o wrońcu i xawrasie w tygodniku powszechnym

Szczęście historyczne Polski, a zarazem dramat naszej literatury polega na tym, że, po części, wciąż żyjemy w świecie „Ksiąg Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego”. Nieustannie nas ktoś dręczy i do krzyża przybija, trwamy w ciągłej konieczności składania ofiar z siebie, choćby i była to ofiara z pokory. Sami zresztą rwiemy się, by ktoś krwi nam utoczył. Nie splamiliśmy się żadną historyczną zbrodnią, nie atakowaliśmy niewinnych, pokojowo nastawionych sąsiadów, nie przeprowadzaliśmy masowych mordów i nie pognaliśmy w pędzie za żadną krwawą rewolucją, przynajmniej nie zbiorowo. Nie mamy też swych skrytobójców ani katolickiego Osamy. Jest to prawdziwy powód do dumy – czy jednak ta dziwna łagodność nie zepchnęła Polski z pozycji mocarstwa na margines, czasem podmiot w rozgrywkach międzynarodowych, czasem przedmiot do rozczłonkowania? Xavras Wyżryn nie czerpie żadnej radości z polskiej łagodności – w jego opinii nasi dziadowie mogliby wyrżnąć w pień miliony luda i dziś nikt by się nie upomniał o pomordowanych – chyba że mordercy ponieśliby klęskę.

Napisany przed prawie dwoma dekadami „Xavras Wyżryn” wstrząsnął światkiem polskiej fantastyki i teraz, obleczony w twardą oprawę, zyskał – wraz z innymi książkami Jacka Dukaja – szansę wzbudzenia zainteresowania innych czytelników. Sytuacja wyjściowa uderza błyskotliwą prostotą. Przegraliśmy wojnę z Sowietami w 1920 r., jest już koniec wieku, Polski nie ma na mapie, za to wojnę partyzancką z Rosją prowadzi tytułowy Wyżryn (naprawdę – Antoni, swojski Tosiek), facet zdolny wykaraskać się z każdej opresji, dla jednych potwór, dla innych symbol nadziei, dla Amerykanów kolejny bohater popkultury. Z Ameryki właśnie przybywa Ian Smith, chcąc nakręcić, czasem przesłać na żywo materiał o poczynaniach partyzanta. Smith, człowiek pragmatyczny o dość standardowym poczuciu moralności, znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, nie ma pojęcia, czy Xavras to wariat, geniusz, czy cyniczny watażka śniący o szansie zmienienia świata. Na oczach Smitha watażka dopuszcza się najróżniejszych okropieństw, słucha oszpeconego proroka i planuje wysadzić Moskwę przy pomocy bomby atomowej. Wariat czy geniusz? W drodze do bolesnego rozstrzygnięcia tej kwestii Dukaj serwuje pokaz terrorystycznej metody, usiłując przy okazji dociec, „czy terrorysta może mieć rację?” (podobne pytanie postawił wcześniej Stephen King odnośnie morderców politycznych), i zapraszając do swoistego dialogu idei.

Świeżo wydany „Wroniec” tegoż autora pozornie podejmuje inną tematykę. To nowocześnie zilustrowana bajka dla starszych i młodszych, zrealizowana w myśl zasady, że każdy rozpozna atrakcyjne dla siebie tropy. Stan wojenny odmalowano oczami dziecka, przywołując koszmary: ojca opozycjonistę pewnej nocy porywa straszliwy Wroniec, przypominający, w rzeczy samej, ogromne ptaszysko. Maleńki Adaś, pozbawiony w jednej chwili opieki, wyrusza na wędrówkę: spotyka Wojaków-Wroniaków, wdychających zapach palonego mięsa, kruki rozdziobują Pozycjonistów, Członek pleni się na Plenum, a Milipanowie wcale nie są mili, bowiem lubią „spałować na biało”, ludzie zaś szarzeją, co wydaje się być efektem działania specjalnej maszyny. Adaś, jak to w bajkach, musi dojrzeć, a przede wszystkim rozpoznać zdrajcę, dopaść Wrońca i stanąć twarzą w twarz z gorzkim, naprawdę gorzkim zakończeniem.

całość na onecie

tydzień z głowy (56)

Warunki do pracy są różne – chyba już kiedyś wspominałem o urokach tej różnorodności. Pisanie książki, w moim przypadku, musi dokonywać się w rzeczywistości dość mi przyjaznej, co w pewien sposób tłumaczy poślizgi moich tytułów w roku wydawniczym. Lubię wstać rano, wypić mocną kawę, zjeść kiełbaski i po nieuchronnym fruwaniu przez net zasiąść do wymiotowania fikcją. Właściwie, ranek jest kluczowy, jeśli wstanę po dziewiątej, najczęściej prozę mam z głowy, coś tam postukam, ale prędko skreślę; podziwiam więc nocnych twórców. Jest jakiś reżym nocy, dzień trwa długo, a noc się nie kończy. Siadam rano, klepię, co wyklepię do południa to moje, potem wolno mi pełznąć ku rzeczom lżejszym, czyli publicystyce. Tymczasem noc, jej walor, taka klątwa pracy nocnej polega na trwaniu. Wiele godzin, wszyscy śpią, a ja mogę, ja mógłbym czarować literki do woli, aż nie wyskoczy mi strona z kapelusza. Umiem zwalczyć zmęczenie, senność, a przed północą wyżyna mi się nawet trzecie oko, co z tego, skoro właśnie ranne pisanie ratuje mnie przed dłubaniem, cyzelowaniem, warczeniem na słowa, że są takie jakie są. Bo, myślę sobie teraz, siedząc w korytarzu pociągu, jako posiadacz miejscówki stojącej ulokowany zmyślnie koło sracza, gdybym zyskał noc na pisanie, gdybym mógł od wieczora do świtu napierdalać w klawisze, to utknąłbym w cyzelowaniu, w zastanawianiu się, czy akurat ten rodzaj sklecenia słów jest fajny, a jeśli nie, to dlaczego. Ranek jest rześki, ranek wymaga orki, ranek wiecznie trwał nie będzie, piszmy więc o świcie. Inny drobiazg: wieczory są po to, by zwrócić się ku ludziom.
To oczywiście nie moja pierwsza historia pociągowa, tak naprawdę, siedzenie przy kiblu z żywcem nie ma za wiele ze storytellingu. Podobne warunki podróży zdarzyły mi się dwa dni temu, czyli w piątek, też siedziałem przy sraczu, też miałem miejscówkę stojącą (być może siedzieć nie powinienem), tylko żywca brakło. Za to za mną po torach kołysał się zupełnie pusty wagon, co szalenie smutne: zamknięty. Próba włamania, mimo inwencji mojej i koczujących na korytarzu współpasażerów zakończyła się jak cała historia Polski. Czekaliśmy więc na konduktora, konduktor przyszedł i rzekł, że nie może otworzyć. Nie możemy usiąść. Zdumiała mnie ta niemal gombrowiczowska niemożność, i zapytałem „dlaczego”, tylko nieco w innej formie, w skutek czego wybuchła nielicha awantura. Kiedy już zabierałem się za kręcenie komórką wściekłego pracownika PKP, usłyszałem, że w każdej chwili mój telefon można skonfiskować. Odpowiedziałem: ale jak to, zabrać telefon pan potrafi, a otworzenie drzwi pana przerasta? I natychmiast poprosiłem o nazwisko. Gość odrzekł jednak, że mi nie poda, bo nie koresponduje z mężczyznami. W mojej głowie wystrzeliła natychmiast prowokacja na miarę naszych czasów i powiedziałem, że pozwolę się sobie nie zgodzić: pan wygląda mi akurat na takiego, który czeka na korespondencję od facetów. Tu ów men zamilkł i poczerwieniał, przyznając barwą policzków rację mojej hipotezie, zabrał się następnie i poszedł, a szkoda, straszliwa szkoda, bo gdyby powiedział cokolwiek, mógłbym go oskarżyć o homofobię, przerazić perspektywą wykreowania wokół spółek kolejowych klimatu zaściankowości, a wtedy, kto wie, otwarty wagon stałby się ziemią obiecaną tolerancji.
Jakoś, odczuwam potrzebę popisania o polityce, czyli: czemu o polityce pisał nie będę, czy szerzej, czemu pisarze w ogóle nie powinni polityką się zajmować. Kiedyś – umówmy się, że bliskość kibla pobudza wspominkowe nerwy na rzecz „Tygodnia z głowy” – coś już na ten temat klepnąłem. Pewno tu. Oczywiście mógłbym. I ktoś by to wydrukował. Jestem pisarzem, opowiadaczem, snuję historię, polityczność pewnych wydarzeń zawiera się w opowieści. Mam jakieś swoje poglądy na temat polityki, tyle, że są one mniej więcej tak samo umocowane, jak poglądy, spostrzeżenia trenera na mojej siłowni, baby w kiosku, albo i profesora filozofii i gdybym użył teraz tych pustych miejsc, które czekają w gazetach na wypełnienie tekstem przeze mnie – byłby to nieuczciwe. Bo we mnie, w innych artystach, jestem o tym przekonany, nie ma niczego, co czyniłoby mnie, ich, władnymi komentowania świata walki i układów. Mógłbym to zrobić, ale wówczas korzystałbym z mojej uprzywilejowanej pozycji, ubrałbym własną niekompetencję w cudze szaty: czyli moje wdzianko autora. Ten rodzaj draństwa leży ponad moimi marzeniami, nie ma też wielkiej różnicy między opowiadaczem a sprzedawcą kartofli, tak, artysta jest kimś specjalnym w społeczeństwie, ale lepiej nim turlać po stypendiach, niż zapraszać, nawet za większą kasę, do dyskusji o Tusku. A z drugiej strony: nie napisana książka, na którą czekam: thriller polityczny w bieżących warunkach polskich, ale całkowicie uwolniony od publicystyki, książka napisana przez kogoś, kto zna lody kręcące światem ustaw, który zarazem sprzęgnie tę wiedzę na rzecz sensacyjnej fabuły, słowem, czas, żeby afery III RP zakochały się w popkulturze.
Pisarze też nie mogą. Nie powinni. Być może żaden twórca nie powinien i należałoby takiego Bono zrzucić ze sceny. Powiedzmy tę prostą prawdę, twórca robi bokami i potrzebuje szmalu, ma dzieci, biedne siostry i jest alkoholikiem, stanie na uszach by wygrać parę złotych, co znaczy tyle, że jest osobą którą łatwo sterować. I nie ma nic złego w tej niemocy, każdy chce mieć papu dziś i szansę na lepsze jutro, więc, trudno się dziwić tym którzy przystali na najróżniejsze propozycje. Do tego, nie zna się kompletnie na niczym, jak ja, żeby daleko nie szukać, więc przekona się do dowolnej opcji która płaci, nie dlatego, że jest cynicznym bucem, ale dlatego, ż ktoś, podczas wypłaty mu uzasadni dany pogląd, dany rój polityczny, artyście starczy i będzie frunął do nowego ula, wyposażony w argumenty instant. Nie ma w tym kłamstwa. Braku nieuczciwości. Tylko brak świadomości na temat własnych kompetencji, przecież, jeśli pyknąłeś parę książek to nie masz kiełbie we łbie i zagadkowe kwestie można rozjaśnić przy stoliku, świeczką, następnie zalać woskiem by się nie ruszało. Klep, klep w ramię. A jak jakiś mądry pisarz pozna realia polityki, przeczyta wszystko łącznie z rocznikami gazet i tak stanie w starciu z wrzeszczącymi, niewinnymi mądralami, to i tak rację ma czas antenowy. Po co więc? O twórcy świadczą książki. Obrazy. Role w teatrze i filmie. Nie bełkotki, zegarynki, przecież artychę można mieć na własność za czynsz przez rok.

Festwal im. Conrada w Lokatorze

W piątek, 6 XI o 16.00 będę na spotkaniu w ramach festiwalu Conradowskiego. Prócz mnie: Anna Brzezińska, Jacek Dukaj. Prowadzi Anna Marchewka. W Lokatorze na Krakowskiej w Krakowie.

metal na dziś (19)


Po raz pierwszy od lat zabrałem się i poszedłem z grupą kolegów, przyjaciół do kina, pod Barany. Powodem była projekcja „Until light take us”, dokumentu o norweskiej scenie black metalowej na początku lat dziewięćdziesiątych. Takich rzeczy nakręcono już kilka, ta chyba najlepsza, a przynajmniej najmniej nadęta. Rozmowy z lecącym w trzy strony naraz Vikernesem, Fenrizem, kompletnymi matołami z Immortal. Przypomnę w jednym zdaniu, przepraszam, że złożonym: kilkanaście lat temu grupa młodych ludzi z bogatych domów zaczęła grać „złą” muzykę, dwucyfrowa liczba kościołów poszła z dymem, było kilka morderstw. Informacji w sieci jest dosyć, kto ciekawy, ten znajdzie. Interesujące doświadczenie, oglądać tych ludzi po latach. Dlaczego do tego doszło? Bo muzyka? No nie, metal gra się na całym świecie. Bo zimno i ciemno w tej cholernej Norwegii? Już prędzej. Fenriz, najrozsądniejszy z tej całej bandy dwukrotnie wspomniał o „piekle łatwego życia”, rodzącym frustrację, z którą nastolatek nie umie sobie poradzić. w domyśle, bogate welfare state usuwające pył spod nóg, gdzie możesz przeciągnąć życie bez jednej troski i tylko brak miejsca na cierpienie i wściekłość. Dotychczasowe modele kultur: chrześcijańska, pogańska jak nazizm czy komunizm na swoje sposoby znajdowały rolę dla tych uczuć, aksjologicznie obojętne kultura zachodu nie umie i umieć nie będzie, tak jak ślepy nie będzie mistrzem w dartsy.

h44

fotkę cyknął Jarek Jrbaniuk


Strona 15 z 70« First...15«141516»254055...Last »