tydzień z głowy (37, 38)
Powinienem zacząć spisywać wrażenia z wakacji tylko nie bardzo umiem. Sam fakt, że na wakacjach się znalazłem urasta w moich oczach do jakiegoś nieprawdopodobnego wydarzenia, jakbym przynajmniej zobaczył ufoludka albo Urbana w stroju kąpielowym, a przecież to zupełnie normalne. Ludzie jeżdżą wypoczywać, tylko ja nie umiem, nie byłem na urlopie chyba od sześciu lat, a każdy mój dzień wypełniony jest szczelnie od rana do wieczora. Więc nie bardzo wiedziałem w jaki sposób się odpoczywa, co robi człowiek odpoczywający, tymczasem jakoś poszło, tylko nie bardzo mam o czym pisać. Ostatecznie mogę dopuścić istnieje absurdalnej istoty ludzkiej zainteresowanej tym, jak Orbitowski spędza czas wolny, tyle, że Orbitowski takiego ludka śmiertelnie rozczaruje – spałem do późna, lazłem się taplać w morzu, wracałem, spałem dwie godziny, lazłem się taplać ponownie i wieczorem oglądałem filmy. Albo piłem piwo w Sopocie. Albo piłem piwo i oglądałem filmy, tylko już nie w Sopocie. Ot co.
Wybrałem się na Openera zobaczyć Faith no More i cóż, wymietli, nigdy nie byłem zbyt blisko tej kapeli, szanowałem bardzo, ale nawet nie umiem złączyć konkretnego kawałka z konkretną płytą, zgubiłem się potem w rozlicznych projektach Pattona (wyjąwszy genialną epkę nagraną z Dillinger Escape Plan) i odnalazłem się dopiero na lotnisku pod Gdynią, gdzieś w rejonach drugiego kawałka zapomniałem nawet o złości na deszcz i organizatorów (tak źle przygotowanego festiwalu nie pamiętam). Ci podstarzali metalowcy nie udają młodszych niż są, wskoczyli w garniaki i dawali czadu aż miło, zaś sam Patton sprawia wrażenie człowieka, którego gardło nie ma żadnych ograniczeń, darł koparę, śpiewał swingi, szeptał, miauczał, zapodawał nawet Frankiem Sinatrą, jakby w nim siedziało ze sześciu chłopa, do tego wił się, skakał, dyrygował publicznością, popijając radośnie Żubrówkę. Przy okazji tego sympatycznego alkoholu, składam głębokie podziękowania anonimowemu sokiście, który zdecydował się nie zabierać mnie na izbę, choć zabiegałem o to ze wszystkich sił.
W pociągowej ubikacji spadł mi na głowę sufit. Takie wydarzenie nie należy do szczególnie oczekiwanych w chwili, gdy akurat zdejmujemy spodnie, niemniej nastąpiło. Bęc. Aż wspiąłem się na ustęp i zajrzałem między kable chcąc sprawdzić, czy ktoś czegos nie przemyca. Niestety. Za to uświadomiłem sobie że wciąż jestem ambasadorem kolejowego pecha, facetem, któremu na torach zdarzają się rzeczy najróżniejsze. Wróciłem do przedziału, myślałem i roztasowywałem guza, a myślałem o:
1. O handlarzu piwa z Katowic. Zaoferował mi puszkę piwa za cztery złote, niestety brudną, zaordynowałem sobie więc taką, niczym nie ufurmanioną. Zdenerwowany spełnił moją prośbę, wybiegł i wyskoczył z ruszającego się pociągu, zabijając się na miejscu; ostatnią rzeczą, jaką w życiu zrobił było przyjęcie ode mnie właśnie tych czterech złotych. Wspominałem kiedyś tu tę przygodę. Nigdy nie otworzyłem tej puszki.
2. O laptopie, skradzionym na trasie Poznań-Kraków.
3. O menelu z Gliwic. Siedziałem w Gliwicach, pociąg ruszył i natychmiast stanął. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ludzie wrzeszczą i pędzą w stronę pociągu, co gorsza gnają prosto na mnie. Wyjrzałem przez okno. Lecą. Zbiegają się sokiści. Zerknąłem w dół i ujrzałem dwie ręce, wytatuowane po paznokcie, wystające z szczeliny pomiędzy pociągiem a peronem. Ludzie wyciągnęli chłopa, nogi miał, lecz nie potrafił na nich ustać. Bóg ochronił go przed śmiercią, kalectwem, wlał też miłosierdzie w serce sokisty, który, nadludzkim wysiłkiem powstrzymał się od ciosu.
4. O żołnierzu na trasie Wrocław-Legnica. Ów miły człowiek zaprzyjaźnił się ze mną pytając czy biorę sterydy, a krótką pogawędkę o suplementach sprowadził na inny temat, proponując solidarne obrabowanie jadącego z nami biznesmena. Do wzięcia był laptop, komórka, gruby portfel. Odmówiłem, tłumacząc, że mam wyrok w zawieszeniu, tym drobnym kłamstwem uratowałem dobytek jednego człowieka i zyskałem szacunek drugiego.
5. O spalonej lokomotywie na trasie Wrocław – Kraków (spaliła się w Oławie).
6. O drugiej spalonej lokomotywie, tym razem między Krakowem a Warszawą.
7. O Ukraińcu. Zaprzyjaźniłem się z nim w pociągu do Torunia. Jechał z dziewczyną. Opowiadaliśmy sobie kawały, właśnie miał spuentować swój, gdy do przedziału wpadła straż graniczna, opukała chłopu plecaki wymacując fajki, następnie chłopa zawinęła i tyle go widziałem. Smutne to trochę, bo ze wszystkich sił usiłowałem pomóc, pocieszyć jego dziewczynę i dopiero na peronie zrozumiałem, że najpewniej właśnie ona go sprzedała. Smutne to podwójnie, raz, że gość poszedł na dołek, a dwa – do tej pory nie wiem jak skończył się kawał, który chciał mi opowiedzieć.
8. O Japonce, niepełnosprawnej i chłopcu. Było to w Gdańsku, a zaczęło się od potwornego kaca. Nieprzytomny powlokłem się na ranny pociąg tylko po to, by znaleźć paszport na schodach. Nie umiem rozróżniać Azjatów, nie jestem też biegły w ich piśmie, więc przyjmijmy, że dziewczyna, uśmiechająca się ze zdjęcia była Japonką. Postanowiłem jej poszukać, znalazłem, nawet dwie. Wydukałem po angielsku z czym przychodzę. Odpowiedziały śmiechem, zapewne myśląc, że proszę o drobne. Trudno, wasz kłopot, pomyślałem i podreptałem zanieść dokument konduktorowi. Ledwo się rozsiadłem w zatłoczonym przedziale a tu tup, tup, dwie Japonki pędzą przez przedział jak oszalałe, zmienione w żółtą sługę. A potem jak było miło! Bo mnie znalazły, uśmiechnęły się i podziękowały, tak jak na filmach, szerokim uśmiechem i głębokim ukłonem. Uwierzcie, niewiele jest piękniejszych, jaśniejszych widoków niż szczęśliwa, japońska dziewczyna dziękująca z głębi serca, kiedy radość wdzięczności komponuje się z gestem ćwiczonym od, nie wiem, dwóch tysięcy lat? Poczułem się lepiej, co nie znaczy że dobrze, od mojego aktualnego stanu było dalej do „dobrze” niż z Krakowa do Gdańska. Usiadłem, między babami, koło mamy z chłopcem, którego zaraz zapragnąłem zabić, właściwie nie wierząc, że to co widzę rozgrywa się naprawdę, ten gnojek nie tylko wrzeszczał w niebogłosy za każdym razem, gdy zobaczył krowę na polu (Polska bydłem stoi), do tego miał dwa wielkie blaszane samochody, które zderzał ze sobą i nieustannie upuszczał, z każdym wrzaskiem i brzękiem samochody (konkretnie-ciężarówki) robiły się coraz większe i bardziej monstrualne, rosły im segmenty oraz oczy a ja myślałem sobie tak: „obyś, gnojku, dorósł prędko, straszliwie się upił, a potem na kacu też strasznym wracał przez całą Polskę w zatloczonym trainie, niech wtedy wraca rezerwa, kibice i orkiestra strażacka, niech zjawi się miss poprawczaka i grupa oazowa, a z nimi nie jedna, nie dwie Japonki, ale czterdzieści, słuchające Merzbow (wiesz w ogóle co to Merzbow, gnojku?) na cały regulator, nich w ten dzień konduktor ma urodziny i jubileusz trzydziestolecia pracy na kolei, niech wtedy będzie Sylwester i Andrzejki naraz, a potem niech zacznie się wojna i pogrzeb Jaruzelskiego”. Wysiedli w Warszawie, a niosąc zdurniałej matce ostatnią z jej dziesięciu toreb byłem pewien, że nic już się nie zdarzy. Ledwo wlazłem do przedziału, ledwo spłynąłem na fotel, przyszła inna baba. I baba do mnie, że muszę pomóc. Ja na to, że dobra, pewien, że chodzi o kolejny toboł, a tu nie. Szło o jej przyjaciółkę. Jedną z rozlicznych wad kolei jest niedostosowanie taboru do potrzeb niepełnosprawnych, po prostu nie da się przejechać wózkiem inwalidzkim. Konsekwencja? Konsekwencją jest Orbitowski z niepełnosprawną dziewczyną na plecach, zlany potem i pędzący od przedziału do przedziału w poszukiwaniu wolnego miejsca przy drzwiach a przynajmniej człowieka na tyle szlachetnego, że zgodziłby się przesiąść. Było to w Warszawie. Do domu dojechałem spokojnie, nie wierząc, że takie rzeczy się dzieją.
Opowieść o Ukraińcu może potwierdzić Andrzej Pilipiuk, za resztę ręczę sam – niczego nie wymyśliłem, a tłumaczę się z tego ponieważ coraz lepiej rozumiem, że mój intensywny kontakt z dziwnością budzi raczej podejrzenia, tak samo jak ja dziwię się ludziom, w których życiu nic się nie wydarza, nie mają swoich Japonek i Ukraińców, trupów i wrednych gnojków, bo dla mnie z kolei spokojny tydzień bez jednego zaskoczenia, nie zostawiający wspomnień i osadu cudowności jest czymś kompletnie niewyobrażonym.

Za to inne knajpy są po prostu cudowne, dopowiadam, że bywałem raczej w mordowniach, co prowadzi do wniosku, że Polacy – naród posiadający w prowadzeniu mordowni wielkie doświadczenie – są daleko w tyle. Na przykład, “pod Niedźwiadkiem” siedzi się w ogromnej sali, piwo leje się strumieniami, dają pyszny, smażony ser, talerze wędlin, a jak przyjdzie do rachunku, płacimy sumę, za jaką w Krakowie nie dojechalibyśmy taksówką do rynku. Kluczowe pozostaje wrażenie braku jakiejkolwiek kreacji (być może mylne), knajpa ta nie została wykoncypowana, ani nawet wymarzona, ona zrodziła się z czeskiego przyzwyczajenia, czeskim manier i oczekiwań względem życia towarzyskiego, żarcia, picie i miejsca, w którym te czynności się łączą.
