tydzień z głowy (77)

No i wróciłem do siebie. Jest fajnie, masa dobrych emocji generuje pytanie, czy powinienem pisywać tutaj o swoich kontaktach z synem. Nie mam wątpliwości, które sugerował gdzieś tutaj jakiś, skądinąd życzliwy mi, komentator. Chodzi o coś innego. Ten blog powinien przynajmniej przekraczać próg ciekawości, dzieci zaś są fascynujące, gdy z nimi obcujemy, oraz śmiertelnie nudne, kiedy przychodzi nam o nich opowiadać. Sam ledwo znieść mogę te historie o kupkach, żłobkach i tego, co tam jakiemuś bachorowi się podziało. Przypomina to pokazywanie komuś zdjęć, co słusznie podrzucił mi Jarek Urbaniuk. Przyjmijmy roboczo, że wyjazd na wakacje, podróżowanie i spacerowanie jest czymś przyjemnym – dopuszczam istnieje rzeszy ludzi rozumnych, którzy to zakwestionują. Więc jedziemy sobie na Mazury, do Pragi, na Szpicbergen, tam walczymy z misiami, śpimy w namiotach, żreją nas mrówki, przepłacamy za hotele, dostajemy po ryju, rżnie nas taksówkarz na ciężkie euro, a dwudziestogodzinny powrót odbiera wszelka energię z takiego urlopu, w każdym razie bawimy się świetnie. Nieszczęśliwie udany rozwój fotografii cyfrowej w porównaniu z fatalnie niską ceną przeciętnego aparatu skłania nas do uwieczniania tych pięknych momentów, które po prostu trzeba pokazać każdemu na około, zwłaszcza tym, którzy na wakacjach nie byli, bo połamali sobie obie nogi. Niewidomym można te zdjęcia opowiedzieć. I z dziećmi jest dokładnie tak samo, cos co jest ciekawe w bezpośrednim obcowaniu, a jeszcze, ja na przykład, zdradzam do takiego obcowania skłonność staje się smętna mamałygą podczas relacjowania. Zdjęcie nie uchwyci uroku Szpicbergena. Dzieci są banalne i z punktu widzenia kogoś, kogo ominęło rodzicowanie, bliźniaczo podobne. A może się mylę, może istnieją zdjęcia z wyprawy do Bytomia oddające w jednym kadrze Bytom cały, z architekturą, wrażliwością mieszkańców, historią, zapachem kurzu bytomskiego i drżeniem na grubie. W konsekwencji należałoby, pod pewnymi warunkami, dopuścić możliwość interesującego mówienia, pisania o dzieciach. Nawet na tym blogu. Ewentualnie, ja nie umiem słuchać i rozciągam to, jak i wszystkie moje tchnienia, na wszystkich w około.
Istnieje grupa ludzi, występujących przeciwko polskiej pstrokatości i kombinatorstwu. Tacy walczą z nielegalnymi, czyli „szpecącymi” budynki szyldom, handlowi na ulicy czymkolwiek lub kosztami w jakimś cichym biurze, prezentacjom maturalnym pisanym na zamówienie i w podobny sposób powstającym magisterkom. W pociągu miałem takie oto zdarzenie. Siedzę sobie grzecznie w uroczym przedziale taboru TLK, wchodzi kontroler, proszę o wypisanie biletu i pewny swego podaję kartę płatniczą, a on, że kart nie przyjmują i to od grudnia. Zażądał dowodu. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że nie dam, nie ma żadnego powodu, bym wykonał taką czynność, godząc się tym samym na „opłatę dodatkową”, skoro wyrażam gotowość zapłaty w obowiązującej walucie, której ktoś, konkretnie przedstawiciel PKP, nie zamierza przyjąć. Kartą płacę nawet za fajki w sklepiku na rogu. Nie chcesz pan, pana sprawa. Zbiesił się i zaraz przywlókł kierowniczkę. Pojednawcza kobiecina uświadomiła mi, że niepotrzebnie się złoszczę i wszędzie widzę wrogów: dam dowód, wypiszą mi bilet a ja machnę przelew w ciągu 48 godzin i wszystko będzie bardzo dobrze. Nie bardzo mi się to podobało, wiadomo, jaki jest burdel na kolei, przelewy wloką się jak chcą, zwłaszcza przez święta, do tego 48 godzin nie kojarzy mi się najlepiej, no ale dowód dałem. Siedzę sobie dalej, czytam „Osiedle swoboda”, a tu kierowniczka wali do mnie, panie, pozwól pan. Pozwoliłem, usiadłem w przedziale, babina wyjęła terminal, zapłaciłem, dostałem bilet z prośbą: „panie, nie mów pan innym pasażerom, bo wszyscy będą chcieli”. Mam nadzieję, że mojego bloga nie czyta żaden pasażer, jeśli tak, trudno, łamię dane słowo dla większej sprawy. A potem posiedzieliśmy chwile, pogadaliśmy miło, nawet z facetem, któremu moment wcześniej chcieliśmy rozszarpać sobie gardła. Wspólnicy w drobiazgu nielegalności, w kolejowym przekroczeniu. Ludzie z innych światów, o odmiennych, przeciwstawnych potrzebach, teraz zjednoczeni niemal po przyjacielsku. Gdyby ów kontroler poprosił mnie o przysługę w granicach rozsądku, natychmiast bym się zgodził. Na chwilę zniknęły wszelkie przeciwności, poczułem się jak na prawdziwym, wielkanocnym śniadanku, mało, a rozpilibyśmy flaszkę. Gdyby nasze, polskie kombinatorstwo odjąć, ta piękna sytuacja nie zdarzyłaby się, w świecie byłoby o wiele więcej złości. Jeden człowiek niepotrzebnie podpalony, to całkiem sporo, a dwóch, fiu, fiu, lepiej żeby takie rzeczy się nie działy. Niedawno kumpel jechał bez biletu, wyciągnęli go na korytarz: puścili zaraz bez płacenia „tylko chłopie nie przy ludziach, durny jesteś?” Występuję więc w obronie kombinatorstwa i cwaniactwa świadom wszelkiej ich ułomności. Czynie to, jakbym piersią kogucią osłaniał przed gradem kamieni trędowatego o złotym sercu. Paskuda taka stanowi przeszkodę przed prawdziwą nowoczesnością. Uporządkowaniem Holendrów. Szwedzkim umiłowaniem prawa. Brytyjską zawziętością w walce z nielegalnym oprogramowaniem. I tak dalej. Polska jako kraj uczciwy z gruntu, gdzie urzędnika traktuje się jako przedstawiciela władzy, szczerze zatroskanego poprawą losu poszczególnych obywateli, prawo tutaj rozumiane jako rodzaj przyjaznych śluz, kanałów, rozlewisk dla wszelkiej dozwolonej aktywności – to jest szalenie nęcące. Życie staje się prostsze, my się nie męczymy. Sięgam do historii, weźmy Warszawę. Najpierw Ruskie, potem jakieś wojenki, naziści, Stalin, Gomułka z Jaruzelem. Jak najdalszy jestem od oczekiwania, by Polak rządził Polską, chętnie przyjmę rozumnego Nigeryjczyka, Czecha, czy tam Chińczyka. Nie twierdzę też, że obecna, niedawna władza jest obywatelowi jakoś specjalnie przyjazna, tego tematu ruszać nie warto, by nie babrać się w dyskurs odnośnie bieżączki. Doświadczenie dziejów wskazuje, że tutaj, nad Wisłą „trzeba sobie jakoś radzić”, gdyby nie było trzeba, to byśmy sobie nie radzili. Diabli wiedzą, co przyniesie przyszłość, bądźmy więc czujni i wprawieni w cwaniactwie. Jeśli nie dla nas, to w trosce o nasze dzieci i rodziców stareńkich.
Obejrzałem wczoraj odcinek „Tylko nas dwoje”. Wszyscy zauważyli, że Doda rżnie z Gagi i nawet nie próbuje tego kryć, ja dostrzegłem coś innego. Ciut rozmazane oczka. Napuchnięte policzki, wygniecione bruzdy. Jakby popiła, albo co gorsza poryczała się strasznie tuż przed programem. Smutno mi. Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku. Wesołych Świat w towarzystwie tych, których kochacie najbardziej. Królowej i wszystkim czytelnikom.

o “The Preacher” na Gamezilla. trochę późno, ale w Polsce prima aprilis trwa cały rok

(…)
Wydawało się, że gra ewangelizacyjna, chrześcijański odpowiednik GTA czy innego Gears of War nie powstanie, aż tu gruchnęło, dokładnie na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Nieznana wcześniej firma Goodgaming ogłosiła, że projekt The Preacher: Hammer of Salvation wszedł w fazę developmentu. Ludzie popukali się w głowy, potem zaczęli się przyglądać, no i poopadały szczęki. Silnik Unreala już kupiony, budżet w wysokości 16 milionów baksów może nie imponuje w porównaniu z kwotą wykładaną na najbardziej komercyjne produkty, ale biorąc pod uwagę, że poprzednie chrześcijańskie projekty powstawały za „co łaska”, wcale nie jest źle. Głównym inwestorem okazał się tajemniczy z pozoru twór: Sacred Heart Foundation z Illinois. Ale największe wrażenie robiła lista osób ze świata gier zaangażowana w projekt: John Romero (współtwórca słynnego Dooma), scenarzysta Dan Houser oraz wielki niepokorny naszego światka, Tim Schafer.

Co łączy tych facetów? Ano wszyscy przeżyli nawrócenie. Najciężej zniósł to Tim Schafer, zmuszony do promowania własnego, bezbożnego dziecka, czyli gry Brutal Legend, będącej hołdem dla heavy metalu. Metale, wiadomo, sprzyjają raczej rogatemu. Nawrócenie przyszło nagle i Schafer chcąc nie chcąc nie mógł wyplątać się ze zobowiązań względem fundatorów, choć, jak sam twierdzi, swą czarcią kolekcję płyt spalił, słucha wyłącznie chorałów gregoriańskich oraz gospel.

Zapowiedzi The Preacher wskazują jasno, ze wokół tytułu zrobi się gorąco. Nie ma bowiem mowy o żadnej łagodności, ekumenizmie i wypasaniu owieczek przez łagodnego pastora. Twórcy wprost i z dumą odwołują się do wypraw krzyżowych, konkwistadorów podbijających „satanistyczne” (zdaniem Romero) kultury Inków i Azteków oraz Armii Boga, organizacji przestępczej zajmującej się egzekucjami aborterów. „Interesuje nas ratowanie nieśmiertelnych dusz ludzkich, zanurzonych w bagnie narkomanii i pornografii”, przekonuje Schafer, „w tej walce wszelkie doczesne środki są dozwolone. Jeśli trzeba komuś rozwalić głowę, rozwalimy, bo ten świat nie ma żadnej przyszłości”.

Wbrew tym słowom, a może właśnie zgodnie z nimi – akcja The Preacher rozgrywa się w roku 2030. Świat wygląda zupełnie inaczej niż teraz. Stany Zjednoczone zatonęły w dekadencji, nie kręci się innych filmów poza porno, zalegalizowano pedofilię i wszelkie inne seksualne odchylenia, a prywatne kliniki medyczne prześcigają się oferowaniu zniżek i promocji na zabieg usunięcia ciąży. Z kolei Europę zdominowali muzułmanie, obowiązuje tam szariat, ateistów wybito lub zamknięto w gułagach, trwają regularne prześladowania chrześcijan.

(…)

całość na gamezilla.
Tekstów będzie więcej.

warszawiacy 2

Komisarz Werner uprawiał miłość w poniedziałki, środy i soboty. Kamila zdziwiła się więc, gdy przyszedł w czwartek. Stał z miną niewinnego łobuziaka, gotowy do gry „Czy mnie wpuścisz”, miał wino w torbie z Almy i pachniał pall mallami. Kamila przyciągnęła go ku sobie, pocałowała w usta, ale niezbyt długo. Przyłożyła mu palec do nosa.

– Co cię tu przygnało, niedźwiadku?
W jej głosie nie było ciekawości czy chęci droczenia. Wizyta niedźwiadka była właściwie najlepszym, co mógł przynieść wieczór.
Położył jej ręce na biodrach. Niewiele brakowało, a złączyłby palce.
– Przygnała mnie spontaniczność.
Pchnął delikatnie i Kamila zaczęła się cofać, łagodnie i stanowczo zbyt wolno jak na oczekiwania komisarza Wernera. Jej pokój był cały niebieski, jakby kawałek nieba rozchlapać po ścianach. Zdjęcia kotów i zwierzęce figurki, książki, głównie w twardych oprawach, MacBook, z tych tańszych, ale przynajmniej biały, wyświetlał stronę o nikczemnościach życia w Kaliforni.
– Nie wiedziałem, że znasz takie słowo.
– Mogłem powiedzieć – zabrał się do jej bluzki. Małe guziki, a palce ogromne – że pomyliłem dni.
– Jesteś okropny.
– Nie. Jestem spontaniczny.
Bluzka upadła na podłogę, a oni na łóżko. Werner ruchami człowieka leniwego odsłaniał swoje włochate ciało, które w ogóle nie przypominało ciała policjanta: blade, wąskie barki, skóra zwisająca z brzucha. Kamila wysunęła się spod niego, uklęknęła, ich twarze znalazły się naprzeciw siebie.
– Powoli – szepnęła.
– Dobrze – odparł komisarz Werner.
– Całuj mnie.
– Dobrze – powtórzył komisarz Werner.

dalej

o “lake placid” w Nowej Fantastyce


Niektóre opowieści są jak hydra; odrąbiesz głowę, urosną trzy następne.
A było to tak, dzieci. W szczęśliwym królestwie urzędował sobie król z królewną, a byli tak kochani przez poddanych, że musieli nosić piankowe kombinezony, chroniące przed zaściskaniem na śmierć. Nieszczęściem, zjawił się smok i chciał królewnę zeżreć. W skutek trudności obiektywnych, rekrutował posiłki z niższych klas społecznych, aż zjawił się rycerz, stwora siarką napchał, ewentualnie łeb urżnął. Dostał w nagrodę to co zawsze i cieszył się młodą żoną do dnia, w którym królestwo odwiedził pewien przystojny minstrel.
Zamieńmy królestwo na kurort, zagrajmy szczegółami i wyskoczą nam „Szczęki” Spielberga. Oszałamiający sukces tego filmu dokonał się, w dużej mierze, za sprawą precyzyjnego przeniesienia smoczej opowieści we współczesne realia, rekin Amerykanina przecież nie ma, poza charakterystycznym kształtem, nic wspólnego z rybą drapieżną, to pradawna bestia i potwór, w finale na morzu znajdziemy rycerza w towarzystwie giermków.
A gdyby nakręcić to jeszcze raz, tylko dla hecy?
Przysięgam, nie wiedziałem. Zabrałem się do „Lake placid” kierowany przekonaniem, że doświadczę czegoś poważnego, o ile filmy o potworach mogą być na serio. Już pierwsza sekwencja zrodziła podejrzenia odnośnie zaszytej jajcarności, choć, zarazem, trudno o bardziej horrorowe otwarcie. Mamy tytułowe jezioro, łódkę i dwóch gości, jeden to szeryf, drugi szykuje się do nurkowania. To rozwiązanie fabularne pozwala się domyśleć, kto umrze, a kto żył będzie, póki co, szeryf zasypuje widza sarkastycznymi sentencjami, a że gra go Brendan Gleeson (facet z dziwnym okiem z „Harry’ego Pottera”) radości jest co niemiara. Potem na powierzchnię powraca jedynie pół nurka i się zaczyna.

reszta w numerze

wywiad o “Nadchodzi” i pieniądzach. Gildia.pl



Bartosz Czartoryski: Łukaszu, skąd pomysł na książkę “kompilacyjną”? Pomysł Twój czy wydawcy? Nie bałeś się, że czytelnicy pomyślą, iż uprawiasz literacki recycling?

Łukasz Orbitowski: Wszystkie pomysły wychodzą ode mnie, wydawca co najwyżej ciśnie, usiłujac wymóc na mnie pracę. Poprzedni zbiór opowiadań ukazał się chyba cztery lata temu, nie jest już dostępny, trochę tekstów się ukazało, a antologie, zwłaszcza czasopisma, mają dość krótką żywotność, wznowienia zdarzają się nieczesto, trzeba kompilować. Do powszechnych praktyk należy zbieranie opowiadań wydrukowanych już kiedyś w jedną książke i zwróć uwagę, że każdy tak robi, nikomu jednak się nie dostaje. Mogłem wydrukować „Nadchodzi”, tytułowy tekst, jako powieść i nikt by nawet nie jęknął, cena spadłaby może o osiem złotych. Ale – lepiej mieć grubszą książkę. Ale – publikując samą powieść zamknąłbym sobie drogę do wydrukowania tych opowiadań, przecież te teksty uzupełniają się wzajemnie, trzeba by zbiorek kiedyś znów sklecić, stanąłbym przed podobnym problemem, a do tego, gryzłbym się w związku z koniecznością wypuszczenia dwóch, podobnych tematycznie i literacko książek.

Lepiej więc patrzeć na “Nadchodzi” jak na integralną całość niż zbiór osobnych opowiadań?

Taka była moja intencja, nie zamierzam nikomu nakładać okularów – wyszło albo nie wyszło, z tego co umiem ocenić, raczej tak. Na pewno pierwszy tekst budują wyraźną klamrę, a między nimi taplają się jeszcze trzy opowiadanka. Wszystkie bardzo lubię. Więc, mówiąc uczenie, mamy jakąś spójność fabularną, ale i scenografii, nastroju, tematu. Zarazem dużo tu skakania, z lasu na księżyc i do szpitala. Bywa i tak. Też mam świadomość, że do pewnych rzeczy nie wrócę, dziś, kiedy czasem wezmę do ręki „Wigilijne psy” myślę sobie „rety, co za facet to pisał”, z tym zbiorkiem będzie podobnie. Liczy się teraz. Teraz jestem cholernie zadowolony. Ludziom podoba się ta książka. A pisze się dla ludzi.

Mówisz, że pisze się dla ludzi, a jednocześnie przyznajesz, że bycie pisarzem to prostu Twój zawód. Więc może po prostu to jest tak, że piszesz dla siebie, dla pieniędzy?

Nie widzę sprzeczności. Większość publicystyki piszę dla pieniędzy i nie ma co ściemniać, nie robiłbym tego gdybym nie musiał. Wszystko sprowadza się do kwestii, jaką cenę jestem gotów zapłacić. Realia rynku wydawniczego sprawiają, że należy wypuszczać ze dwie książki rocznie, próbowałem i zwyczajnie nie umiem, musiałbym stanąć w miejscu i nie przebijać siebie. Skończyłoby się na zjeździe z jakości. Próbowałem jakoś odnaleźć się w tym systemie, pisząc książki z Jarkiem, wydając bloga. W końcu znalazłem inne wyjście. Większość mojego dochodu stanowi praca przy filmach i publicystyka, tego rodzaju kompromis daje brak kompromisu gdzie indziej. Moje książki są dokładnie takie jak chcę i mogę pisać je bez oglądania się dla innych. Co nie znaczy, że lekceważę czytelnika, mam naturalną potrzebę dawania z siebie tyle ile tylko można, słowem, powinno to, przynajmniej w założeniu, przełożyć się na dobrą literaturę. Nie mi oceniać. Aspekt komercyjny wydawania książek ujawnia się później. Gdybym nie zarabiał na książkach, pewno rozlazłbym się trochę, wydawał wolniej, bo jednak termin, zobowiązania też coś znaczą, świadczą także o mojej solidności. Rzeczy pisane a muzom powstawałyby wiec wolniej, nie uczestniczyłbym w działaniach promocyjnych, może zmieniłby się charakter wydania. I trzeba jeszcze dodać – jak myślimy o życiu, także zawodowym. Ja pomyślałem, praca ma być dla mnie przyjemnością, chcę robić to co lubię i tak mam. Czy to brzmi dobrze? Wydaje mi się, że nawet publicystyka, którą tłukę często przekracza zjawisko chałtury.

całość


Strona 15 z 88« First...141516304560...Last »