Archiwa dla kategori 'Uncategorized'

zapraszam do rzeszowa

miasto z najpiękniejszym pomnikiem w Polsce i ja w tym mieście.
Konkretnie konwent R-Kon. I tak, zapraszam na spotkanie autorskie w Empiku (galeria Graffica), sobota o 15.00. w niedzielę, na terenie konwentu odbędzie się również panel dyskusyjny z moim udziałem. szczegóły na oficjalnej stronie imprezy.

horror, horror (14): Perkins 14


Nic wielkiego. Takie filmy plasują się tuż ponad połową rankingu IMBD i prędko o nich się zapomina. „Perkins 14” wyróżnia się interesującym punktem wyjścia. W horrorach pełno jest dzieci, które zaginęły; rozwiązanie tajemnicy zniknięcia zbiega się zwyczajowo z puentą filmu. Tu inaczej, tytułowa czternastka zostaje stosunkowo szybko odnaleziona, co daje początek właściwej akcji. W konsekwencji, reżyser nie zdołał uniknąć wyraźnego przełamania filmu na dwie części (było to konieczne) i wielu nielogiczności (co wcale konieczne nie było). Rzeczone przełamanie konwencji w jednym punkcie nie znajduje kontynuacji ani w dalszej konstrukcji fabuły, ani psychologii postaci, fabule właśnie podporządkowanej. To znaczy, jaki nie będziesz, czego nie zrobisz, zginiesz dokładnie wtedy, kiedy wymaga tego dramaturgia. Żal więc ciut, że nie mamy do czynienia ze standardowym horrorem, oglądałem do chipsów i browara. Specjalne potraktowanie wątku dzieci zasługiwało na więcej, a się gubi. Ewidentnie brakowało kasy celem zrobienia jakieś przyzwoitej rozpierduchy, niedociągnięcia nieustanne są maskowane, za to aktorzy radzą sobie całkiem, całkiem. Minus psychopata ze szczękościskiem, odtwarzany drętwo przez R. Burke’a. skąd ja znam tę gębę? A, z „Knights of Cydonia” grupy Muse.

doszedłem też do wniosku, że uzupełnienie horrorowego kącika na blogu o tytuł filmu zwiększy jego komunikatywność.

dwa razy o “Nadchodzi”

Ostaszewski w Gazecie Wyborczej
(…)
W pisanych w ostatnich latach tekstach – wyraźnie widoczne jest to choćby już w powieści “Święty Wrocław” (2009) – zdecydowanie bardziej zdaje się go zajmować “strefa mroku”, świat widm i upiorów, tajemniczych, odwiecznych sił, który skrywają się pod podszewką rzeczywistości, wpływając na losy ludzi. Przy tym w odróżnieniu od popularnych teraz powieści – dla przykładu Stephanie Meyer czy Charlaine Harris – których autorzy po prostu łączą świat widzialny z niewidzialnym, wymyślając przestrzeń, w której obok siebie, na tych samych prawach funkcjonują ludzie, wampiry, wilkołaki czy inne demony, Orbitowski decyduje się na rozwiązanie dużo bardziej wyrafinowane, niejednoznaczne. U autora “Nadchodz”i owa “strefa mroku” umieszczona zostaje gdzieś na styku wyobraźni bohaterów i tajemnicy. Inaczej rzecz ujmując: nie jest do końca jasne, czy groteskowe i przerażające stwory pojawiają się wskutek psychicznego rozchwiania bohaterów czy faktycznie istnieją gdzieś na granicy ludzkiego poznania. Czy szpital, w którym leczy się nie ciało, lecz duszę (opowiadanie “Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj”) nie jest przypadkiem jedynie majakiem bohaterki, która niezbyt dobrze radzi sobie z tym, że zaszła w ciążę? Czy opowiadanie o demonicznym domu, w którym popełniono zbrodnię i który przez dziesięciolecia – dosłownie – ściga ojca narratora opowiadania tytułowego (zresztą, chyba najciekawszego w całym tomie), nie stanowi tylko formy oswajania przez fantastyczną opowieść traum przeszłości? Kim jest Julian Armeńczyk, o którym opowiada narrator w tekście otwierającym tom? Demonem wojny a może wcieleniem polskiej bitności? Na takie pytania czytelnik tekstów Orbitowskiego musi sobie próbować odpowiadać sam.
(…)

całość

Magdalena M. Baran w “Kulturze liberalnej”

Z opowiadaniami bywa różnie. Mniej równo, zaskakująco, z wielkimi zwrotami, zaskoczeniami i uspokojeniami akcji. Na jedne się czeka, inne po prostu przychodzą, zostawiając w pamięci ślady, zastanowienia, pytania, okruchy baśni, strzępy historii, które raz zasłyszane każą do siebie wracać, zapytywać na nowo. Zapytywanie takie stwarza alternatywną wizję zakończeń, zderza wizję autora z ogromnym nieraz bagażem czytelniczych oczekiwań. Opowiadania zmieniają się, choć w gruncie rzeczy pozostają na swój sposób takie same. Czerpią z wielu studni ludowych podań, ze źródeł wyobraźni, z porannych majaków po przepitych nocach, z duchów własnych i okolicznych. Opowiadania żyją inaczej, w krótkości formy zamykając niejednokrotnie historie innym rozdymające się w nieznośne eposy, tomy dziwadeł, tysiącstronicowe wynurzenia słowotokiem zamazujące fabułę i krążące wokół niej emocje. Niektóre żyją dłużej, nie kilka, a kilkadziesiąt stron, wciągając czytelnika w las, w zapomniane miejsca pełne mrocznego niepokoju, w ciszę, którą zdaje się rozdzierać mnogość tłumionych krzyków. Wszystko to znaleźć można w najnowszym tomie opowiadań Orbitowskiego.

dalej

tydzień z głowy (73)

Siedząc na klozecie nabrałem podejrzeń, że moje mieszkanie może być nawiedzone w sensie ścisłym. Wierzę w złe miejsca, wiem, że są. Na przykład, te dwa pokoje z kuchnią na Podgórzu posiadają nawet stosowną do okoliczności legendę, ponoć żyła tam złośliwa kobieta. Miała w zwyczaju zawijać kamienie w kolorowe papierki i rzucać dzieciom. A teraz już nie żyje, zostawiła miejsce, wątpię, by ktokolwiek mógłby być tam szczęśliwy, ale teraz jestem gdzie indziej i upiory mogłyby sobie odpuścić. Jednak nie. Wiec znalazłem się w sytuacji lazienkowiej, kiedy to komfort, chwila luzu wydaje się co najmniej na miejscu, a tu cos szepcze. Naprawdę. Rodzaj słownego szelestu. Najpierw myślałem, że to kot szcza w żwir, kotów jednak ze mną nie było nigdy, kiedy to słyszałem. Wiatr? No skąd, kratka się trzyma. Pomyślałem wówczas o duszy, którą przecież posiadam i która, jeśli wierzyć ludziom mądrzejszym ode mnie, pozostaje sprzęgnięta z moja cielesnością. Jesteśmy w jakiś sposób podobni, ja, ona i ciało. Więc może intuicja z wiatrem nie była do końca niesłuszna, w końcu jeśli ciało produkuje gazy, których następnie usiłuje się pozbyć, właśnie w ubikacji, to czemu dusza miałaby pozostać wolną od takiego kłopotu? Bo jest duszą-właśnie? No nie. Tajemniczy hałas, wprawiający mą, sięgająca po papier rękę w drżenie mógłby być, jakby to rzec, wiatrem z mojej duszy. Nie ma co się jej dziwić. Tak męczyłem się z zadaną mi tajemnicą, do czasu jak przyszła poniedziałkowa burza. Nawet woda bujała się w klozecie, tak wiało. Pracowałem. Dźwięk, który brałem dotąd za pryk mojej duszy usłyszałem aż w gabinecie. Czyżby dusza umknęła ze mnie do klopa? Czyżby tylko tam czuła się bezpiecznie? Poszedłem ja przytulić, niestety, znalazłem rozwiązanie. Do kratki wentylacyjnej dołączono kawałek folii. On tak trzepotał.
Kiedy mieszkałem w Krakowie interesowałem się biernie wydarzeniami lokalnymi. Ogromną pomyłką polityczna jest skupienie się na wyborach do parlamentu, na prezydenta, bowiem najdotkliwszy wpływ na naszą codzienność mają władze lokalne. To one decydują czy będzie baspas i czy pan ze sklepu na rogu dostanie koncesję na wysokoprocentowe. W obrębie tak zwanej lokalności rozgrywają się i inne wydarzenia, stąd, jako mieszkaniec stolicy zwróciłem się ku nim z całym brakiem życzliwości. Dokonał się na przykład, protest taksówkarzy, którzy wyraźnie nie życzyli sobie by ludzie zrezygnowali z ich usług na rzecz atrakcyjniejszych cenowo możliwości. Jak ktoś nie wie. Są korporacje czy cos tam, zwał jak zwał, które zrzeszają kierowców. Kierowcy ci funkcjonują na zasadzie busika, nie ponoszą taksówkarskich kosztów w konsekwencji czego jeżdżą sobie taniej. Wiem, bo korzystam w tych rzadkich chwilach, kiedy moja hipisowska dusza (znowu ona) nie domaga się skorzystania z usług całkiem dzikiego taksówkarza. Protest w Warszawie skłonił mnie jednak do dwóch przemyśleń i jednej pogadanki. Jestem, więc jedynym człowiekiem na świecie, który czuje wdzięczność do dryndziarza. Przemyślenie pierwsze. Świat stoi na głowie. Gdybym robił na dryndzie i pojął, że ktoś może jeździć taniej, że podbiera mi pasażerów, dokonałbym prostego bilansu, a potem, być może porzucił taksę na rzecz pracy w „przewozie osób”, skoro to taki biznes. Ale nie, lepiej jest wyjść, zablokować miasto i domagać się by czegoś tam zakazano. Gdyby każdemu spełniono jego marzenie zakazania czegoś, nie słyszałbym nawet duchów w ubikacji, ale akurat ta sprawa wymaga wglądu w osobowość tak specyficzną jaką jest bez wątpienia dryndziarz. Czyli obiecane przemyślenie. Otóż dryndziarz przypomina monarchę, którego zwalono z tronu, darując życie. Taki trwa wspominając minioną chwałę, w pewien sposób chwała ta jest dla niego dalej aktualna. W latach osiemdziesiątych dryndziarz to był ktoś, ludzie czekali na przystanku z nadzieją, że wreszcie taksówka przyjedzie, a życzliwy kierowca nie tylko weźmie złotówki ale i zgodzi się pojechać pod wskazany adres. Teraz dzieje się na odwrót, trzeba służyć, zgadzać się na promocje i czytać Super Express w czasie długich postojów, z czym tak trudno się pogodzić. Dryndziarz jest jak poeta, pamięta i zaszczepia mit założycielski dryndiarstwa młodszym kolegom, stąd protesty, stąd złość i niezgoda – żeby trzymać się monarszego porównania, „przywóz osób” w oczach dryndziarza jest próbą kupienia sobie tytułu szlacheckiego za drobne, takim „von” czy nawet „dem” w promocji, a jak von i dem to niech i bach się zdarzy, mam nadzieję, że z tej histerii nikt nie wyciągnie żadnych wniosków. Za to przeraziłem się ciutkę. Wśród argumentów prodryndziarskich znalazł się i taki, wypowiedziany zupełnie serio; „przewóz osób” jest zupełnie nie kontrolowany. Nie kontrolowany. Czyli, jak coś nie jest kontrolowane, to bardzo niedobrze. Az trzeba by wywołać Orewlla. Odkąd pamiętam, sam fakt kontroli czegoś kojarzył się przynajmniej nieprzyjaźnie. Kontrolować należało przestępców. A teraz zupełnie inaczej, osoba kontrolera ma uwiarygodniać świat i czynić go przyjaznym nam wszystkim, inaczej owładnie tą Polską dzikość i makabra. Przesadzam w tej chwili i to nieźle, tylko naprawdę, ciut truchleję nad oczywistością, nad lakonicznością tej myśli: bo ktoś nie jest kontrolowany, no to jest zły. Zakazać.
Na kogo będę głosował, czyli rzecz o wyborach politycznych. Istnieje taka anegdotka żydowska. Podczas wojen napoleońskich, Polak, Francuz i Żyd trafili do lazaretu. Tam odwiedził ich Napoleon i powiedział, że każdemu spełni jedno życzenie. „Błagam o wolną Ojczyznę”, rzekł Polak. „Żołnierze zburzyli mi mój młyn, błagam, panie, odbuduj go” wyjęczał Francuz. A Żyd zaordynował sobie marynowanego śledzia. Ledwo Bonaparte poszedł, tamci zaczęli pyskować: „czyś ty się wściekł? Taka okazja a ty chcesz ś l e d z i a?”. Żyd odrzekł: „Napoleon nie zadba o wolną Polskę i nigdy nie odbuduje twojego młyna. Ale kto wie, może ja dziś zjem marynowanego śledzia?” Kiedyś polityka była mocna częścią mojej głowy, interesowałem się, choć nigdy, – jeśli nie liczyć pijackiej próby wstąpienia do Samoobrony – nie próbowałem się angażować. Nie ufajmy ludziom, którzy się angażują, oni olewają bliskich. Czytałem programy, zastanawiałem się kto ma rację, a kto nie, jaki program dla gospodarki, co z tą cholerną kulturą i tak dalej. A teraz zagłosuje na PO. Wiem kim oni są. Jak widzę radosną mordę Tuska w telewizorze to coś mi się robi. Tylko już wiem. W Polsce nigdy nikt nie obniży podatków. Słuzba zdrowia zawsze będzie chora. Nauczyciele nie zarobią godziwych pieniędzy. Policjanci będą do końca mych dni bali się strzelać i nie znajdzie się stryczek dla mordercy. Autostrad nie będzie, ale za to będą płatne. Jedzenie i tak podrożeje, niezależnie od tego, co skreślę na kartce przed urną, a lodów u żłoba nakręci się więcej niż na plaży w Sopocie. To się nie zmieni. Nigdy. Ale dzięki PO będę mógł spokojnie zakurzyć szluga w knajpie. To mój śledź. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tylko szczęśliwy człowiek może naprawdę przeżyć rozczarowanie swoim krajem i ja to mam.

horror, horror (13)


Zniszczyć film bliźniemu. Robimy to tak. Wyrastamy przed delikwentem nam bliskim i klarujemy „stary, jaki film widziałem, normalnie, rozwalił mnie na kawałki. Nie pamiętam, kiedy coś mnie tak siekło. Ostatni raz chyba Siedem”. Wówczas film jest stracony. Mogą puścic Finchera zmiksowanego z Czasem Apokalipsy i Bękartami wojny. Będę zawiedziony. Byt zbiorowy, czyli internauci poinformował mnie że Devils chair jest czymś znakomitym, obejrzałem i się złoszczę. Bo mogłem rzecz na sucho odebrać lepiej, zwłaszcza gdybym wyjął ten skromny film z wirtualnej półeczki gdzie trzymam bezimienny szajs. Zamysł jest interesujący. Mamy magiczne krzesło w opuszczonym psychiatryku; zginęła na nim dziewczyna. Facet, oskarżony o morderstwo wychodzi po latach z Houston, ma też zadanie – wraz z lekarzem i grupa studentów wraca na miejsce nieszczęścia, by, zgodnie z wolą scenarzysty, koszmar rozegrał się na nowo. Pełno tu braków, ale debiutujący chyba reżyser (czytaj, reżyser debiutujący jak i chyba-reżyser, teraz sprawdziłem i nie jest debiutujący, więc może też nie jest reżyserem?) próbuje nowej metody zaszokowania widza. Najpierw oferuje stereotypowy horror, podciągając wszystko pod uśrednienie: od fabuły, po grę aktorów. A potem rozbija to w drodze zawieszenia realności, rzucając widza bez trzymanki w sam środek krwawej łaźni. Zgodnie z wcześniejszą metoda złamanie ma charakter totalny i rzeczywiście, robi wrażenie. Devils chair łączy ze sobą elementy postmodernistycznej gry, horroru autotematycznego (wyrażającego się głównie w komentarzach bohatera odnośnie innych postaci i dalszego rozwoju akcji), jest też próbą dyskusji gatunkowej: co dominuje w horrorze, estetyka czy psychologia. W jaki sposób się łączą? Ale że zaraz arcydzieło? Bez przesady. Rzecz wychodzi w Polsce. Mimo wszystko, warto kupić.

Następna strona »