Spędziłem parę dobrych dni w Krakowie z moim synem. Może więcej niż parę, nie dość jednak by się sobą nacieszyć – rola ojca dochodzącego jest mniej więcej taka, że trudno odczuć znużenie mimo powtarzalności zachowań berbecia. Trzy razy płynęliśmy statkiem po Wiśle, przecież człowiek dorosły rzadko decyduje się na tak bezsensowną czynność. Oglądanie krzaka i Wawelu z wody. A Julek siedział, rozparty jak lord w loży lordowskiej i spoglądał na miasto szeroko otwartymi oczyma. Żadna woda nie jest tak niebieska, jak te jego oczy. Mało, a ryb i głębin można się dopatrzeć. Plus wiele, wiele pierdół: siłowanie się na przedramiona, wizyta w Muzeum Techniki na Wawrzyńca, gdzie nauczyliśmy się bardzo wiele o kole. Julek ma ponad trzy lata i wychodzi z niego mały, wredny egoista, jak chyba ze wszystkich dzieci w tym wieku, ten fakt jest poza wszelka miłością, jaką my, rodzice, czujemy względem rozbrykanego potomstwa. Do trzylatka należy cały świat. Zabawki, którymi nawet się nie bawi ciągle musi posiadać na wyłączność, nie mogą być użyczone, choć ojciec także chce pojeździć zdalnie sterowanym kabrioletem. Krzesło w tramwaju także ma jedynego właściciela, podejrzewam, że jest jak ta loża lordowska, królewska. Uzurpator zostaje zepchnięty. Nie znam się na psychologii ewolucyjnej ale wydaje mi się, że w tym właśnie wieku ujawnia się świadomość własnego istnienia. W jakiś sposób człowiek przychodzi na świat choć już jest na tym świecie. Czy istnieje bardziej piorunujące doświadczenie od nagłego – lub stopniowego – pokapowania się „ja jestem. O rety. Ja jestem”? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo jak nikt nie umie sobie wyobrazić co wcześniej było kiedy go nie było. Wówczas musi zrodzić się wrażenie, że cały świat podporządkował się tej fundamentalnej zmianie, jakoś ułożył się podług niej i oczekiwań nowego, kipiącego od chęci umysłu. Tak chyba myśli trzylatek, bo i czemu miałby inaczej myśleć. To też ma wymiar tragiczny. Od poczucia mocy przez lata uświadamiania sobie własnych ograniczeń (poczucie siły, właściwe berbeciom w wieku Julka powraca, na szczęście, u nastolatków, a niektórzy już wiedzą, jak sprawy się mają z kryzysem wieku średniego). Patrzę na to wszystko z przyjemnością, choć szarpanie się z małym czasem jest po prostu przykre, zwłaszcza kiedy jednak zdołam go zawstydzić. Wstyd małego chłopca, obserwowany na długość ramienia skupia tyle emocji – sprzecznych, a jak – że sam czuję się jak facet, który mało co czuje. Jaskinia platońska uczuć, dzieci są w prawdzie, nam zostały cienie.
Za to wczorajszy dzień był po prostu cudowny. Popisałem sobie, a potem, uderzony kryzysem twórczym zapragnąłem wykasować nie tylko dopinaną właśnie pierwszą wersję „Nocy sobowtórów”, ale i cały dysk twardy, wszystko co naknociłem. Jak wyobrażę sobie opierdol od bliskich, uświadomienie sobie tego, co nawyczyniałem, próby odzyskiwania danych to teraz się śmieję. Jakby ganiać z ogniem z dupy na metr. Przekonanie o kryzysie i niemocy, własnym głębokim skretynieniu wzięło się oczywiście stąd, że mi za dobrze, wszystko idzie świetnie od strony zawodowej, przeglądałem niedawno zeszycik z pomysłami notowanymi podczas jazdy przez Stany. Nabazgrane, ale ile tego? Więc było mi po prostu za wspaniale. Kiedyś w jakimś ładnym miejscu wydłubie sobie oko. Ale ale, przecież wszystko potem zniknęło. Poszliśmy z A i D (Anno Domini?) na Pola Mokotowskie napić się piwa, czy tam czegoś jeszcze innego, chwycić kawałek zdychającego lata, rzuciło nas na ognisko w Lolku, naprawdę. Knajpa pod chmurką, pełno ludzi, a my przycupnęliśmy na ławeczce, przy krzaczku, między nami trzaskał sobie ogień. Dokładaliśmy grube szczapy i nawet zespół był, obowiązkowo beznadziejny, ale gdyby fajnie grali odczułbym przesyt fajności i posmutniał. Szkoda, że nieustannie ujawniają się zakusy na to miejsce. Biurowce chcą budować, ja wam dam! Z krakowskimi dłońmi jest zupełnie inaczej, należałoby się ich pozbyć. To bezsensowny płat zieleni gdzie nawet psa nie można wypuścić, a w tym miejscu akuracik zdałaby się porządna sala koncertowa, której Wszechświatowa Stolica Kultury zwyczajnie nie posiada. Pola Mokotowskie służą do wielu celów. Staruszkowie mogą pójść na spacer, rolkarze pojeździć, z psem da się przejść, jeszcze inni, jak my, zakotwiczą się w szacownych przez wiek i walną sobie bronka, nastolatki podskoczą w krzaczki na szybki numerek, czyli każdy znajduje coś dla siebie. Do tego, zupełnie nie znam tego miejsca, ledwo umiałbym pokazać je na mapie, trzeba prowadzić mnie za rękę, z metra do Lolka, z Lolka do Bolka, a jest przecież jeszcze Tola. Drobne tajemnice superspoko. Niedługo przyjdzie jesień i znów nie będzie dało się żyć.
Co jeszcze? W najbliższy weekend zapraszam na Trikon do Cieszyna. Ja będę na pewno, podrzucę jakąś sakiewkę z planami i pomysłami na nadchodzący rok szkolny. Od jutra wracam do biblioteki, czyli czeka mnie wielkie czytanie książek i prasy z lat pięćdziesiątych, do końca roku muszę skończyć książkę, bo inaczej to nie skończę jej nigdy. W ogóle, cholera jasna, mam czas czytać. Mam czas. Pierwszy raz od bardzo dawna, mam nadzieje, że to nie jest zły omen. Od dziś zaczynam tez wielkie przechodzenie „Alan Wake”.