tydzień z głowy (73)
Siedząc na klozecie nabrałem podejrzeń, że moje mieszkanie może być nawiedzone w sensie ścisłym. Wierzę w złe miejsca, wiem, że są. Na przykład, te dwa pokoje z kuchnią na Podgórzu posiadają nawet stosowną do okoliczności legendę, ponoć żyła tam złośliwa kobieta. Miała w zwyczaju zawijać kamienie w kolorowe papierki i rzucać dzieciom. A teraz już nie żyje, zostawiła miejsce, wątpię, by ktokolwiek mógłby być tam szczęśliwy, ale teraz jestem gdzie indziej i upiory mogłyby sobie odpuścić. Jednak nie. Wiec znalazłem się w sytuacji lazienkowiej, kiedy to komfort, chwila luzu wydaje się co najmniej na miejscu, a tu cos szepcze. Naprawdę. Rodzaj słownego szelestu. Najpierw myślałem, że to kot szcza w żwir, kotów jednak ze mną nie było nigdy, kiedy to słyszałem. Wiatr? No skąd, kratka się trzyma. Pomyślałem wówczas o duszy, którą przecież posiadam i która, jeśli wierzyć ludziom mądrzejszym ode mnie, pozostaje sprzęgnięta z moja cielesnością. Jesteśmy w jakiś sposób podobni, ja, ona i ciało. Więc może intuicja z wiatrem nie była do końca niesłuszna, w końcu jeśli ciało produkuje gazy, których następnie usiłuje się pozbyć, właśnie w ubikacji, to czemu dusza miałaby pozostać wolną od takiego kłopotu? Bo jest duszą-właśnie? No nie. Tajemniczy hałas, wprawiający mą, sięgająca po papier rękę w drżenie mógłby być, jakby to rzec, wiatrem z mojej duszy. Nie ma co się jej dziwić. Tak męczyłem się z zadaną mi tajemnicą, do czasu jak przyszła poniedziałkowa burza. Nawet woda bujała się w klozecie, tak wiało. Pracowałem. Dźwięk, który brałem dotąd za pryk mojej duszy usłyszałem aż w gabinecie. Czyżby dusza umknęła ze mnie do klopa? Czyżby tylko tam czuła się bezpiecznie? Poszedłem ja przytulić, niestety, znalazłem rozwiązanie. Do kratki wentylacyjnej dołączono kawałek folii. On tak trzepotał.
Kiedy mieszkałem w Krakowie interesowałem się biernie wydarzeniami lokalnymi. Ogromną pomyłką polityczna jest skupienie się na wyborach do parlamentu, na prezydenta, bowiem najdotkliwszy wpływ na naszą codzienność mają władze lokalne. To one decydują czy będzie baspas i czy pan ze sklepu na rogu dostanie koncesję na wysokoprocentowe. W obrębie tak zwanej lokalności rozgrywają się i inne wydarzenia, stąd, jako mieszkaniec stolicy zwróciłem się ku nim z całym brakiem życzliwości. Dokonał się na przykład, protest taksówkarzy, którzy wyraźnie nie życzyli sobie by ludzie zrezygnowali z ich usług na rzecz atrakcyjniejszych cenowo możliwości. Jak ktoś nie wie. Są korporacje czy cos tam, zwał jak zwał, które zrzeszają kierowców. Kierowcy ci funkcjonują na zasadzie busika, nie ponoszą taksówkarskich kosztów w konsekwencji czego jeżdżą sobie taniej. Wiem, bo korzystam w tych rzadkich chwilach, kiedy moja hipisowska dusza (znowu ona) nie domaga się skorzystania z usług całkiem dzikiego taksówkarza. Protest w Warszawie skłonił mnie jednak do dwóch przemyśleń i jednej pogadanki. Jestem, więc jedynym człowiekiem na świecie, który czuje wdzięczność do dryndziarza. Przemyślenie pierwsze. Świat stoi na głowie. Gdybym robił na dryndzie i pojął, że ktoś może jeździć taniej, że podbiera mi pasażerów, dokonałbym prostego bilansu, a potem, być może porzucił taksę na rzecz pracy w „przewozie osób”, skoro to taki biznes. Ale nie, lepiej jest wyjść, zablokować miasto i domagać się by czegoś tam zakazano. Gdyby każdemu spełniono jego marzenie zakazania czegoś, nie słyszałbym nawet duchów w ubikacji, ale akurat ta sprawa wymaga wglądu w osobowość tak specyficzną jaką jest bez wątpienia dryndziarz. Czyli obiecane przemyślenie. Otóż dryndziarz przypomina monarchę, którego zwalono z tronu, darując życie. Taki trwa wspominając minioną chwałę, w pewien sposób chwała ta jest dla niego dalej aktualna. W latach osiemdziesiątych dryndziarz to był ktoś, ludzie czekali na przystanku z nadzieją, że wreszcie taksówka przyjedzie, a życzliwy kierowca nie tylko weźmie złotówki ale i zgodzi się pojechać pod wskazany adres. Teraz dzieje się na odwrót, trzeba służyć, zgadzać się na promocje i czytać Super Express w czasie długich postojów, z czym tak trudno się pogodzić. Dryndziarz jest jak poeta, pamięta i zaszczepia mit założycielski dryndiarstwa młodszym kolegom, stąd protesty, stąd złość i niezgoda – żeby trzymać się monarszego porównania, „przywóz osób” w oczach dryndziarza jest próbą kupienia sobie tytułu szlacheckiego za drobne, takim „von” czy nawet „dem” w promocji, a jak von i dem to niech i bach się zdarzy, mam nadzieję, że z tej histerii nikt nie wyciągnie żadnych wniosków. Za to przeraziłem się ciutkę. Wśród argumentów prodryndziarskich znalazł się i taki, wypowiedziany zupełnie serio; „przewóz osób” jest zupełnie nie kontrolowany. Nie kontrolowany. Czyli, jak coś nie jest kontrolowane, to bardzo niedobrze. Az trzeba by wywołać Orewlla. Odkąd pamiętam, sam fakt kontroli czegoś kojarzył się przynajmniej nieprzyjaźnie. Kontrolować należało przestępców. A teraz zupełnie inaczej, osoba kontrolera ma uwiarygodniać świat i czynić go przyjaznym nam wszystkim, inaczej owładnie tą Polską dzikość i makabra. Przesadzam w tej chwili i to nieźle, tylko naprawdę, ciut truchleję nad oczywistością, nad lakonicznością tej myśli: bo ktoś nie jest kontrolowany, no to jest zły. Zakazać.
Na kogo będę głosował, czyli rzecz o wyborach politycznych. Istnieje taka anegdotka żydowska. Podczas wojen napoleońskich, Polak, Francuz i Żyd trafili do lazaretu. Tam odwiedził ich Napoleon i powiedział, że każdemu spełni jedno życzenie. „Błagam o wolną Ojczyznę”, rzekł Polak. „Żołnierze zburzyli mi mój młyn, błagam, panie, odbuduj go” wyjęczał Francuz. A Żyd zaordynował sobie marynowanego śledzia. Ledwo Bonaparte poszedł, tamci zaczęli pyskować: „czyś ty się wściekł? Taka okazja a ty chcesz ś l e d z i a?”. Żyd odrzekł: „Napoleon nie zadba o wolną Polskę i nigdy nie odbuduje twojego młyna. Ale kto wie, może ja dziś zjem marynowanego śledzia?” Kiedyś polityka była mocna częścią mojej głowy, interesowałem się, choć nigdy, – jeśli nie liczyć pijackiej próby wstąpienia do Samoobrony – nie próbowałem się angażować. Nie ufajmy ludziom, którzy się angażują, oni olewają bliskich. Czytałem programy, zastanawiałem się kto ma rację, a kto nie, jaki program dla gospodarki, co z tą cholerną kulturą i tak dalej. A teraz zagłosuje na PO. Wiem kim oni są. Jak widzę radosną mordę Tuska w telewizorze to coś mi się robi. Tylko już wiem. W Polsce nigdy nikt nie obniży podatków. Słuzba zdrowia zawsze będzie chora. Nauczyciele nie zarobią godziwych pieniędzy. Policjanci będą do końca mych dni bali się strzelać i nie znajdzie się stryczek dla mordercy. Autostrad nie będzie, ale za to będą płatne. Jedzenie i tak podrożeje, niezależnie od tego, co skreślę na kartce przed urną, a lodów u żłoba nakręci się więcej niż na plaży w Sopocie. To się nie zmieni. Nigdy. Ale dzięki PO będę mógł spokojnie zakurzyć szluga w knajpie. To mój śledź. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tylko szczęśliwy człowiek może naprawdę przeżyć rozczarowanie swoim krajem i ja to mam.