać słuchacza: odpowiednio był to śpiew, pęd zmieszany z podniosłym charakterem poszczególnych kawałków plus szczególna otoczka dodająca poszczególnym numerom baśniowego uroku. Teraz to powoli ulega rozkładowi i „Final Frontier” zaczyna przypominać pokój zabaw w którym starcy zaprowadzili porządek, niespodziewanie, najgorszym dziadem okazuje się sam Dickinsonm śpiewający jak zwykle tylko dużo gorzej. Być może to wiek, może zanik umiejętności pisania piosenek, których tu po prostu nie znajdziecie, zapewne – próba odkupienia własnej metaliczności w drodze ukłonu do rocka progresywnego. W sumie kumie dobrze się stało, że takie to nędzne, bo można zająć się czymś zgoła ciekawszym, czyli analizą fenomenu Iron Maiden w oderwaniu od samej muzyki, co jest zadaniem dla kogoś poważnego. Sam tutaj wypowiadam się językiem wkurwionego bahora, dwunastolatka bo i Ironi zawsze zabierali mnie do krainy dziecinności: zasłuchany byłem uroczym brzdącem choć życie waliło mi się na głowę. Teraz niczym dziecko któremu strzaskano zabawkę drę się, bo nie rozumiem skali zmiany. Nawet teledysku tu nie cisnę, pieprzę to. Niech będzie Henry Rollins, standup na temat, polecam zwłaszcza nieprzyjaciołom muzyki metalicznej.

Tydzień z głowy (97)

Spędziłem parę dobrych dni w Krakowie z moim synem. Może więcej niż parę, nie dość jednak by się sobą nacieszyć – rola ojca dochodzącego jest mniej więcej taka, że trudno odczuć znużenie mimo powtarzalności zachowań berbecia. Trzy razy płynęliśmy statkiem po Wiśle, przecież człowiek dorosły rzadko decyduje się na tak bezsensowną czynność. Oglądanie krzaka i Wawelu z wody. A Julek siedział, rozparty jak lord w loży lordowskiej i spoglądał na miasto szeroko otwartymi oczyma. Żadna woda nie jest tak niebieska, jak te jego oczy. Mało, a ryb i głębin można się dopatrzeć. Plus wiele, wiele pierdół: siłowanie się na przedramiona, wizyta w Muzeum Techniki na Wawrzyńca, gdzie nauczyliśmy się bardzo wiele o kole. Julek ma ponad trzy lata i wychodzi z niego mały, wredny egoista, jak chyba ze wszystkich dzieci w tym wieku, ten fakt jest poza wszelka miłością, jaką my, rodzice, czujemy względem rozbrykanego potomstwa. Do trzylatka należy cały świat. Zabawki, którymi nawet się nie bawi ciągle musi posiadać na wyłączność, nie mogą być użyczone, choć ojciec także chce pojeździć zdalnie sterowanym kabrioletem. Krzesło w tramwaju także ma jedynego właściciela, podejrzewam, że jest jak ta loża lordowska, królewska. Uzurpator zostaje zepchnięty. Nie znam się na psychologii ewolucyjnej ale wydaje mi się, że w tym właśnie wieku ujawnia się świadomość własnego istnienia. W jakiś sposób człowiek przychodzi na świat choć już jest na tym świecie. Czy istnieje bardziej piorunujące doświadczenie od nagłego – lub stopniowego – pokapowania się „ja jestem. O rety. Ja jestem”? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo jak nikt nie umie sobie wyobrazić co wcześniej było kiedy go nie było. Wówczas musi zrodzić się wrażenie, że cały świat podporządkował się tej fundamentalnej zmianie, jakoś ułożył się podług niej i oczekiwań nowego, kipiącego od chęci umysłu. Tak chyba myśli trzylatek, bo i czemu miałby inaczej myśleć. To też ma wymiar tragiczny. Od poczucia mocy przez lata uświadamiania sobie własnych ograniczeń (poczucie siły, właściwe berbeciom w wieku Julka powraca, na szczęście, u nastolatków, a niektórzy już wiedzą, jak sprawy się mają z kryzysem wieku średniego). Patrzę na to wszystko z przyjemnością, choć szarpanie się z małym czasem jest po prostu przykre, zwłaszcza kiedy jednak zdołam go zawstydzić. Wstyd małego chłopca, obserwowany na długość ramienia skupia tyle emocji – sprzecznych, a jak – że sam czuję się jak facet, który mało co czuje. Jaskinia platońska uczuć, dzieci są w prawdzie, nam zostały cienie.
Za to wczorajszy dzień był po prostu cudowny. Popisałem sobie, a potem, uderzony kryzysem twórczym zapragnąłem wykasować nie tylko dopinaną właśnie pierwszą wersję „Nocy sobowtórów”, ale i cały dysk twardy, wszystko co naknociłem. Jak wyobrażę sobie opierdol od bliskich, uświadomienie sobie tego, co nawyczyniałem, próby odzyskiwania danych to teraz się śmieję. Jakby ganiać z ogniem z dupy na metr. Przekonanie o kryzysie i niemocy, własnym głębokim skretynieniu wzięło się oczywiście stąd, że mi za dobrze, wszystko idzie świetnie od strony zawodowej, przeglądałem niedawno zeszycik z pomysłami notowanymi podczas jazdy przez Stany. Nabazgrane, ale ile tego? Więc było mi po prostu za wspaniale. Kiedyś w jakimś ładnym miejscu wydłubie sobie oko. Ale ale, przecież wszystko potem zniknęło. Poszliśmy z A i D (Anno Domini?) na Pola Mokotowskie napić się piwa, czy tam czegoś jeszcze innego, chwycić kawałek zdychającego lata, rzuciło nas na ognisko w Lolku, naprawdę. Knajpa pod chmurką, pełno ludzi, a my przycupnęliśmy na ławeczce, przy krzaczku, między nami trzaskał sobie ogień. Dokładaliśmy grube szczapy i nawet zespół był, obowiązkowo beznadziejny, ale gdyby fajnie grali odczułbym przesyt fajności i posmutniał. Szkoda, że nieustannie ujawniają się zakusy na to miejsce. Biurowce chcą budować, ja wam dam! Z krakowskimi dłońmi jest zupełnie inaczej, należałoby się ich pozbyć. To bezsensowny płat zieleni gdzie nawet psa nie można wypuścić, a w tym miejscu akuracik zdałaby się porządna sala koncertowa, której Wszechświatowa Stolica Kultury zwyczajnie nie posiada. Pola Mokotowskie służą do wielu celów. Staruszkowie mogą pójść na spacer, rolkarze pojeździć, z psem da się przejść, jeszcze inni, jak my, zakotwiczą się w szacownych przez wiek i walną sobie bronka, nastolatki podskoczą w krzaczki na szybki numerek, czyli każdy znajduje coś dla siebie. Do tego, zupełnie nie znam tego miejsca, ledwo umiałbym pokazać je na mapie, trzeba prowadzić mnie za rękę, z metra do Lolka, z Lolka do Bolka, a jest przecież jeszcze Tola. Drobne tajemnice superspoko. Niedługo przyjdzie jesień i znów nie będzie dało się żyć.
Co jeszcze? W najbliższy weekend zapraszam na Trikon do Cieszyna. Ja będę na pewno, podrzucę jakąś sakiewkę z planami i pomysłami na nadchodzący rok szkolny. Od jutra wracam do biblioteki, czyli czeka mnie wielkie czytanie książek i prasy z lat pięćdziesiątych, do końca roku muszę skończyć książkę, bo inaczej to nie skończę jej nigdy. W ogóle, cholera jasna, mam czas czytać. Mam czas. Pierwszy raz od bardzo dawna, mam nadzieje, że to nie jest zły omen. Od dziś zaczynam tez wielkie przechodzenie „Alan Wake”.


Strona 2 z 88123153045...Last »